Marek Kalita: Dziś nie jest źle

Marek Kalita to aktor bardzo wszechstronny, podziwiany przez kolegów. Mówi, że jego największą pasją stał się teatr. Jest autorem adaptacji, reżyserem, a nawet scenografem. Niedawno widzieliśmy go w roli prymasa Wyszyńskiego w "Zaćmie". Widzowie "Na Wspólnej" kibicują granemu przez niego dr. Ostrowskiemu.

Nigdy nie czekałem na propozycje ani nie siedziałem bezczynnie - przekonuje Marek Kalita

Był 1981 rok. Zbliżał się stan wojenny, a pan skończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Pamięta pan jeszcze, o czym wtedy marzył?

Reklama

Marek Kalita: - Oczywiście! O pracy w zawodzie. Zaraz po szkole znalazłem się w Łodzi w Teatrze im. Stefana Jaracza. Dyrektorem był wtedy Bogdan Hussakowski (reżyser, aktor i scenarzysta - przyp. red.), który po obejrzeniu moich ról w spektaklach dyplomowych zaproponował mi angaż.

Przyzna pan, że nie był to zwykły rok w naszym kraju...

- To prawda. Spontanicznie wychodziliśmy na ulice manifestować przeciwko ówczesnej władzy. Moje życie w tamtym czasie było jednak przede wszystkim wypełnione pracą. Marzyliśmy, żeby robić na scenie coś nowego, założyć teatr i realizować w nim swoje pomysły. O własnej scenie myślałem jeszcze jako student PWST. Doskonale pamiętam te nasze rozmowy z kolegami w słynnej kawiarni U Literatów przy ul. Kanoniczej w Krakowie. Dlatego po niecałych dwóch latach w Łodzi wróciłem do Krakowa i razem z Edwardem Żentarą (świetnym, nieżyjącym już dziś aktorem, znanym m.in. z "Siekierezady" i "Fali zbrodni" - przyp. red.) w tej samej piwnicy U Literatów założyliśmy Teatr Bückleina, dawniej Strefa. W naszych głowach był młodzieńczy bunt...

Przeciwko czemu?

- Byłem wtedy zafascynowany kilkoma filmami amerykańskimi, w tym genialnym "Strachem na wróble" (1975) Jerry’ego Schatzberga. Byłem pod wielkim wrażeniem prostoty i wiarygodności w opowiadaniu o ludziach w tym obrazie. I takich rzeczy chciałem szukać w teatrze. Napisałem adaptację powieści "Ptasiek" Williama Whartona. Na jej podstawie Adam Sroka zrobił w 1989 roku spektakl ze mną i z Januszem Koprowskim. W moim teatrze mogłem mieć wpływ na to, co robimy, na wybór literatury. Zrobić na scenie na przykład Fiodora Dostojewskiego czy Samuela Becketta. Tak się złożyło, że zawsze szedłem dwoma torami: jeden to moja własna twórczość reżyserska, często offowa (tzn. niezależna - przyp. red.), dająca poczucie wolności i największej satysfakcji, druga to klasyczna droga aktorska w teatrze instytucjonalnym.

Był czas, że nie miał pan pracy?

- Pewnie, że tak! Ale nie przestałem pracować w teatrze offowym. W końcu zaangażowałem się do Teatru STU. Podobała mi się pasja, z jaką pracował Krzysztof Jasiński.

Zastanawiam się, skąd u pana ta miłość do teatru i w ogóle do sztuki. Z domu?

- Zastanawiałem się kiedyś, skąd to się we mnie wzięło. Mój dziadek - pochodzący spod Lwowa ojciec mojej mamy, którego prawie nie znałem - grał na skrzypcach. Podobno miał ich siedem. Ja też chodziłem jako chłopak do ogniska muzycznego, mama o to zadbała. Być może jakiś gen mam po dziadku?

A co rodzice powiedzieli o pana teatralnych planach? Tata był inżynierem na kopalni, specjalistą od wentylacji. Może miał prawo wymagać od syna bardziej "konkretnego" zawodu?

- Ojciec pewnie wolałby, żebym robił poważniejsze rzeczy. Ale moja kochana mama Luiza zawsze mnie wspierała. Jak się dostałem do PWST w Krakowie, czekała na mnie z szampanem. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy przez całą noc.

Tymczasem młodzieńcze marzenia zderzały się z rzeczywistością. Umierały powoli?

- Ależ one nie umarły nigdy! Nadal mam energię, zapał i nadzieję, że zrobię coś ciekawego w teatrze. Ogromny wpływ na moje myślenie o nim miała profesor Ewa Lassek, z którą spotkałem się w szkole teatralnej. To ona nauczyła mnie szukania w sztuce istotnych rzeczy.

Kiedy akurat mniej pan grał, gorzej zarabiał, nie znosiło pana z tej drogi? Nie mówił pan sobie: "A, rzucę ten cholerny zawód, zacznę robić coś innego"?

- Nie, nigdy tak nie było... Po pierwsze dlatego, że nie umiem robić nic innego! (śmiech) A po drugie - nigdy nie czekałem na aktorskie propozycje, nigdy też nie siedziałem bezczynnie. Zawsze miałem coś do zrobienia w teatrze offowym. Jest tak do dzisiaj.

Idzie pan własną drogą. Łatwo jest łączyć artystyczne działania z menedżerskimi?

- Nie jest łatwo. Trudno jest połączyć tworzenie spektaklu z szukaniem pieniędzy na produkcję. Zajmuje to ogromną ilość czasu. Poza tym, człowiek się stresuje, że tych pieniędzy będzie za mało. Obecnie więcej propozycji mam w teatrze instytucjonalnym, więc na razie nie ja myślę o pieniądzach.

A prywatny teatr? Nie myślał pan o nim? Tak jak Tomasz Karolak czy Michał Żebrowski?

- To jest bardzo trudne. Przez te wszystkie lata w offie widziałem, jak ciężko jest prowadzić prywatny teatr w tym kraju, a jeszcze taki z ambicjami artystycznymi... Nasza polityka kulturalna nie jest otwarta na takie inicjatywy, więc marzenia o sztuce kończą się często na komercji. Szkoda mi na to czasu.

W Warszawie spotkał pan Aleksandrę Popławską, czyli Ninę z "Barw szczęścia" - prywatnie pana żonę, z którą wspólnie wyreżyserowaliście kilka przedstawień.

- Poznaliśmy się w Teatrze Rozmaitości. Zostaliśmy zaangażowani przez Grzegorza Jarzynę w tym samym czasie i bardzo szybko zrozumieliśmy, że nie możemy bez siebie żyć.

Pana pasja stała się zaraźliwa. Odziedziczyły ją obie pana córki: Natalia z pierwszego małżeństwa (z Ewą Sąsiadek - przyp. red.), i Antosia ze związku z panią Olą.

- Myślę, że w naszym zawodzie to jest nieuniknione. Dzieci przesiąkają naszymi rozmowami o teatrze czy sztuce i w naturalny sposób teatr je wciąga. Natalia, moja starsza córka, jest aktorką Teatru Rozmaitości, a młodsza Antonina ma za sobą kilka epizodów w serialach i filmach (m.in. "Kochaj", "Zero" oraz "Na dobre i na złe"). Często gra też z nami w teatrze (m.in. "Uroczystość" Grzegorza Jarzyny).

Pewnie nie da się o pracy nie mówić u państwa w domu?

- Nie zawsze się to udaje, ale mimo wszystko staramy się nie przenosić spraw zawodowych do naszej prywatnej przestrzeni.

Ma pan w dorobku wiele ról telewizyjnych, teatralnych i filmowych. Czuje pan niedosyt?

- Mam poczucie, że wszystko odbywa się tak, jak powinno. Przez lata pracy w tym zawodzie poznałem swoje możliwości i ograniczenia. Myślę, że dziś nie jest źle. Ale z drugiej strony, jak każdy aktor czekam na jakąś niezwykłą propozycję, która pozwoli mi pokazać siebie na nowo. Ostatnio jestem w trakcie rozmów z dyrektorem Tadeuszem Słobodziankiem. Zaproponował mi wyreżyserowanie dramatu Bertolta Brechta "Kariera Arturo Ui" na scenie Teatru Dramatycznego. W Nowym Teatrze, w którym jestem na etacie, będziemy pracować z Krzysztofem Warlikowskim nad prozą Thomasa Manna.

Panie Marku, co dziś jest istotne? Co pan chciałby przekazać nam, widzom?

- Na scenie czy w filmie my, aktorzy, mówimy tekstem scenariusza. Własnymi słowami chciałbym powiedzieć: proszę o więcej tolerancji, szanujmy się nawzajem i niech głupota oraz zawziętość nie będą naszymi cechami narodowymi. Dobrze, że jesteśmy na drodze do zalegalizowania leczniczej marihuany. Bo ona naprawdę pomaga ciężko chorym ludziom.

Pan jest spokrewniony ze zmarłym w styczniu br. politykiem Tomaszem Kalitą?

- Nie. Ale wiem, jak mocno zabiegał o jej legalizację - zmarł młodo, w wieku zaledwie 37 lat. Niech mi pani powie, dlaczego tak wiele ludzi musi cierpieć, skoro można by im pomóc? Światełko w tunelu pojawiło się dopiero niedawno (w czerwcu br., 440 posłów i posłanek opowiedziało się za legalizacją leczniczej marihuany, przeciw były tylko dwie osoby - przyp. red.).

Bo panicznie boimy się uzależnienia, bycia w niewoli nałogu?

- To też, ale przede wszystkim - nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, czym jest oraz czemu służy lecznicza marihuana.

Rozmawiała Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Marek Kalita

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje