Magdalena Zawadzka: Nikt mi nie pomaga w życiu

Lubi być w ruchu. Dużo pracuje, ma też czas na pasje. Teraz można ją zobaczyć w sześciu sztukach teatralnych na deskach różnych teatrów. Magdalena Zawadzka opowiada o pracy, swoich radościach i stratach, wspomina też męża - Gustawa Holoubka.

"Każdej roli oddałam serce" - mówi Magdalena Zawadzka

Zagrała pani niemal 160 bardzo różnorodnych ról. To imponująca liczba!

Reklama

Magdalena Zawadzka: - I cały czas gram coś nowego. Już doszła kolejna sztuka, z którą jeździmy po Polsce - "Lilka, cud miłości" o Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej. Na tej liście jest też spektakl "Rzeźnia" w Teatrze Ateneum.

Czy któraś z tych ról jest dla pani wyjątkowa, najbliższa sercu, najukochańsza?

- Do pracy zawsze podchodzę uczciwie. Każdą rolę gram czy grałam dlatego, że chciałam to robić. Każdej oddałam serce. Oczywiście jednej więcej, innej mniej - w zależności od jej trudności i wielkości. Tyle samo serca włożyłam w sztukę, którą naprawdę bardzo lubię, czyli w "Pocztówki z Europy", co w inne: "Klan wdów", "Rzeźnię", "Gwiazdę i ja" czy "Pana Jowialskiego". Gram obecnie w pięciu teatrach w Warszawie, a z szóstym impresaryjnym jeżdżę po całej Polsce na zaproszenie teatrów z kraju. I wszystkie role w tych sztukach kocham.

Ma pani czas tylko dla siebie, na tak zwane słodkie lenistwo?

- Tak, oczywiście. Na wszystko. Im bardziej jestem zajęta, tym więcej mam czasu. A gdy jestem mało zajęta... Dopiero wtedy z niczym nie zdążam. (...)

Jak spędza pani wolny czas? Czy to jest pielęgnowanie ogródka, gotowanie, sport, a może jeszcze coś innego?

- Na pewno nie gotowanie! Czas wolny przeznaczam na spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Zapraszam do siebie gości albo razem się gdzieś wybieramy. Czytam, chodzę do kina, teatru, na koncerty do filharmonii, bo uwielbiam muzykę klasyczną. Obecnie piszę swoją trzecią książkę, więc każdą wolną chwilę poświęcam właśnie na to.

Czy mogę zapytać, o czym będzie?

- Wydawało mi się, że po dwóch książkach, które już napisałam - "Gustaw i ja" oraz " Taka jestem i już" - mam święty spokój. Okazało się jednak, że nie. Dostałam kolejną propozycję od wydawnictwa, z którym współpracuję. Fabuł nie piszę, toteż kolejna książka to również wspomnienia.

Jak planuje pani rytm dnia, by znaleźć czas na pisanie?

- Na pisaniu trzeba się bardzo skupić i mieć naprawdę wolną głowę, a to nie jest łatwe. Bo tu telefon, tam wyjazd albo przyjazd. Poza tym mam przecież normalne życie. Muszę wszystko załatwić, o wszystko zadbać, opłacić, wiedzieć, co i kiedy, sprzątnąć, uprasować, uprać, ugotować, zrobić zakupy. Nikt mi nie pomaga w życiu. Kiedyś dzieliliśmy się obowiązkami z mężem, teraz wszystko jest na mojej głowie. Poza tym sama ze sobą muszę sobie dać radę. Gdy mi smutno, muszę ustawić się do pionu. Tak więc nie narzekam na nudę.

Widzowie wciąż mają w pamięci panią w roli Baśki Wołodyjowskiej, szczuplutkiej, filigranowej blondynki, która wywijała szabelką. Trzeba przyznać, że wciąż zachowuje pani taką samą figurę. To zasługa sportu, aktywnego trybu życia, a może dobrych genów?

- Żyję absolutnie normalnym życiem, nie stwarzając sobie szczególnych rygorów. Nie latam na siłownię, nie biegam do dietetyka, nie katuję się dietami ani ćwiczeniami. Natomiast od dziecka jestem w ciągłym ruchu. Nie oszczędzam się. W czasie wakacji dużo jeżdżę na rowerze i chodzę na pływalnię, bo mam na to czas. (...)

- Moja mama i tata wyglądali pięknie do ostatnich swoich dni, a mama żyła prawie 94 lata. Uważam, że wszystko płynie z naszego wnętrza. Nie umieram z zawiści, zazdrości o wszystko, nie chcę mieć więcej niż mam, bo ktoś inny ma. A, niestety, tak właśnie ludzie potrafią być zawistni, okrutni, dwulicowi. Ja taka nie jestem, cieszę się tym, co mam. Jestem kolekcjonerką małych szczęść. I mam takie poczucie, że ludzie czują to i widzą. (...)

Byliście państwo wraz z nieżyjącym mężem Gustawem Holoubkiem wyjątkowym, wspaniałym małżeństwem. Wzorem. Trudno było pani pogodzić się z jego śmiercią?

- Bardzo trudno. I to jest właśnie największa, niepowetowana strata w moim życiu. Myślę jednak, że mój mąż nie chciałby, abym stale tylko rozpaczała. On był człowiekiem, który w każdym dniu widział radość życia. Doceniał zdrowie, kochających ludzi wokół. I ja to staram się kontynuować. Gustaw przekazał mi takie motto na życie. A ponieważ byłam z nim bardzo szczęśliwa, toteż dał mi dobrą bazę na życie - bazę szczęścia, uśmiechu dla innych i dla siebie...

Czuje się pani szczęśliwa?

- Tak, mam za sobą szczęśliwe małżeństwo, nigdy nie przeżyłam koszmaru, który mógłby rzucić cień na całe życie. Mam kochane dziecko - teraz dorosłego już syna. Mam kochaną wnuczkę - maluteńką, ale już uwielbianą przeze mnie. Jestem w miarę zdrowa, nie cierpię głodu ani zimna. Tylko Bogu dziękować za wszystko. I dziękuję.

Rozmawiała: Edyta Karczewska-Madej

-----

Magdalena Zawadzka - ur. 29 października 1944 r. w Filipowicach. Jako nastolatka występowała w telewizyjnym Młodzieżowym Studiu Poetyckim. Debiutowała jako 18-latka w "Spotkaniu w bajce". Skończyła warszawską PWST (1966), w tym samym roku zagrała w komedii muzycznej "Mocne uderzenie", a niedługo potem podbiła serca Polaków rolą "hajduczka" w "Panu Wołodyjowskim" (1969) i "Przygodach pana Michała" (1969). Była żoną Gustawa Holoubka (zmarł w 2008 roku). Jej synem jest operator, reżyser i aktor Jan Holoubek.

Cały wywiad można przeczytać w najnowszym numerze "Tele Tygodnia".

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Zawadzka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL