​Magdalena Cielecka: Film to skok w bok

Już wkrótce zobaczymy Magdalenę Cielecką na ekranach kin w kolejnej nietuzinkowej roli - matki legendy polskiego futbolu Jana Banasia w filmie "Gwiazdy". - Teatr jest dla mnie jak dom, rodzina, zaś praca przed kamerą, jest rodzajem skoku w bok - wyznaje aktorka.

Mam nadzieję, że będę miała długie zasłużone wakacje - przyznaje Magdalena Cielecka

Śledząc pani karierę, można wysnuć wniosek, że przyjmuje pani jedynie charakterystyczne role. Czym zdołał panią oczarować scenariusz "Gwiazd"?

Magdalena Cielecka: - Szczerze mówiąc, w takim pierwszym odruchu zainteresował mnie fakt, że fabuła rozgrywa się na tak długim odcinku czasu. Zwłaszcza, jeśli chodzi o moją postać - matkę głównego bohatera. Choć jest to postać drugoplanowa, towarzyszy tej historii i synowi przez niemal pięćdziesiąt lat. Spotykamy ją, kiedy ma lat 19, jest bardzo młodą dziewczyną i rodzi bohatera, czyli Jana Banasia, a film się kończy w momencie, gdy ma lat 60... To dla aktora, a zwłaszcza aktorki, jest bardzo atrakcyjne i inspirujące, bo wiąże się ze zmianą fizyczności, wyglądu.

Reklama

- Jest to również pewnego rodzaju podróż przez tamtą epokę - jej styl, mentalność Polaków, historię ówczesnej Polski. Przez to wszystko, co od końca wojny do początku lat 80. w Polsce i na świecie się działo. Więc to był pierwszy impuls - że mogę odbyć taką podróż z tą postacią. Przeczuwałam też, że będzie dużo zabawy i wyzwań, jeśli chodzi o charakteryzację. Musiałam być najpierw odmładzana, później sukcesywnie postarzana, aż do sześćdziesiątki. To była swego rodzaju wartość dodana do całej historii.

Jak przygotowywała się pani do roli w kontekście zmiany fizyczności, o której pani mówi. Bo domyślam się, że charakteryzacja to jednak nie wszystko.

- Przede wszystkim myślałam o kobietach w tamtych latach i w tamtych miejscu - to znaczy na Śląsku. Ja się wychowałam niedaleko, jeździłam do Katowic, do Sosnowca, do Zabrza. Oczywiście charakteryzacja to nie wszystko. Zależało mi bardzo na tym, żeby zmienić ciało, żeby uniknąć sytuacji, w której dorabiamy tylko zmarszczki i siwe włosy. Kobiety w tamtych latach, nawet w wieku trzydziestu czy czterdziestu lat. wyglądały inaczej niż my dzisiaj w tym samym wieku. Inspirowałam się i brałam za przykład pokolenie kobiet mojej mamy, która właśnie w latach 60. była w rozkwicie. Te kobiety wyglądały wówczas jakby ciężej, trochę starzej mówiąc wprost...

- Bardzo mi zależało, żeby ciało podążało za tym, co zrobi charakteryzator na mojej twarzy. Chciałam nadać mojemu ciału, które wygląda dość szczupło i sprawnie - taką mam też motorykę - pewnego rodzaju ciężkości, wyhamować je. Pogrubiano mnie w ten sposób, żeby wraz z upływem lat dodawać mi pupy, ramion, pleców. Wszystko po to, żeby to było wiarygodne. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że wszystkie starsze kobiety są przy kości, nie o to chodzi (śmiech). Chciałam po prostu zmienić siebie, także w ciele, nadać mu innego sposobu poruszania się.

Jak się pani czuła w takiej stylistyce retro - lubi pani modę z tamtych lat?

- Na pewno bardziej lata 40. niż 70. i 80., ale dla aktora to jest zawsze taki dodatkowy, fajny aspekt tego zawodu, że się można poprzebierać. W życiu prywatnym rzadko to robimy - aktorzy nienawidzą na przykład balów przebierańców, ponieważ przebieramy się na co dzień. Nie ma to jednak znaczenia, czy prywatnie lubimy dany okres, czy nie. Mnie zawsze cieszy, jeśli mogę zagrać coś, co nie jest współczesne, bo tych współczesnych produkcji jest jednak znacznie więcej i rzadko się ma możliwość takich podróży wstecz. Czułam się więc na planie bardzo dobrze, lubiłam swoje kostiumy.

Przez lata utrwalił się pani wizerunek, jako kobiety chłodnej, zdystansowanej. Czy rola w filmie "Gwiazdy" ma szansę go ocieplić? Miała pani w ogóle taki zamysł?

- Nie, takiego zamysłu absolutnie nie było. Nie do końca mam wpływ na to, jak reżyserzy mnie widzą, jak obsadzają. Rzeczywiście zgadzam się z tym, że pewien kolor mi już nadano dawno temu i mówiąc szczerze, nie walczę z tym, bo trudno walczyć z własną aurą, naturą i predyspozycjami, którymi dysponujemy. Oczywiście mogę się starać zagrać w bardzo różny sposób, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę. I nigdy też nie uważałam, że mogę zagrać wszystko, bo zdaję sobie sprawę z pewnych swoich ograniczeń - choćby fizycznych, tego jak wyglądam. Myślę, że w pewnych postaciach nie byłabym wiarygodna, więc nie ma sensu się tam pchać.

- Rola w "Gwiazdach" była o tyle wyzwaniem, że moja bohaterka właśnie nie jest bliska temu emploi. Jest to kobieta ciepła, stojąca nieco z boku. Ja jednak mimo wszystko dostrzegam w niej pewien rodzaj chłodu i dystansu. Jest kimś, kto jest trochę w nieswojej skórze. Jako młoda dziewczyna miała ambicje na zupełnie inne życie, a przez różne okoliczności, politykę, zdarzenia życiowe, wylądowała na Śląsku w PRL-u, prowadząc piwiarnię w Zabrzu dla lokalnych klientów. To na pewno nie były jej marzenia. I to się w mojej bohaterce czuje. Janek Kidawa-Błoński zobaczył mnie w tej postaci, chyba właśnie dlatego, że ona jest trochę z innego świata, trochę od tego śląskiego świata odstaje. Jest wszak Ślązaczką przedwojenną, nosi w sobie ten arystokratyczny rys i dumę.

Mówi się, że kobiety mają szczególnie trudno w branży filmowej, że w którymś momencie zaczyna pojawiać się mniej propozycji. Czy pani to odczuła w swoim życiu?

- Obecnie zupełnie tego nie odczuwam, ale rzeczywiście miałam taki moment. Wiem, o co pani pyta - magiczna czterdziestka. Ja ją przekroczyłam już pięć lat temu, ale nie utożsamiałabym tego z metryką. Ten zawód jest po prostu nieprzewidywalny. I nie ma to znaczenia - czasem się ma dwadzieścia, trzydzieści lat, jest się w rozkwicie, a i tak nie ma propozycji. To zależy od tak wielu czynników, tak wielu splotów okoliczności, szczęścia. To, czy znajdziemy się w odpowiednim momencie w tym, a nie innym układzie życiowym powoduje, że gramy więcej lub mniej. Duże znaczenie ma też tzw. moda na dane nazwisko, co jest widoczne zwłaszcza w Polsce, że jak odkryje się kogoś nowego, o kim nikt wcześniej nie słyszał, to później to nazwisko jest eksploatowane na wszelkie sposoby. A przecież ten ktoś był, pracował, był tak samo interesujący. Późno wypłynęła choćby Agata Kulesza, Ola Konieczna czy mnóstwo innych świetnych aktorów.

- Jeśli chodzi o mnie, mam poczucie takiego zdrowego balansu, bo bardzo wcześnie zaczęłam. Jakiś dziennikarz uświadomił mi niedawno, że w tym roku obchodzę 25-lecie pracy na scenie. Zadebiutowałam wcześnie i na tyle zauważalnie, że ten start był bardzo dynamiczny. Potem oczywiście przychodziły górki i dołki i z tym niestety trzeba się pogodzić, uprawiając ten zawód. W okolicach czterdziestki miałam takie dwa lata, kiedy w ogóle nie stałam przed kamerą. Pracowałam wtedy co prawda w teatrze, więc jakoś specjalnie tego nie przeżywałam. Ale zastanawiałam się, czy to już, czy to właśnie ten moment, o którym pani mówi. I wówczas ktoś nagle sobie o tobie przypomina i znów otwiera się ta puszka z propozycjami. W tym zawodzie jest pewnego rodzaju sinusoida, więc nie bałabym się tego. Danuta Szaflarska, która zmarła niedawno w wieku 102 lat, grała do samego końca i nikomu jej wiek nie przeszkadzał, a wręcz przeciwnie - był jej ogromną siłą i kapitałem.

Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że znacznie częściej można panią zobaczyć w teatrze niż w kinie. Jesteśmy teraz w Nowym Teatrze, gdzie za moment zaczyna pani kolejną próbę, a wieczorem wystąpi pani w spektaklu "Francuzi" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Kino nie jest do końca pani miejscem?

- Zawsze to podkreślam, że nigdy nie chciałabym rezygnować z któregoś z tych dwóch światów, jakimi są teatr i film, bo to są rzeczy dość od siebie różne, a jednak bardzo się wzajemnie uzupełniające. Teatr jest dla mnie jak dom, rodzina, małżeństwo, zaś praca przed kamerą - w filmie czy telewizji jest rodzajem takiego trochę skoku w bok, romansu, który jest odświeżający, rozwijający i daje zupełnie inne emocje. Ale później się wraca do tego małżeństwa, do tych kapci, bo tu jest baza. Może ktoś to kiedyś wyliczy, jak to w moim dotychczasowych życiu zawodowym wyglądało, czego było więcej, ale mam wrażenie, że jedno z drugiego w jakiś sposób wynika i się uzupełnia.

Premiera filmu "Gwiazdy" już 12 maja. Jakie ma pani plany na najbliższe miesiące?

- Bardzo dużo teraz podróżuję, za chwilę jadę do Nowego Jorku na festiwal ze "Zjednoczonymi Stanami Miłości", potem do Chin ze spektaklem "Psychosis" z Teatrem Rozmaitości. A potem wreszcie wakacje! Mam nadzieję, że będę miała długie zasłużone wakacje, bo ten rok był wyjątkowo intensywny. Jestem też w takim momencie, że mogę sobie te wakacje zaplanować, nie martwiąc się, że może coś mnie tutaj omija. Mogę odmówić, jeśli mam poczucie, że nie warto czegoś robić kosztem odpoczynku i urlopu. I z tego się bardzo cieszę...

Rozmawiała Iwona Oszmaniec (PAP Life).

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Cielecka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje