Grzegorz Małecki: Gram w serialach z rzadka, głównie dla pieniędzy

Mówi, że jego jedyną aktorską miłością jest scena, choć sprawdza się i w teatrze, i w telewizji. W kinie oglądamy go w komedii "Na układy nie ma rady", jest też w trakcie pracy na planie "Blondynki". Grzegorz Małecki to bystry obserwator, który uwielbia pisać.

Grzegorz Małecki gra w "Dziadach", które wystawiane są w Teatrze Narodowym w Warszawie

Nie będę pana dręczyć pytaniami o zakupy w towarzystwie Madzi z "Czterdziestolatka" [Anna Seniuk to matka aktora - red.] ani o to, jak w dzieciństwie mówiono do pana: Karwowski.

Reklama

- Gdyby pani mogła...

Interesuje mnie czas od lat, gdy jako nastolatek nosił pan dredy i kolczyk, do teraz, kiedy Małecki oznacza porządne aktorskie nazwisko.

- Dużo pracuję.

A praca bywa nudna, rozczarowuje?

- Gdyby taka była, prawdopodobnie nie uprawiałbym zawodu aktora. Po prostu postawiłem w życiu na jedną ścieżkę zawodową - teatralną - i konsekwentnie się w niej od lat spełniam. Właściwie nie flirtuję z telewizją ani filmem.

Zaraz... Pamiętam pana choćby z "Egzaminu z życia". Wcielał się pan też w Mikołaja, szefa Marty, w "Barwach szczęścia".

- Gram w serialach z rzadka, głównie dla pieniędzy. Miarą jakiejś mojej dojrzałości aktorskiej są sukcesy teatralne. Na innym polu właściwie ich nie odnoszę i nawet nie bardzo mi na nich zależy.

Pojawił się pan jednak w filmach "Lejdis" i "PolandJa". W kinach oglądamy zaś komedię "Na układy nie ma rady" z panem w roli głównej. Taka rzecz nie daje satysfakcji?

(cisza)

Więc czemu pan się zgodził?

- Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię operatora Jarosława Żamojdę. Był dla mnie rękojmią, że produkcja trzyma poziom. Po drugie, zgodziły nam się terminy. Po trzecie, zaproponowano mi niezłą stawkę. Liczyłem, że będzie to lekki film, w którym nie będziemy się silić na coś śmiesznego, bo na tym łatwo można polec. A już na pewno nie miałem takiego celu, żeby publiczność klepała się po udach ze śmiechu, bo jeśli robi się takie założenie, to nie wychodzi. Więc starałem się jak najmniej komediowo rolę prowadzić, a żart ma wynikać z kontekstu.

Jako student dziennikarstwa założył się pan o piwo, że dla żartu dostanie się do szkoły teatralnej...

- Założyłem się. Ale przez większość czasu na studiach nie byłem przekonany, że to jest kierunek, który powinienem był wybrać.

Szybko przyszły rozczarowania?

- Po miesiącu, gdy musiałem stawać w drugiej albo trzeciej pozycji baletowej lub udawać kurę. Nie sposób się nie uśmiechnąć. Wtedy sobie uświadomiłem, że to nie jest zawód dla inteligenta. Ale tak się złożyło, że na zabój zakochałem się w jednej ze studentek, więc głupio było zrezygnować w trakcie studiów.

Mówi pan o studentce, która potem została pana żoną?

Nie. Ale nie będziemy o tym wspominać.

Skoro mówimy o dziewczynach...

- To bez nazwisk. I tak się jakoś potoczyło. Aczkolwiek ja w dalszym ciągu uważam, że zawód jest zupełnie niepoważny - w pewnym wieku mężczyźnie po prostu nie przystoi wygłupiać się przed kamerą albo na scenie przed widownią. Prowadzi to do niebezpiecznych skrzywień narcystyczno-egocentrycznych. Dlatego w życiu prywatnym raczej otaczam się ludźmi spoza środowiska aktorskiego.

Pod koniec studiów na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi zgarnął pan pięć nagród naraz. To się nikomu wcześniej nie udało.

- Konsekwencją był angaż do Teatru Narodowego, w którym szczęśliwie jestem już 18 lat. Na początku terminowałem, nie powierzano mi wielkich ról, ale jakoś, ze schyloną głową, przetrzymałem ten czas. Wszyscy dookoła grali znaczące role, a ja trzecio-, czwartoplanowe albo takie, w których się statystowało. Ratował mnie upór, zapał, chęć do pracy. Pewnie też otwartość, oddanie. Pomyślałem, że skoro już tu jestem, warto powalczyć o swoje miejsce w drużynie Teatru.

Ambicja.

- Tak, jestem dość ambitny. Postanowiłem też coś udowodnić. Sobie i kobiecie, z którą byłem. Bo większość rzeczy w życiu, jak mi się wydaje, robi się dla osób, z którymi się żyje. Dla bliskich. Tak naprawdę to oni nas popychają do tego, żeby coś tworzyć, pisać, robić, działać. I teraz rzeczywiście gram duże role. A zatem opłaciły się upór, ambicja, cierpliwe czekanie. Co nie zmienia faktu, że ten zawód jest niemiłosiernie głupi.

Wolałby pan być sędzią, lekarzem?

- Z zazdrością patrzyłem na kolegów, którzy kończyli medycynę, prawo albo dziennikarstwo. Jeśli ktoś jeszcze dziś mnie pyta, jakie studia skończyłem, mówię, że szkołę zawodową. A przecież z pewną jasnością i otwartością umysłu mógłbym robić wiele innych rzeczy.

Może pisać? Czytałam pana blog. Popłakałam się ze śmiechu.

- Ten blog zdobył już dość dużą popularność. Cieszy mnie to, bo w pewnym momencie w aktorze pojawia się tęsknota za tym, żeby wreszcie ułożyć słowa we własnym szyku. Jesteśmy marionetkami w rękach reżyserów, producentów, kostiumografów, przede wszystkim zaś autorów tekstu. Przez całe życie mamy w gębach nie swoje słowa. Na dłuższą metę to frustrujące. Im dłużej uprawiam zawód aktora, tym bardziej czuję, że jest on potwornie odtwórczy, wręcz usługowy, nie ma w nim nic artystycznego.

Proszę pisać.

- Niedawno zwróciło się do mnie nawet całkiem poważne wydawnictwo z propozycją napisania czegoś większego. Nie mówię nie. Zbieram myśli. Podglądam czasem wypociny kolegów i koleżanek po fachu. Niektóre teksty są dość nieznośne, pretensjonalne, zwłaszcza jeśli autorzy piszą na swój temat. Ja chciałbym tego uniknąć. Postrzegam świat z dystansem, ironią i poczuciem humoru na własny temat. Chciałbym opisać rzeczywistość swoimi słowami, najlepiej jakimś skrótem myślowym. To jest to, co spodobało się ludziom na moim blogu. Jeśli miałbym pisać coś większego, to raczej śmiejąc się z samego siebie.

Więc może jednak coś autobiograficznego?

- Kogo to mogłoby obchodzić?

Czytelników "Tele Tygodnia". No i mnie. Sześć razy do pana zadzwoniłam z prośbą o ten wywiad.

- Nie lubię opowiadać o swoim życiu. Krępuje mnie mówienie o sobie oraz fakt, że od czasu do czasu poświęcają mi uwagę jakieś plotkarskie media, zazwyczaj pisząc historie, które nie mają nic wspólnego z moim prawdziwym życiem. Czytałem o kilku koleżankach, z którymi niby jestem, a których nawet nie znam prywatnie. Przeczytałem nawet relację ze swojego ślubu, który się nie odbył, i z zaręczyn, które nigdy nie miały miejsca. Nie chce mi się z tym dyskutować.

Głupie to jest zupełnie, ale bez wątpienia świadczy o pana popularności. Chcemy wiedzieć, jaki pan jest.

- A już najgorsze jest to, że te plotkarskie portale generują nieprawdopodobny hejt. A ja się tego boję. Boję się czytać komentarze pod artykułami. I to nawet jeśli mnie bezpośrednio nie dotyczą. Mnie to frustruje. Jak można przeczytać dwieście nienawistnych komentarzy na temat mojej rodziny, dzieci, wyglądu, pracy, życia i się tym nie przejmować? Nie będę kłamał, że jestem na to odporny. Nie jestem.

Straszliwy z pana wrażliwiec.

- Ciężko jest żyć z czymś takim.  (uśmiech) Aktorzy na ogół mówią, że tego nie czytają. Czytają wszyscy, tylko mówią, że tego nie robią. A potem nie śpią po nocach.

Jest pan teraz straszliwie zajęty. Co pan robi? Gdzie tak pędzi?

- Za chwilę idę na mecz Legii. Zaraz zaczyna się sezon w teatrze, będzie "Kotka na gorącym blaszanym dachu", "Dziady" i "W mrocznym mrocznym domu", gram równolegle w 11 tytułach. I jak co roku gram w serialu "Blondynka" - jestem w trakcie zdjęć. I tak naprawdę nie mogę się doczekać prawdziwych wakacji. Od kilku lat właściwie ich nie miałem. Praca w teatrze nie daje mi takiego komfortu finansowego, jaki bym chciał mieć, więc biorę dziesiątki chałtur, żeby zarobić na luksus, jakim jest granie na scenie.

Rozmawiała Bożena Chodyniecka

Grzegorz Małecki urodził się 19 czerwca 1975 r. w Warszawie. Syn aktorki Anny Seniuk i kompozytora Macieja Małeckiego. Absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej (2000), od 17 lat w zespole Teatru Narodowego (m.in. "Śluby panieńskie", "Tango", "Dziady"). Znamy go z seriali ("Barwy szczęścia", Blondynka", "M jak miłość", "Na krawędzi 2"), spektakli Teatru Telewizji ("Pamiętnik pani Hanki", ) i filmów ("#Wszystko gra", "PolandJa", "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach"). Ma dwoje dzieci: córkę Antoninę i syna Franciszka.

Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Małecki | Na układy nie ma rady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje