Grażyna Wolszczak: Lepiej całować kogoś miłego

Serial "Na Wspólnej" przyniósł zmiany w jej życiu prywatnym i zawodowym. Na szczęście tylko te przyjemne...

Grażyna Wolszczak

TVN Fabuła pokazuje "Na Wspólnej" od początku. To okazja, by powspominać. Wy już jesteście jak rodzina!

Grażyna Wolszczak: - To rzeczywiście takie nasze drugie życie. Barwniejsze od tego prawdziwego, bo na szczęście prywatnie aż tyle dramatów się nie zdarza.

Co było najtrudniejsze w czasie tych 15 lat?

- Ciężko było z dziećmi. Mnie i Renacie Dancewicz dano niemal w tym samym czasie świeżo urodzone niemowlęta, bo nasze bohaterki zostały mamami. Jej niemowlę na początku strasznie ryczało. Moje było cudowne. Cieszyłam się, że tak dobrze mi się trafiło. Minęło trochę czasu, dzieci podrosły. Dziewczynka Renaty ładnie wykonywała polecenia, powtarzała najpierw proste, potem bardziej skomplikowane kwestie. Dziś świetnie daje sobie radę. A mój chłopczyk przestał współpracować. Wrzeszczał już wchodząc na halę zdjęciową. Tak pokazywał, że ta sytuacja mu nie odpowiada. Liczyliśmy, że to stan przejściowy. Nie udało się. Konieczna była zmiana dziecka. Wybór padł na Kacpra Łukasiewicza. Początkowo nie było rewelacji. Ale teraz serialowy Kubuś to aktor pełną gębą, daje sobie świetnie radę z graniem nawet bardzo skomplikowanych stanów emocjonalnych.

Reklama

I wzbudza emocje u widzów.

- Skrajne, to prawda, bo jest niebanalnym chłopcem. Na szczęście. Jednych jego zachowanie wzrusza, innych śmieszy, a czasami wkurza, ale to dobrze. Gdyby był zwyczajny, byłby nijaki, czyli nudny.

Serial ma już swoją historię. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Był moment, że pani w "Na Wspólnej" było bardzo mało.

- Nie mam takiego charakteru jak Waldek Obłoza, który ma milion pomysłów na własną postać. I cały czas podrzuca scenarzystom coś nowego. Ja wolę, żeby było jak w życiu, żeby do mnie samo przychodziło, co ma przyjść. Żeby wydarzenia mnie zaskakiwały. No i w którymś momencie się przeliczyłam. Scenarzyści nie mieli pomysłu, co ze mną zrobić. Tyle się już wydarzyło. Basia zeszła więc z pierwszego planu na drugi, potem na trzeci, a potem mazała się tylko w tle, żeby całkiem nie zniknąć. Już się chciałam na dobre wycofać, miałam pomysł, żeby mnie wysłać do USA, gdzie wyjechała na studia moja serialowa córka [Matylda Damięcka dostała się do Akademii Teatralnej i postanowiła odejść z serialu - przyp. red.]. Tak się jednak złożyło, że Tomek Schimscheiner ze względu na plany teatralne potrzebował przerwy od "Na Wspólnej". To otworzyło możliwość na zbudowanie Basi nowego życia. Tak się stało. Od paru lat razem z Łukaszem Konopką rzeźbimy wspólnie ten wątek. Przyznam, że to był odświeżający moment. Z Tomkiem byliśmy już jak prawdziwe stare małżeństwo, ja wiedziałam, jak on zareaguje, on znał wszystkie moje miny.

Czy z każdym aktorem można stworzyć udany duet?

- Ja na szczęście nie mam z tym problemu, lubię ludzi, łatwo się adaptuję do różnych sytuacji. Prawda jednak jest taka, że każdy ma kogoś, na kogo alergicznie reaguje, często nawet bez konkretnej przyczyny. Na szczęście nie zdarzyło mi się, żebym musiała z kimś takim grać, bo wtedy cała przyjemność z pracy by zniknęła. Czasami spotykają nas w tym zawodzie różne sytuacje. Przychodzi się na plan, przedstawiają ci jakiegoś obcego faceta, a reżyser wpada na pomysł, że dla zbudowania większego napięcia mamy się namiętnie pocałować... Zrozumiałe, że przyjemniej jest pocałować miłą osobę. No i taką, która ładnie pachnie...

Jeśli jesteśmy przy partnerach, to zdaje się, że pani związek z Cezarym Harasimowiczem zaczął się od "Na Wspólnej".

- Rzeczywiście, zaczęliśmy się spotykać mniej więcej w tym samym czasie. Czarek trzymał za mnie kciuki podczas wieloetapowych castingów. O tym, że dostałam tę rolę, wiedział wcześniej ode mnie.

Jak to było możliwe?

- Wtedy w Polsce były już oczywiście różne seriale, ale kręcono je metodą filmową, na jedną kamerę. My mieliśmy pracować na trzy kamery. Nikt nie umiał tego robić, dlatego wzięto reżysera z Australii, który pracował już w ten sposób. Był to Polak, Robert Klenner, który jest także aktorem i lata wcześniej pracował w jednym teatrze z Czarkiem (także wtedy aktorem). Tak więc Czarek miał na bieżąco przecieki z tej skomplikowanej układanki, jaką jest obsada serialu. Nie przekazywał mi, żeby nie zapeszyć, czasem w ostatniej chwili coś się zmienia. Tak się to wszystko zazębiło - zmiana w życiu prywatnym ze zmianą w pracy.

Dziś wszyscy z serialem "Na Wspólnej" się liczą. Wtedy mieliście bardzo silną konkurencję.

- To był czas, gdy cała Polska oglądała "M jak miłość". Mieliśmy pewność, że szybko ich dogonimy. Kiedy minął kolejny miesiąc emisji, a oglądalność była mizerna, wszyscy byli załamani. Baliśmy się, że nas zdejmą z anteny. To nie jest takie proste, żeby widza wciągnąć w nową historię, tak by czekał z utęsknieniem na następny odcinek. Nie śledzę wyników oglądalności, ale po latach chyba dogoniliśmy słynny serial.

Co z pani własnym teatrem?

- Plany były ambitne. Chcieliśmy stworzyć w Warszawie kolejne ważne miejsce realizujące różnorodne projekty kulturalne. A to wszystko w Klubie Dowództwa Garnizonu Warszawa na Mokotowie. Czekaliśmy dwa lata, aż się wyremontuje. Jednak, po wyborach, w wojsku zaszły zmiany, a wiadomo, że każdy szef ma inne priorytety. Nie poddajemy się, będziemy zewnętrznym producentem realizującym gościnnie spektakle teatralne. Premierę naszego
pierwszego przedstawienia "Pozytywnych" zrobiliśmy w teatrze Tomka Karolaka. Udało się nadzwyczajnie. Nasz spektakl przyjmowany jest gorąco nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. Serdecznie zapraszamy już 11 i 12 listopada do Teatru IMKA. Teraz zabieramy się za realizację drugiego naszego przedstawienia.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Grażyna Wolszczak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje