Dariusz Kordek: Sprawdził się jako kobieta

Dariusz Kordek /Tomasz Urbanek / DD TVN /East News

Przebrany za dojrzałą Murzynkę wyśpiewał wygraną w drugim odcinku „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Charakteryzacji pozbywał się przez kilka dni.

Reklama

"Twoja Twarz Brzmi Znajomo" to bardzo trudny program. Przygotowanie do występu wymaga chyba bardzo wiele wysiłku?

Dariusz Kordek: - Zacznijmy od tego, że program ma tę zaletę, że się z niego nie odpada (śmiech). Nie zastanawiałem się wcześniej, dlaczego tak jest, ale teraz już to rozumiem, bo wiem, ile pracy trzeba włożyć, ile zaangażowania. I nie chodzi jedynie o pracę czysto artystyczną. Przygotowanie do występu wymaga całej machiny działań, nie tylko artysty, ale i wielu innych osób. To jest ogromne wyzwanie dla wszystkich dywizji: charakteryzacyjnej, wokalnej, ruchowej, dźwiękowej. Jesteśmy jednak bardzo ambitni i my Polacy robimy najlepszą edycję na świecie!

Wygraną w drugim odcinku dała panu kobieta.


- Dojrzała, gruba Murzynka Nina Simone. Wydawało mi się, że ten Bruce Springsteen bardziej do mnie pasuje, ale okazało się, że Simone jest bliżej moich warunków.

Warunków? Nie wyglądacie podobnie!

- Głosowych? Psychicznych? Coś musiało zagrać, skoro wygrałem.

Żeby zrobić z Dariusza Kordka Ninę Simone, trzeba sporo czasu?

- Sama charakteryzacja trwała ze cztery godziny, ale rozcharakteryzowanie się to osobna historia. Po nagraniu kąpałem się dwa razy, następnego dnia trzy razy, a i tak przez kolejne dni ściągałem z siebie kawałki kleju. Ale to niebywała okazja, że możemy tego doświadczać. W Polsce nie ma możliwości zrobienia czegoś podobnego, grając w filmie czy w teatrze. Niektórym hollywoodzkim aktorom udaje się to, gdy np. grają w "Hobbicie". U nas się nie produkuje takich filmów. Dzięki tej produkcji telewizyjnej mamy więc tego namiastkę.

Będę szczera - w waszym zawodzie najbardziej podoba mi się możliwość przebierania się.

Reklama

- Ta kobieca część naszej osobowości pewnie gdzieś tam w nas kiełkuje i wychodzi na światło dzienne przy podobnych okazjach. Kostium, łącznie z butami, to jest wstęp do przeistaczania się w inną osobę, w inną psychikę, w inne reakcje. To obowiązuje w starej szkole, w której ja się wychowywałem, bo skończyłem studia w 1988 roku

A w młodszym pokoleniu jest inaczej?

- Jako zasada to się nie zmieniło, ale dziś nie używa się w teatrze tak wielu kostiumów jak kiedyś, bo nie ma już tylu kostiumowych produkcji. Młodzi aktorzy, którzy przychodzą do teatru, nie mają też i wiedzy na temat charakteryzacji. Kiedyś sam aktor się malował. Dzisiaj w teatrze charakteryzacja i kostium zostały odsunięte na nieco dalszy plan. W tym programie można sobie poszaleć i to w taki nowoczesny sposób, no i można zaśpiewać i zagrać coś, czego by się nigdy nie zrobiło.

Zagrał pan w pierwszych odcinkach serialu "Bodo", który oparty jest na faktach, ale pana postaci nie znalazłam wśród aktorów tamtego okresu.

- Bo Michał Orda nigdy nie istniał. Stworzono go z kilku postaci ówczesnych aktorów. Orda to zupełna kreacja na potrzeby serialu i całej historii - mistrz, idol ówczesnej bohemy, aktor estradowy, teatralny i filmowy, który daje młodemu Bodo błogosławieństwo na początek życia artystycznego. Młody Bodo się na nim wzoruje i marzy, by w przyszłości być takim jak on. W tych scenach odnajdywałem siebie z młodości. W latach 80. i 90. chodziłem do Teatru na Woli, by oglądać Tadeusza Łomnickiego. Był naszym idolem. Wtedy nie było tylu mediów co dziś, teatr był więc dla nas tym medium najważniejszym, szczególnie dla młodzieży aspirującej do bycia inteligencją.

Nie pożegnał się pan z epoką, gdyż gra pan Eugeniusza Bodo w musicalu.

- Przyznam, że reżyser Michał Kwieciński zainspirował mnie. Eugeniusz Bodo to postać, która jest materiałem na dużą formę, na serial, film fabularny czy musical. W historii jego życia jest wszystko. I wspaniała feeria barw życia codziennego artysty celebryty z okresu 20-lecia międzywojennego, ale jest też część martyrologiczna i w końcu śmierć w obozie ciężkiej pracy. To jest historia bardzo dramatyczna i ciekawa, którą tak naprawdę poznaliśmy całkiem niedawno. Przez wiele lat losy wojenne Bodo były nieznane, nikt nie wiedział, jak i gdzie zginął. Stanisław Janicki, twórca programu "W starym kinie", przez wiele lat tropił tę sprawę i całkiem niedawno odkrył, co się stało. Był w historii Bodo ten paradoks, że najbardziej pewny i neutralny paszport na świecie, czyli obywatela Szwajcarii, akurat jemu zaszkodził. To wszystko bardzo mnie wciągnęło.

Piosenki z okresu międzywojennego chyba aż prosiły się o to, by zebrać je w musicalu?

- To rzeczywiście przepiękne utwory, z dobrą melodią, z dobrym tekstem. To ogromna frajda śpiewać je i pokazywać na żywo. Wiele musicali zostało stworzonych z gotowych piosenek, które połączono pewną historią. Zwykle jednak ta historia jest powierzchowna, w naszym przypadku jest ona dość ciężka gatunkowo, bo jest prawdziwa, nasz bohater naprawdę żył, wszystko, o czym opowiadamy, naprawdę się zdarzyło.

Kiedy premiera?

- Odbyła się w połowie lutego w Rawiczu, a na początku czerwca pokażemy nasz spektakl w Warszawie w Teatrze IMKA.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Dariusz Kordek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje