Danuta Stenka: Nie czuję się żadną gwiazdą

Jest aktorką Teatru Narodowego w Warszawie, zasłynęła rolami w wielu ważnych filmach. Dziś Danutę Stenkę możemy oglądać na dużym ekranie w "Sztuce kochania", a na małym w "Wojennych dziewczynach". Wkrótce obejrzymy także w "Listach do M. 3".

Danuta Stenka nie boi się zawodowych wyzwań

- W moim zawodzie spełniam się nie tylko jako aktorka, ale i jako człowiek. Uwielbiam te wyprawy w nieznane, wędrówki w czasie i przestrzeni, a przede wszystkim podróże w głąb człowieka - postaci, którą gram, i siebie samej. Mam nadzieję, że tym niezwykłym prezentem od losu będę się mogła cieszyć jeszcze długie lata - mówi Danuta Stenka.

Udało się pani w dobie celebryctwa i powszechnego zainteresowania życiem sław dokonać sztuki niezwykłej: rozkochać w sobie widownię, zdobyć uznanie, szacunek, omijając jednocześnie krytykę, a zwłaszcza tak modny dziś, internetowy hejt, dotykający niemal wszystkie gwiazdy. Jak pani to robi?

Reklama

- Pojęcia nie mam. Nie śledzę w internecie opinii na swój temat, nie wiem, co piszą. A określenie "gwiazda" wydaje mi się trochę wyświechtane. Poza tym nie czuję się żadną gwiazdą...

Obecnie oglądamy panią w serialu "Wojenne dziewczyny", zapowiadanym jako odpowiedź na słynny "Czas honoru". Są to jednak dwie całkiem inne historie - łączy je tylko tematyka, ten sam producent i to, że pani w obydwu zagrała!

- Rzeczywiście, tak się złożyło i tak jak seriale te są różne, tak różne są w nich moje role. W "Czasie honoru" był to ledwie epizod, za to... przypłacony chorobą. Grana przeze mnie Margaret, archiwistka, była namiętną palaczką. Sceny z nią, porozrzucane po kilku odcinkach, kręciliśmy jednego dnia, non stop, od rana do wieczora, tylko we dwoje, w ciaśniutkim pomieszczeniu, przy tym ja, niepaląca od lat - papieros za papierosem. Do domu dotarłam późnym wieczorem, z objawami silnego zatrucia, dochodziłam do siebie przez parę dni. Tu, na planie "Wojennych dziewczyn" [emisja w TVP1 w każdą niedzielę o godz. 20:25 - red.], sytuacja przedstawia się całkiem  inaczej, choć moja bohaterka, pani Szczęsna, mama Irki (Marta Mazurek) i Witka (Michał Czernecki), też w zasadzie nie opuszcza domu. Ale jest to przestrzenna willa, wokół piękny plener i gdyby nie dramatyzm zdarzeń rozgrywających się w tym uroczym anturażu, można by rzec, miła praca.

Jawi się tu pani niczym prawdziwa Matka Polka, z dużym zrozumieniem podchodząca do konspiracyjnych działań podopiecznych.

- Założyliśmy sobie z reżyserem Michałem Rogalskim (tego nie było w scenariuszu), że ona sama, jako młoda dziewczyna, walczyła w konspiracji. Urodzona pod koniec XIX wieku, w okresie zaborów, przeżyła I wojnę światową, potem czas odzyskiwania niepodległości. Dobrze wiedziała, co jest stawką w tej grze, a jednak, mimo ogromnego lęku o swoje dzieci, o ich przyjaciół, wspierała tę młodzież z całych sił.

Jest taka scena, kiedy Irka oznajmia matce, że muszą przyjąć pod dach Żydówkę. Pani bohaterka się waha, w końcu wyraża zgodę - i wówczas, kiedy tak stoją z córką naprzeciw siebie, widać w jej oczach wszystko: niepewność i strach, a jednocześnie niesamowitą dumę i podziw dla własnego dziecka, za odwagę, za wrażliwość, za serce...

- Myślę, że wojennym matkom było nawet trudniej niż ich dzieciom, których entuzjazm i młodzieńczą fantazję konfrontowały z własną wiedzą, wyobraźnią popartą doświadczeniem życiowym. Których patriotyzm, świeży, szczery, bezkompromisowy, nie pozwalał na zadawanie sobie pytań - a one pytały. Które bez namysłu szły do akcji, na ulice, na barykady - a one, płacząc ukradkiem, wyprawiały je znakiem krzyża na czole. Warto sobie uzmysłowić, że nie byłoby tysięcy młodych bohaterów bez tysięcy matek - takich właśnie jak grana przeze mnie Jadwiga Szczęsna. Im zawdzięczali najpierw wychowanie wedle określonych kanonów, a potem, kiedy nadszedł czas trudnej próby, niezawodne zaplecze i pomoc. Ciche, bezimienne współtwórczynie pięknej karty naszej historii, jaką było Polskie Państwo Podziemne.

Minęło blisko 80 lat od wybuchu II wojny światowej, a wciąż powstają o niej nowe filmy i seriale.

- Widzę w tym sens, bo jest to rozmowa o człowieku w szczególnych czasach. Wojna, jak lupa, uwidacznia w nim cechy, w zwykłych okolicznościach niedostrzegalne czy wręcz ukrywane. W gruncie rzeczy współczesne, "plastikowe" seriale również opowiadają o człowieku, ale najczęściej jest to, jak mawiał Igor Przegrodzki [aktor, reżyser, pedagog - przyp. red.], problem skradzionego portfela. W sytuacji, kiedy ceną jest życie, rozmowa ta nabiera szczególnego wymiaru. Myślę, że warto ją prowadzić - ku przestrodze. A także ku pamięci - coraz rzadziej w naszych domach porusza się temat wojennego dramatu, jego świadkowie odchodzą.

Wspominało się wojnę u pani w rodzinie?

- Oczywiście, choć ani moi rodzice, ani dziadkowie nie brali w niej czynnego udziału. Pradziadek ze strony taty, Adam, i dziadek ze strony mamy, Jakub, walczyli w I wojnie światowej. Przed II wojną dziadek Jakub został mianowany sołtysem, a wraz z jej nadejściem, jak opowiadała mama, runął cały porządek. Działo się to na Kaszubach, gdzie ludność rdzenna i niemiecka żyły ze sobą w symbiozie. I nagle okazało się, że sąsiad sąsiadowi wrogiem, że - niczym u Kruczkowskiego - są Niemcy i Niemcy. Był taki Niemiec, sąsiad, który podsłuchiwał, donosił i taki, który przychodził po kryjomu, by ostrzec: - Schowajcie się w lesie, bo dziś będą wywozić do Stutthofu! Więc pakowali się i uciekali do lasu, byli przygotowani. Kiedy Niemcy prowadzili dziadka na rozstrzelanie, niemieccy mieszkańcy wsi wstawili się za nim, tłumacząc, że bardzo go szanują, bo zawsze był uczciwym sołtysem. Przed wojną traktował Niemców na równi z Polakami, jeśli np. wieszał ogłoszenia, to i w języku polskim, i niemieckim... Skończyło się tym, że niedoszli zabójcy poczęstowali go cygarem i pozwolili wrócić do domu.

Po wojnie też łatwo nie było...

- Władze zwalczały wszelkie odrębności etniczne, próbowano naród ujednolicić, zmiksować, pozbawić korzeni. Moi rodzice opowiadali, że przysłano do gowidlińskiej podstawówki nauczycielkę, bodajże ze wschodniej Polski, która tępiła język kaszubski. Za używanie go, nawet podczas przerwy, poniżała uczniów, biła, nazywała ich Niemcami, mimo że Niemcy podczas wojny fundowali im to samo. A bywało, że po wojnie niektórzy uczniowie zaczynali podstawówkę  jako nastolatki. I któregoś dnia jeden z "dryblasów" wyrwał jej z ręki rózgę, którą go okładała i potraktował ją w ten sam sposób. Skończyło się tym, że rodzice i nauczyciele stanęli po stronie chłopaka, po stronie maltretowanych uczniów, więc nie pozostało jej nic innego, jak spakować manatki i wyjechać. Nie dali sobie Kaszubi w kaszę dmuchać.

Pani jest Kaszubką?

- Z ojca i matki, z dziada pradziada - i jestem z tego dumna. Kaszuby są przepiękne, uwielbiam wracać w rodzinne strony. Niedawno, już po raz 14. uczestniczyłam w czytaniu Biblii po kaszubsku, które odbywa się raz do roku w wejherowskiej  kolegiacie, w ramach wydarzenia pod nazwą Verba Sacra. Autorem tłumaczeń z języka greckiego na język kaszubski jest franciszkanin, ojciec Adam Sikora. W tym roku prezentowaliśmy świeżo przetłumaczoną "Księgę  Koheleta". Zazwyczaj impreza ta odbywa się w styczniu, kiedy miasto promienieje świątecznymi ozdobami i światłem.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Danuta Stenka urodziła się 10 X 1961 roku w Sierakowicach. Dzieciństwo spędziła w Gowidlinie na Kaszubach. Wzorem mamy nauczycielki chciała uczyć w miejscowej podstawówce. Absolwentka Studium Aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (1984). Od 2003 w zespole Teatru Narodowego. Znana m.in. z seriali "Boża podszewka", "Czas honoru", "Lekarze" oraz filmów "Quo vadis", "Nigdy w życiu!", "Katyń". Odznaczona Srebrnym Medalem "Gloria Artis" (2011). Ma męża Janusza Grzelaka i dwie córki.

Dowiedz się więcej na temat: Danuta Stenka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje