Reklama

Beata Fido: Aktorski debiut zaliczyła w USA

Ukończyła Wydział Aktorski PWST w Krakowie. Jej mentorem był Jerzy Trela. Zadebiutowała w USA, gdzie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki teatralnej. Zagrała główną rolę w filmie "Smoleńsk". Jej najsurowszym recenzentem jest syn - mówi Beata Fido.

Ukończyła Wydział Aktorski PWST w Krakowie. Jej mentorem był Jerzy Trela. Zadebiutowała w USA, gdzie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki teatralnej. Zagrała główną rolę w filmie "Smoleńsk". Jej najsurowszym recenzentem jest syn - mówi Beata Fido.
Beata Fido /Piotr Andrzejczak /MWMedia

Komu pozwala się pani oceniać?

Beata Fido: - Słucham uważnie tego, co mówi o moich rolach mój syn. Jest recenzentem surowym, ale bardzo rzetelnym. Zależy mu na tym, żebym była doskonała, stawia, na jakość, nie myśli schematycznie.

A pani sama, z której swojej roli jest najbardziej zadowolona?

- Amerykanie mawiają, że z tej, która jest przede mną. Wiele satysfakcji dał mi ostatnio udział w baśniach realizowanych dla TVP ABC, gdzie gram Bajarkę. Reżyserowi udało się stworzyć prawdziwy raj dla aktora, "Kraina Baśni" to rzetelna sztuka teatralna. Takie projekty zdarzają się w telewizji niezwykle rzadko. Reżyser Cezary Albin wchodząc na plan miał wszystko przemyślane, przygotowane i rozpisane.

Dobrze się pani czuje w takim baśniowym świecie?

Reklama

- Pracując, byliśmy w innej rzeczywistości... Magiczne światło Jacka Fabrowicza, fantastyczna scenografia Marii Albin, cudowne kostiumy Agaty Wirtek, genialna i pracochłonna charakteryzacja Aleksandry Plewako-Szczerbińskej przy wsparciu znakomitej ekipy tworzyły tajemniczą, bajkową rzeczywistość.

Czy pani zdaniem dzieci są zainteresowane teatrem w świecie smartfonów?

- To nie jest banalna moralizatorska opowieść. To opowieść dla dzieci, które mogą poznać Teatr Telewizji. Taki spektakl może zachęcić do poznawania literatury, teatru, muzyki, do zabawy w teatr, do pobudzania wyobraźni. "Kraina Baśni" to tajemniczy świat, w którym wszystko jest możliwe. Co ważne to rozrywka międzypokoleniowa, bezcenna okazja by obejrzeć coś ciekawego razem z dziećmi. Przyznam, że od dawna tęskniłam za teatrem realizowanym z rozmachem, za takim klasycznym czy szekspirowskim kostiumem.

Kiedy ostatnio miała pani taki kostium na sobie?

- Chyba jeszcze w USA, w Chicago, gdzie w teatrze grałam w "Śnie Nocy Letniej" Szekspira.

Jak trafiła pani na sceny teatralne w Stanach?

- Ukończyłam Wydział Aktorski PWST w Krakowie, mentorem mojego roku był Jerzy Trela, a reżyserami spektakli dyplomowych byli Jerzy Stuhr i Waldemar Śmigasiewicz. Właściwie mogłam zacząć grać w Polsce, ale wyjechałam do Stanów Zjednoczonych i tam zadebiutowałam. Nie zabiegałam o popularność, chciałam po prostu wykonywać ten zawód, szybko trafiłam do teatru. USA ukształtowały mnie jako aktorkę i pokazały sposób funkcjonowania w tym zawodzie.

A jak traktowali panią amerykańscy koledzy? Nie było nieco pobłażania albo pokazywania wyższości?

- Jako absolwentka polskiej szkoły aktorskiej miałam uznanie, szacunek, reakcje były bardzo pozytywne, byłam traktowana jako pełnoprawna i profesjonalna aktorka. Doświadczyłam, że jestem oceniana wyłącznie na podstawie umiejętności zawodowych.

Czy w Stanach odniosła pani sukces?

- Sukces to coś ulotnego i ciężko definiowanego, szczególnie dzisiaj. Mogę powiedzieć, że wiele ról i spektakli wspominam z zadowoleniem. W 1996 roku otrzymałam nagrodę dla najlepszej aktorki teatralnej Theatre Excellence Award za rolę główną w spektaklu "Beast on the Moon" przyznaną przez Detroit Free Press. Tę rolę powierzył mi Jeff Daniels w swoim teatrze the Purple Rose Theatre Co., którego nazwę Jeff wziął z filmu, w którym grał - "Purpurowa Róża z Kairu" Woody Allena.

- Sama nominacja do tej nagrody była dla mnie dużym zaszczytem, a muszę podkreślić, że moimi konkurentkami były rodowite Amerykanki. Chodziłam na liczne castingi, żyłam teatrem. Na prestiżowym festiwalu w Williamstown, gdzie grałam dwukrotnie, poznałam dramaturga Arthura Millera czy gwiazdy Hollywood, Marisę Tomei, Kate Burton, Paula Newmana i jego żonę Joanne Woodward, u których miałam przyjemność bywać w domu. Lista osobowości, z którymi spotkałam się na drodze zawodowej jest długa. Nigdy nie zabiegałam o popularność, więc moje role w Stanach są w Polsce szerzej nieznane.

Dlaczego wróciła pani do kraju?

- Frank Sinatra śpiewał "If you can make it there, you will make it anywhere" Wróciłam do kraju ojczystego, zbudowana doświadczeniem i rywalizacją w Stanach. Nie przestałam czuć się Polką, wróciłam do rodziny, przyjaciół, do domu.

Nie żal było pani osiągniętych już sukcesów w Stanach?

- Myślałam, że jeżeli udało mi się spełnić swoje marzenie aktorskie w USA, to tym bardziej uda mi się w Polsce. Tak myślałam.

Co było inne?

- Przede wszystkim szukanie ról w kraju różniło się znacznie od tego, czego nauczyłam się w Stanach. W 2001 roku, kiedy wróciłam do Polski rzeczywistość była zupełnie inna. "Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję". Poza aktorstwem recenzowałam scenariusze w języku angielskim, pracowałam w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, ukończyłam podyplomowe studia Zarządzanie w Mediach.

Ale jednak udawało się zdobywać role?

- Cenię je wszystkie. Zarówno rolę Wandy Półtawskiej w spektaklu "Totus Tuus" w reżyserii Pawła Woldana, Siostrę Krystynę z filmu Rafała Wieczyńskiego "Popiełuszko" czy rolę nauczycielki z "Matki Teresy od Kotów" Pawła Sali. Panią Wandę Półtawską wszyscy kojarzą jako przyjaciółkę Jana Pawła II, ale nie wszyscy wiedzą, że była więźniarką obozu w Ravensbruck, wykonywano na niej eksperymenty medyczne. Ważne są ostatnie moje role: Królewna Kręcinosek i Czarodziejka, Szewczyni i piosenka "Do serca przytul psa" Jana Kaczmarka, którą zaśpiewałam razem Jurkiem Skoczylasem. Ważna jest rola w filmie "Smoleńsk".

Spadły na panią gromy za udział w tym filmie. Jak trafiła pani na plan?

- Reżyser Antoni Krauze zaproponował mi zagranie roli dziennikarki Niny po zdjęciach próbnych. W życiu trzeba mieć kręgosłup. "Niczego w życiu nie należy się bać, należy to tylko zrozumieć", prawda? To film dla wszystkich Polaków, dla których ten temat jest istotny. To jest autorska opowieść Antoniego Krauzego, o tym jak on przeżywał ten dramat i nadal go przeżywa. To jest film o konsekwencjach katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku, które odczuwamy do dziś, i które będziemy odczuwać przez lata, jeśli nie pokolenia. Ryzyko i krytyka są wliczone w koszty mojego zawodu. Znam swoją wartość i przechodzę przez tę falę wzmocniona. Nie myślałam o kosztach, które mogę ponieść po zagraniu tej roli. Moje poglądy - a każdy jakieś ma - i moje życie prywatne są moją sprawą i zawsze będę stała na tym stanowisku. Z szacunku dla widza moje prywatne poglądy nie powinny wysuwać się na pierwszy plan. Po to, żeby zapewnić widzowi komfort oglądania mojej pracy.

PAP life
Dowiedz się więcej na temat: Beata Fido
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy