Artur Andrus: Sam się nie zaśmieję i innemu nie dam

​Dziennikarz, satyryk i autor piosenek uważa, że nikt się nie dowie, czy umie zagrać amerykańskiego milionera, dopóki nie spróbuje.

Artur Andrus - "artysta multimedialny"

W "Spadkobiercach" Artur Andrus jest seniorem bajecznie bogatej rodziny Owensów. W jego dzieci, wrogów i przyjaciół wcielają się m.in. Joan na Kołaczkowska, Robert Górski i Janusz Rewers, w każdym odcinku pojawia się też gość specjalny. Skąd popularność "Spadkobierców"?

Reklama

Artur Andrus: - Mnie w tym serialu pociąga głównie to, że nigdy nie wiem, co się wydarzy. Darek Kamys, pomysłodawca i reżyser, informuje nas, o co chodzi w tym odcinku. Wychodzimy na scenę i okazuje się, że nam chodzi o coś zupełnie innego.

Owensowie często raczą się napojami z barku na scenie. Butelki mają oryginalną zawartość?

- Jeżeli przed nagraniem przez scenę w okolicy stolika przewinie się Piotrek Bałtroczyk, to na pewno w trakcie występu napijemy się nie tylko herbaty. Ale wbrew temu, co niektórzy sobie wyobrażają, nie ma tam zestawu trunków, które mają sprawić, że będziemy zabawniejsi.

Ktoś o panu powiedział, że jest pan śmieszny jak pies. To komplement?

- Szczytowa forma komplementu, bo uwielbiam psy. Nie padła jednak nazwa rasy i można się zastanawiać, czy każdy pies jest tak samo śmieszny... Jeden z kabareciarzy stwierdził, że ta pani miała na myśli psa ogrodnika: sam się nie zaśmieję i innemu nie dam, ale to już była tylko złośliwość życzliwego kolegi.

Ludzi odróżnia od zwierząt poczucie humoru?

- Znam psy z poczuciem humoru, i to raczej życzliwym. Chociaż jeden taki jest niemiły wobec listonosza, ale tę uszczypliwość demonstruje tak, że wszyscy inni mają ubaw. W każdym razie fajnie by było, gdyby ludzie mieli poczucie humoru.

Na przykład w odniesieniu do polityki?

- Oczywiście. Trzeba żartować z tego, z czego się da, a da się ze wszystkiego. Byle dowcip nie zamienił się w publicystykę i byle więcej było żartu niż jadu.

Zawodowo jest pan najdłużej związany z radiową Trójką. Radio było pana wymarzonym medium?

- Kiedyś myślałem: pójdę do telewizji, będę sławny, moje ciotki w Bieszczadach będą zachwycone. Na szczęście na studiach spróbowałem pracy w każdym medium - poza internetem, bo go wtedy jeszcze nie było (teraz czytelnicy pomyślą, że ja z Konopnicką studiowałem!). W prasie umarłbym z głodu: mówić umiem, ale z pisaniem jest gorzej, chociaż podejmuję próby. W telewizji za wielu ludzi ma wpływ na to, co się pojawia na ekranie. Za to radio jest moją miłością od pierwszego wejrzenia. Przed kamerami albo w amfiteatrze trudno mieć wrażenie, że mówi się do jednej osoby, przed mikrofonem zawsze mam takie poczucie.

W amfiteatrze nie ma szans na stworzenie choćby częściowo kameralnej atmosfery?

- Ukameralnienie następuje, kiedy na widowni siedzi tysiąc osób, które przyszły na mój występ. Gdy prowadzę koncert z udziałem wielu artystów, to prawdopodobnie ludzie nie przyszli na prowadzącego i każdy chce zobaczyć kogoś innego. Trzeba wtedy trafić do wszystkich.

Trafia pan?

- Zazwyczaj, chociaż... Pamiętam taki jeden koncert. Kierownik muzyczny, z którym już wcześniej razem pracowaliśmy w tym amfiteatrze, spojrzał przez kulisy i mówi: "Słuchaj, jakaś inna publiczność. Rok temu ledwie zaczęliśmy, a na widowni już spał pijany facet. Teraz się lepiej zapowiada". Wychodzę na scenę, pijany facet też już śpi w pierwszym rzędzie. Mówię o tym koledze, a on na to: "Dałem się zmylić, bo gość położył się z drugiej strony widowni".

Zdarzyło się panu kiedyś słowne starcie z widzami?

- Starcie nie, raczej trudności. Występowaliśmy kiedyś z Andrzejem Poniedzielskim. Pewną panią na widowni - jak to się mówi - zassało. Miała ataki wesołości, napędzała innych widzów i staliśmy bezradni jakieś 10 minut.

Podobny entuzjazm wzbudziła pana płyta "Myśliwiecka" - w 2015 r. znalazła się na pierwszym miejscu bestsellerów Empiku.

- Chyba po prostu pojawiła się w dobrym momencie. To jednak nic nie znaczy, bo za jakiś czas - kiedy wydam trzecią, czwartą płytę - może nie być takiego zainteresowania.

Jednak była bestsellerem w kraju, którego mieszkańcy najchętniej słuchają disco polo!

- Trzeba by sprawdzić, czy płyta nie rozeszła się w kręgach miłośników tego gatunku. Moje piosenki nie są grywane na dyskotekach, chociaż doniesiono mi, że na weselach i owszem, np. "Królowa nadbałtyckich raf". Ale piszę je głównie dlatego, że mi to sprawia przyjemność, z tego samego powodu je nagrywam, a jeśli są też miłe dla ucha kogoś, kto moją płytę kupuje, to przynajmniej trzy osoby są zadowolone. To znaczy: ja, ja i nabywca.

A kto słucha pana piosenek?

- Założyłem zespół Demony sanatorium, bo szansę na sukces mam głównie w uzdrowiskach. Moja twórczość znakomicie się nadaje jako ilustracja muzyczna kąpieli błotnych.

A może ma działanie lecznicze?

- Pewna artystka opowiadała kiedyś poważnie, jak jakaś dziewczyna napisała do niej, że pod pływem muzyki owej wokalistki zrosła się jej złamana noga. Ja nie mam sygnałów o uzdrawiającym wpływie mojej twórczości. To dobrze, bo jestem łatwowierny - a nuż zacznę jeździć po kraju i leczyć muzyką.

Na pana koncertach fanki szaleją?

- Są raczej dyskretne. Większość urodziła się w XX wieku, ale stosują jeszcze XIX-wieczne maniery: oklaski, śmiech, czasem lekkie okrzyki, westchnienie, jakieś krótkotrwałe omdlenie. Może dlatego, że mam dość poważny wyraz twarzy - to może zniechęcać do zbytniej egzaltacji.

Kiedyś wyznał pan, że chciał, by na pana koncertach ludzie płakali. Marzenie się spełniło?

- Dobrze by było się zastanowić, gdzie są granice tego płaczu, bo wolałbym uniknąć na widowni szlochów nad tym, co się stało z tym facetem ze sceny. Chociaż... Teraz przez chwilę chciałbym być poważny. Piosenkę "Baba na psy" zawsze dedykuję Marysi Czubaszek. Mówię o tym na koncertach i wzruszam się na widok reakcji widzów. Rozlegają się gromkie brawa - publiczność pokazuje, że też za nią tęskni. Może wtedy komuś kręci się łza w oku.

Podobno pracuje pan właśnie nad słownikiem zwrotów wytrychów?

- Owszem. Takich jak "tak?" - koniecznie ze znakiem zapytania. Potrzebujemy takich słów, żeby się zastanowić nad odpowiedzią albo przebrnąć przez nieciekawą rozmowę. Zwróciła mi uwagę pewna słuchaczka, że księża szastają słowem "pięknie". "Jak się masz?". "A, trochę choruję". "No to pięknie." Inny słuchacz przyłapał mnie na zbytniej podejrzliwości. Zamiast mówić "sądzę" albo "przypuszczam", zwykle używam słowa "podejrzewam". Zacząłem się pilnować.

Prasa pisze o panu: "artysta multimedialny".

- Tak to sobie tłumaczę, że jestem obecny we wszystkich mediach. Kiedyś się mówiło, że to jest ktoś taki, kto jeszcze tylko z lodówki nie wyskakuje. Teraz zachodzę w głowę, jak tu się dostać do lodówek.

Ma pan wyraźnie ponadprzeciętną umiejętność rymowania. Odpowiada za to jakiś szczególny ośrodek w mózgu?

- I tu wracamy do tematu "Spadkobierców". Człowiekowi się wydaje, że nie umie zagrać amerykańskiego milionera, który jeszcze nie wie, co ma powiedzieć - do momentu, kiedy tego nie spróbuje. Z rymowaniem jest tak samo. Zauważyłem, że jak koledzy piosenkarze chcą, żeby ich występ był na światowym poziomie, stosują kilka zasad. Jedna z głównych - sprawdza się również w przypadku rymowanek - polega na tym, że nie należy sobie podnosić poprzeczki, tylko obniżać wymagania publiczności. Jak widzowie niczego specjalnego się nie spodziewają, to każdy wierszyk im się spodoba. Czyli jak się człowiek przestanie krępować, zaczyna rymować. O, widzi pani?

Rozmawiała Anna Bugajska.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Artur Andrus

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje