Anna Starmach: Kto wygra program "Masterchef junior"?

"Najważniejsze, żeby ktoś, kto mnie karmi, dobrze gotował. A czy to jest kobieta, czy mężczyzna to nie ma znaczenia" - mówi Anna Starmach, jurorka programu "Masterchef junior", którego finał odbędzie się w niedzielę, 24 kwietnia.

Słuchajmy potrzeb dzieci, wspierajmy je i pomagajmy im w realizowaniu marzeń - przekonuje Anna Starmach

Ma pani swojego faworyta w programie "Masterchef junior"?

Reklama

Anna Starmach: - Nie, dlatego że każdemu z tych dzieciaków dałabym statuetkę, wycieczkę, cokolwiek. Piękne jest to, że one tak naprawdę nawet o tym nie marzą. Dzieci nie przyszły do tego programu po to, żeby wygrać, tylko żeby się sprawdzić, poznać inne zakręcone na punkcie gotowania osoby, nowe składniki i nas, jurorów. Tutaj nie chodzi o rywalizację, tylko o coś piękniejszego, co nawet dorosłym nie tak łatwo jest zrozumieć, bo my od razu myślimy o tym, że w konkursie najważniejszy jest medal. Dzieciaki nie myślą w ten sposób. One już są z siebie dumne. Gdy odpadają, wcale nie płaczą - my bardziej to przeżywamy, bo one i tak już uważają się za wygrane.

Co doradziłaby pani rodzicom tych dzieci?

- Byłam dzieckiem i zdanie na temat tego, kim chcę być, zmieniałam mniej więcej raz na rok. Chciałam być artystką, fryzjerką, piosenkarką, tancerką... Myślę, że te dzieci jeszcze mają czas na to, żeby wybrać swoją drogę życiową. Jedyne, co mogłabym doradzać to, żeby na każdym kroku wspierać dziecko. Jeśli teraz chce gotować, to super, a jeśli z tego zrezygnuje, to nie zmuszać go do tego na siłę, tylko dlatego, że dobrze mu to wychodzi. Dzieci mają tę przewagę nad dorosłymi, że mogą sobie dowolnie wybierać, zmieniać i rozwijać się na rożnych polach. Słuchajmy ich potrzeb, wspierajmy i pomagajmy w realizowaniu marzeń.

Pani będąc w wieku tych dzieci wiedziała, że gotowanie to jest to?

- Co prawda w wieku 10 lat też już gotowałam, tylko że to były pierogi, naleśniki, knedle... Gdy zobaczyłam, jaki poziom reprezentują te dzieciaki, mogę stwierdzić, że w moim wykonaniu to jednak nie było gotowanie (śmiech). Tutaj mamy żabie udka, krewetki, kalmary, jagnięcinę, flambirowane steki, polędwicę Wellington - takie dania, o których przygotowanie nie posądzałabym dzieci.

Niektórzy dorośli pewnie w życiu nie jedli niektórych z tych rzeczy, a one już je gotują.

- Właśnie. Chodzi o to, że dzieciaki są bardziej otwarte na pewne smaki niż dorośli, którzy czasem z założenia nie chcą czegoś spróbować. Dzieciaki nie boją się niczego. Rzeczywiście, nawet jeśli po raz pierwszy widziały żabie udka, to kiedy Michel im powiedział, że przygotowuje się je podobnie, jak kurczaka i że podobnie smakują, więc można podobnie doprawić, ale należy skrócić czas smażenia, bo są mniejsze - słuchały i postępowały jak matematycy. Co więcej, dzieci urozmaicają i interpretują przepisy Michela czy chociażby moje.

Odważnie, prawda?

- To jest tak, że dziś wszyscy inspirują się gotowaniem innych ludzi, w końcu korzystamy z podobnych składników. Są sytuacje, gdzie uczeń przerasta mistrza - skoro dziesięcioletnie dziecko zmienia przepisy i wychodzi mu to tak dobrze, to chyba rzeczywiście przerosło (śmiech).

A czego pani nauczyła się od tych dzieciaków?

- Jeśli popatrzy się na profesjonalne kuchnie albo nawet na niektóre programy kulinarne, to one kojarzą się ze stresem, z tym, żeby zdążyć na czas, żeby wszystko było perfekcyjnie idealne. Natomiast dzieci podchodzą do gotowania tak, jakby się bawiły. Na wszystko mają czas, są uporządkowane, nie boją się niektórych połączeń. Mają taki fajny luz, którego nam dorosłym czasami brakuje, dlatego dobrze, że ta energia przechodzi na nas jurorów. Z dziećmi pracowało mi się świetnie. Ze studia w ogóle nie wracałam zmęczona - wręcz przeciwnie, naładowana energią. Także rzeczywiście, nie tylko dzieci sporo się od nas nauczyły, ale również my wiele nauczyliśmy się od nich. W każdym z nas na nowo odrodziło się dziecko.

Gdy pani obserwuje zarówno gotujące dzieci, jak i dorosłych - przedstawiciele której płci gotują lepiej?

- To jest sprawa bardzo indywidualna. Chociaż, jeśli wzięlibyśmy statystyki, to w "Masterchefie" trzy razy wygrały kobiety, mężczyzna tylko raz, co nie znaczy, że kobiety gotują lepiej. Choć trzymam kciuki za kobietami, znam doskonałych szefów kuchni. Dla mnie najważniejsze jest, żeby ktoś, kto mnie karmi, dobrze gotował. A czy to jest kobieta, czy mężczyzna to nie ma znaczenia.

W czym kobiety są lepsze od mężczyzn w gotowaniu?

- Mamy większą wrażliwość i delikatność, co w kuchni może się przydać. Natomiast czasami jest tak, że kobiety są lepszymi szefami kuchni, bo lepiej rozumieją problemy innych ludzi, są bardziej empatyczne. Natomiast znam też super empatycznych szefów kuchni mężczyzn, więc nie generalizowałabym.

Rozmawiała Paulina Persa (PAP Life).

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Anna Starmach | Masterchef Junior

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje