Amy Adams: Nie jestem zaskoczona

Ma na swym koncie już pięć nominacji do Oscara, ale wciąż czeka na swoją szansę. Na ekranach polskich kin możemy obecnie oglądać dwa świetne filmy z udziałem Amy Adams - "Nowy początek" i "Zwierzęta nocy". Krytycy piszą, że to role na miarę nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Czy mają rację?

Amy Adams czeka na nominację do Oscara!

Twoja postać w filmie "Zwierzęta nocy" bardzo mało mówi, ale z drugiej strony w filmie bardzo dużo się dzieje. Czy to trudne czy łatwe dla aktorki mieć mało kwestii, a więcej do fizycznego zagrania?

Amy Adams: - W pewnym momencie zdjęć stało się to dla mnie wyzwaniem, ale niczym takim, co byłoby nie do zniesienia. Ja osobiście potraktowałam to jako ćwiczenie aktorskie, pewnego rodzaju  eksperyment. Uważam, że powinno się uczyć studentów aktorstwa jak niewerbalnie przekazywać, komunikować coś, o czym właśnie czytasz i zobaczyć, czy widzowie będą w stanie zgadnąć. Reżyser Tom Ford przeprowadził mnie przez wszystko na spokojnie – dużo rozmawialiśmy o jego wizji, o tonie, który będzie chciał osiągnąć podczas montażu, więc zrozumiałam na etapie kręcenia filmu, jak rozgrywające się równoległe historie zostaną później pokazane.

Reklama

Jakim reżyserem jest Tom Ford?

- Naprawdę wspaniałym. Każdy reżyser, z którym mam okazję pracować jest inny. Mają inną wrażliwość, inne odczuwanie rzeczywistości, inny sposób pracy. Myślę, że jeśli Tom nie miałby doświadczenia w projektowaniu mody, nie zauważałabym pewnych rzeczy. Cechuje go skrupulatność i przywiązywanie wagi do detali i to było niezwykle pomocne w kreowaniu postaci, jej otoczenia, wyglądu, odnalezieniu się w otaczających ją strukturach. To zdecydowanie ułatwia w zatraceniu się w świecie wykreowanym tak precyzyjnie dookoła ciebie. I Tom wyczuwa doskonale ten moment, kiedy może przestać być tak drobiazgowym i pozwolić aktorowi na wykreowanie własnej przestrzeni na improwizację, co w moim przypadku niekoniecznie odgrywało znaczenie, ponieważ moja bohaterka nie ma zbyt dużo słów do wypowiedzenia. Ale pozwoliło mi to na eksplorowanie w tych momentach ciszy różnych myśli i koncepcji i po prostu dbanie o to, żeby sceny same się rozegrały.

Jesteś jedną z tych aktorek, które lubią powtarzać każdą scenę kilka razy?

- To zależy od filmu, od aktorów, reżysera, za każdym razem jest inaczej. Zależy też od pomysłu reżysera na film, efektu, jaki chce osiągnąć. Tutaj dużo opierałam się na tym, co Tom chciał, a on pozwalał scenom po prostu płynąć, nie przerywał ich zbyt często. Gdy zwykle pracuję nad typowymi scenami z dialogiem, lubię mieć trzy podejścia do ujęcia – jedno złe, jedno dobre i jedno, żeby się upewnić, że to dobre zostało sfilmowane. Nie jestem osobą, która pierwsza zdecyduje, że po jednym czy dwóch ujęciach mamy to, co chcieliśmy uchwycić. Jeśli nie stało się to za pierwszym razem, to chcę mieć tę trzecią próbę jako potwierdzenie dla mnie samej, że rzeczywiście mamy to, co chcieliśmy. Oczywiście jeżeli reżyser chce kontynuować i nakręcić jeszcze więcej ujęć, to ja nie będę protestować, ale nigdy jeszcze mi się nie zdarzyło pracować z kimś, kto chciał pracować w nieskończoność.

W filmie rozgrywają się równolegle trzy historie i jak rozumiem, gdy kręciłaś swoje sceny nie miałaś pojęcia, jak rozwija się reszta filmu.

- Wiedziałam odrobinę na temat pozostałych historii. Najśmieszniejsze jest to, że dowiadywałam się o nich w bardzo nietypowy sposób. Córka Aarona Taylora-Johnsona chodzi do tej samej szkoły, co moja córka, są w tej samej klasie. Zdjęcia do scen z jego udziałem odbywały się w nocy i on potem wracał do Los Angeles, więc widziałam go rano, jak odwozi córkę do szkoły. Być może chciał odreagować te nocne zdjęcia i spędzić czas z dziećmi. Zawsze wyglądał na spracowanego, zmęczonego i ja wtedy myślałam sobie, że reszta filmu musi być ciężka dla niego i Jake'a Gyllenhaala. Miałam jakieś tam niewielkie pojęcie na temat, co się działo na planie poza moimi scenami. Poza tym Tom był bardzo pomocny i pokazywał mi niektóre sceny z jakby drugiej strony fabuły i wtedy zaczynaliśmy kręcić moją część.

Czy role, które zagrałaś zostają z tobą na dłużej, czy każdy film dla Ciebie jest jak skończona książka, którą odkładasz na półkę?

- Zwykle jest tak, że każda rola dla mnie jest jak przeczytana książka. Czasami zdarzają się elementy postaci, które zostają ze mną na dłużej, jak w przypadku Louise Banks z "Nowego początku". Wydaje mi się, że ma to związek z tym, że ona - tak jak ja - jest matką i z tym, jaka jest i o czym mówi w momentach pomiędzy… To zostało ze mną na zawsze.

W porównaniu z "Nocnymi zwierzętami" praca podczas zdjęć do "Nowego początku" musiała być znacznie trudniejsza: błoto, zimno, deszcz, polowe warunki na planie.

- To wszystko to tymczasowe niewygody. Leonardo DiCaprio powiedział do mnie na planie "Złap mnie, jeśli potrafisz", gdy uderzyłam się bardzo mocno w kolano: "Ból przemija, film jest na zawsze". Oczywiście miał rację. Wszystkie niewygody, dyskomforty i bóle są niczym w porównaniu z tym, przez co przechodzą inni ludzie. 

Czy role w "Nowym początku" i "Nocnych zwierzętach" w pewien sposób się dopełniają?

- Przyjęłam role w obu filmach, zanim zaczęłam zdjęcia do któregokolwiek z nich. Wiedziałam, że "Nocne zwierzęta" będą kręcone od października, a "Nowy początek" miał być ukończony w sierpniu, więc miałam trochę czasu pomiędzy projektami.  Było trochę dziwnie przejść z Louise do Susan i początkowo w ogóle nie mogłam jej polubić i bardzo się tym martwiłam. Później zrozumiałam, że Susan nie lubi samej siebie i to był doskonały punkt wyjścia dla mnie do postrzegania tej postaci. Pod koniec zdjęć czułam nawet dla niej empatię, ponieważ film rozważa wagę naszych wyborów, dlaczego dokonujemy takich, a nie innych i jakie są później ich reperkusje. Czy na nasze wybory wpływa nasze wychowanie, czy odczucie strachu, utraty czy coś zupełnie innego.

Obawiałaś się, że "Nowy początek" może być niezrozumiały dla widzów? Czy taka rola w takim filmie jest dla aktorki ryzykiem?

- Nie, ja ufam widzom, że nawet jeśli ich film dezorientuje, to znajdą na tyle zainteresowania w sobie, żeby poświęcić czas i zaangażować się w odnalezienie odpowiedzi na swoje pytania poprzez rozmowy z innymi czy inne źródła. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to proste. Nie jestem w stanie tego filmu odbierać w ten sam sposób, co widzowie, ponieważ dla mnie nie ma w nim nic niezrozumiałego. Oczywiście, że była to ryzykowna rola, ale nie z tego powodu, że może nikt jej nie zrozumie, ale dlatego, że to jest zupełnie inny pomysł na film - film science-fiction, w którym główną postacią jest kobieta i który jest opowiedziany w bardzo emocjonalny sposób, naładowany subtelnymi tonami. Wszyscy czuliśmy, że jeśli uderzymy w odpowiednie klawisze, powstanie wspaniała, unikatowa symfonia. Jeśli okaże się, że nie trafiliśmy z naszymi przekonaniami, to w przyszłym roku będę odbierała Złotą Malinę dla najgorszej aktorki roku (śmiech) Ale tak jest z każdym filmem, z każdym projektem, na który się decydujesz. Nikt nie zakłada "chcę zagrać w złym filmie, ale z którego będę bardzo dumna" albo "chcę naprawdę źle zagrać w tym filmie". I zdaję sobie sprawę, że zagrałam kilka złych ról, ale nigdy intencjonalnie (śmiech).

Ten film cechuje niesamowita subtelność, delikatność i spokój. Czy zaskoczyło cię, że film napisany i wyreżyserowany przez mężczyzn może mieć taki ładunek emocjonalny?

- Nie jestem zaskoczona, jestem wdzięczna. Wydaje mi się, że najbardziej zaskakujące jest to, że ten film w ogóle powstał. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że mężczyźni, którzy są dla mnie atrakcyjni, włączając w to mojego męża, są prawdopodobnie wrażliwsi niż ja sama. On płacze na każdym filmie i łatwo się wzrusza (śmiech). Zawsze chce porozmawiać o swoich uczuciach, przedyskutować coś, a ja go zbywam i irytuję się zupełnie bez sensu. "Kochanie, nie rozmawialiśmy już o tym w ubiegłym tygodniu?" - to chyba mówię do niego najczęściej. Więc wracając do twojego pytania - nie zaskoczyła mnie ta delikatność. Cieszę się, że taki film powstał pod kreatywną wodzą mężczyzn. Denis Villeneuve [reżyser "Nowego początku" - red.] jest bardzo wrażliwym i emocjonalnie inteligentnym człowiekiem, ma dużo  współczucia, rozumie jak ważna i dla mnie i dla niego jest rodzina. Jest delikatny i ciepły, ale nie ujmuje to nic z jego talentu czy męskości. Jego córka odwiedziła plan "Nowego początku" razem ze swoim chłopakiem i ja patrzyłam na Denisa i pytałam go: "Nie masz ochoty go po prostu pogonić?". On spokojnie, z tym swoim kanadyjskim-francuskim akcentem, odpowiedział: "Nie, ponieważ miłość jest taka piękna w tym wieku". Ja bym nie wytrzymała na jego miejscu (śmiech).

Rozmawiała: Joanna Ozdobińska / Los Angeles

Dowiedz się więcej na temat: Amy Adams | Zwierzęta nocy | Nowy początek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje