Tadeusz Łomnicki: Bez farby i diety

Tadeusz Łomnicki /Czesław Czapliński /Fotonova

Uwielbiał grać. Miał na koncie 82 role teatralne i 51 filmowych. Grał na scenie i grał w życiu.

Reklama

Aktorem został podobno przez przypadek. Legenda głosi, że chciał zdawać na kurs pisania dramatów, ale pomylił drzwi komisji egzaminacyjnej. W 1945 r. miał 18 lat. Trzy lata wcześniej z Oświęcimia przyszła kartka o rozstrzelaniu jego ojca. Wstąpił do Szarych Szeregów, potem do AK. I wcale tego nie ukrywał, gdy zaraz po wojnie zapisał się do milicji i do partii. Zdaniem przychylnych - by uprzedzić prześladowania, nieprzychylnych - zgodnie z przekonaniami, a według niego samego - by podpatrywać.

Reżyser Antoni Libera pisał, że "jego pasją była gra. Grał na scenie i w życiu. Grał przed innymi i przed sobą. Nie wiadomo do końca, kim był naprawdę. Chyba sam tego nie wiedział".

Po ukończeniu Studium Teatralnego w Krakowie Łomnicki przeniósł się do Warszawy, by studiować reżyserię, a jednocześnie przyjął angaż do Teatru Narodowego, a później Współczesnego. W tym samym czasie zagrał w "Pokoleniu", "Eroice" i "Niewinnych czarodziejach" (do tych ostatnich rozjaśnił włosy na platynowy blond i schudł 10 kg).

Ale to na scenie potrafił zmienić się najbardziej, i to bez farby i diety. Samą postawą i głosem mógł zagrać starca, młodzieńca, grubasa, chuderlaka. Do każdej roli zmieniał się totalnie. "Traktował ciało jak instrument. Złościł się, że ono mu stawia opór" - mówił reżyser Jerzy Markuszewski.

"Gdy zaczynałem pracę nad 'Pokoleniem', nie miałem pojęcia o pracy z aktorem. Łomnicki dał mi na początku kariery szansę uzupełnienia mego wykształcenia. Przychodząc na plan, przeprowadził najpierw analizę postaci i wyznaczył poszczególne etapy rozwoju. Miał dar przewidywania zakończenia, będącego dramaturgiczną konsekwencją całości" - wspominał Andrzej Wajda.

Zdawał sobie sprawę ze swego geniuszu. Kiedyś stwierdził: "Jak ja zazdroszczę tym ludziom, że mogą oglądać mnie na scenie". Większość uważa, że mówił to poważnie, ale są i tacy, którzy zaklinają się, że żartował. Bo choć był próżny, miał poczucie humoru na swój temat. Grażyna Barszczewska przytacza taką scenkę: "Kiedy jeden z reżyserów próbował mu nieudolnie pokazywać, jak ma zagrać, powiedział: 'Oj, mój drogi, uważaj! Bo ja ci tak zagram, jak pokazujesz...'".

Gdy w 1968 r. grał małego rycerza w "Panu Wołodyjowskim" zakochanego w Hajduczku (Magda Zawadzka) wszystkie kobiety marzyły o takim uczuciu. Tajemnicą poliszynela było, że aktorzy nie musieli udawać. Ale nie zmienia to faktu, że była to jedna z najpiękniej pokazanych historii miłosnych w polskim kinie.

Reklama

Jednak jego prawdziwe życie, ku rozpaczy wszystkich zainteresowanych, nie było tak cukierkowe. Z pierwszą żoną, która urodziła mu w 1951 r. syna Jacka, rozstali się, gdy chłopiec miał dwa lata. Dla drugiej, Ireny, było go "dziesięć razy za dużo" i ciągle na przekór: "Ja chciałam szafę dwudrzwiową, on trzydrzwiową; ja chciałam kubki, a on szklanki..." - mówiła. Trzecia, Teresa Sobańska, czuła się przed nim "jak przed profesorem". Zrobił jej awanturę, gdy zaspała na egzamin na socjologię. Poszła więc na filozofię, "by zaspokoić jego ambicje", potem zrezygnowała z kariery, "bo chciał ją mieć w domu". Gotowała obiady, znosiła sceny zazdrości i kochanki, z którymi się nie krył, a gdy uczył się kolejnej roli, chodziła na palcach. "Trzeba było okazywać zachwyt, inaczej zamykał się w sobie, wściekły był" - dodawała.

Czwarte małżeństwo przypadło na czas po "Panu Wołodyjowskim". Był u szczytu popularności, brylował, jednocześnie dzięki wpływom politycznym zaproponowano mu stanowisko prorektora, potem rektora warszawskiej PWST. Triumfy przypadły na czas kompromitacji PZPR: po masakrze robotników na Wybrzeżu jego przynależność partyjna budziła niechęć. I żona jako powód rozpadu związku podała, że wyszła "za aktora, nie za działacza partyjnego". On rok później został członkiem KC PZPR, na I posiedzenie przyszedł ponoć jako pierwszy. Drugi zjawił się Mieczysław Moczar, który miał na jego widok krzyknąć: "Towarzyszu Tadeuszu, na co wam to? Gdybym ja miał taki talent jak wy, tobym tylko grał" (dwa dni po wybuchu stanu wojennego aktor oddał legitymację partyjną).

W 1976 r. został dyrektorem nowo utworzonego Teatru Na Woli, z przekąsem zwanego "teatrem robotniczym". Gdy czuł, że powinien się wytłumaczyć, lekceważąco machał ręką, że tylko "podgląda", że to taka "szkoła poznania". "Czy ja wiem...? - wątpił Antoni Libera. - Mnie się wydaje, że jemu to jakoś imponowało, że coś mu to dawało, ale akurat nie wiedzę czy materiał twórczy". "Kokosił się i pławił w swojej partyjnej ważności" - dosadniej opisał go Kazimierz Kutz. "Partia kupiła go, a on uznał, że cena, jaką płaci za możność działania, nie jest za wysoka" - oceniał z kolei wybitny reżyser Erwin Axer.

W zamian za wygłaszane nowomową referaty dostał możliwość tworzenia teatru, na jaki nikt inny nie mógłby sobie pozwolić: bezkompromisowego i wcale niezgodnego z linią partii. W sztuce "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" wcielił się w partyjnego służalca, który jako zasłonę dymną dla swych malwersacji organizuje teatr, co cenzurze było tym trudniej przełknąć, że nie zapomniała mu roli cynicznego reżysera romansującego z władzą w "Człowieku z marmuru". Niepokorne sztuki nie zaskarbiły mu jednak uznania. "Szmato naszego środowiska, oddaj państwowe pieniądze, które kradniesz z 5 stanowisk" - napisał ktoś, ktoś inny za wycieraczkę samochodu zatknął karteczkę: "Ty czerwony sk...".

Gdy, jako jeden z niewielu, poparł partyjne poprawki Konstytucji i "nierozerwalny sojusz z ZSRR", bojkotowanie Teatru Na Woli stało się modne. Po wybuchu Solidarności zwrócił się przeciwko niemu własny zespół. Zdruzgotany zrzekł się stanowiska dyrektora, odszedł też z PWST. W ostatnim przedstawieniu swojego teatru, "Amadeuszu", wcielił się brawurowo w Salieriego. "Z gorzką satysfakcją wypowiadałem słowa kończące sztukę: 'Miernoty wszystkich czasów, pozdrawiam was!'".

Na dwa lata zniknął ze sceny. Operację serca (wymianę zastawki) przeszedł na Zachodzie, dzięki Romanowi Polańskiemu. Po powrocie grał "z doskoku", potem wracał do domu, do Marii Bojarskiej, jedynej kobiety, której uwag czasem słuchał i którą w połowie lat 80. namówił, by została jego piątą żoną. Marzył o Learze. Sztuka o złamanym człowieku i "głupocie starości", jak mówił, była o nim. Zaczął próby w Teatrze Nowym w Poznaniu. 22 lutego 1992 r., w ostatnim tygodniu prób, zmarł na scenie (miał zawał) po słowach: "Więc jakieś życie świta przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem!".

MP

Dowiedz się więcej na temat: Tadeusz Łomnicki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje