Tadeusz Fijewski: Mały wielki człowiek

Tadeusz Fijewski w filmie "Złoto" /East News/POLFILM

Mówiono o nim „mały wielki człowiek”. Niewysoki, szczupły, niemal kaleka, zadziwiał wszystkich siłą i niezwykłym hartem ducha.

Reklama

Kilkaset metrów od rodzinnego domu małego Tadzia Fijewskiego wznosił się Teatr Polski, jedna z najbardziej reprezentacyjnych scen Warszawy. Wszystko wskazywało jednak na to, że syn malarza pokojowego z ulicy Topiel nigdy nie przekroczy jej progu. Dlaczego? Jego dom od teatru dzieliła skarpa wiślana. Nie jest wysoka, ale do ostatniej wojny była granicą dwóch światów. Wyżej był salon miasta - Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, niżej - biedne, robotnicze, nierzadko głodne Powiśle. Fijewscy byli typową rodziną z tej dzielnicy. Ojciec Wacław raz miał pracę, raz nie, a na utrzymaniu 11 osób... Dzieciaki z "dołu" nie chodziły "w górne miasto", bo nie miały tam czego szukać.

10-letni Tadek pokonał tę granicę dzięki sąsiadowi, który pracował jako maszynista w Polskim. Kiedyś reżyser zażądał, by sprowadził dziecięcych statystów do sztuki. Pobiegł na swoje podwórko i zabrał bawiących się tam chłopców. Wśród nich był Tadeusz. Na scenie zachowywał się naturalnie, rozumiał, o co chodzi reżyserowi, wyraźnie miał talent aktorski. Zaczęto go więc wzywać do statystowania. Zarabiał po 2 złote, ale w skromnym domowym budżecie i to się liczyło.

Na dużym ekranie zadebiutował jako nastolatek w filmie "Zew morza". W 1928 r. zagrał już w trzech obrazach. Obsadzano go w rolach uczniów, łobuziaków, zwykle młodszych, niż naprawdę był. Dużą rolę warszawskiego gazeciarza dostał w "Legionie ulicy". Krytycy zachwycali się naturalnością "złotowłosego urwisa ekranu" i jego nieudawanym "warsiawskim" akcentem. A on podjął studia aktorskie.

Jeden z kolegów tak go wspominał: "Miał już ze 25 lat. Raczej chłopak niż mężczyzna. A w ogóle trochę bez wieku. Suchy, niewysoki, kościsty, przestępował z nogi na nogę. Kaszkiet w ręku, na głowie płasko leżały blond włoski, pod pachą teczka. Nie student, nie aktor. Mógłby pomagać w sklepie albo roznosić gazety".

Wybuch wojny przerwał mu pracę przy kolejnych produkcjach. Zgłosił się do wojska, ale go nie przyjęto. W 1940 r. został ujęty razem ze swoim przyjacielem, Jerzym Kaliszewskim, w łapance. Trafili do obozów w Sachsenhausen, potem do Dachau. Przetrwali tam półtora roku. W tym czasie matce Jerzego udało się dotrzeć do ważnego gestapowca. Przekupiła go, oddając całą biżuterię, i wydostała z obozowego piekła obu uwięzionych. "Mam dwie matki. Tę, która dała mi życie i tę, która mi to życie ofiarowała po raz drugi" - mówił Fijewski.

W okupowanej Warszawie pracował jako kelner w warszawskich barach, dorabiał też sprzątaniem. Wstąpił do AK i związał się z konspiracyjnym teatrem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej. 1 sierpnia 1944 r. szedł na wyznaczoną placówkę, gdy zaczęły się walki. "Byłem na styku Nowego Światu i Alej Ujazdowskich - wspominał. - Ukryłem się. Po trzech dniach wygarnęli mnie Niemcy i - do Muzeum Narodowego jako zakładnika; wzięto masę ludzi - dzieci, starców. Niemcy formowali 'żywą osłonę' dla czołgów. Odegrałem etiudę 'umierającego na serce', najbardziej udaną rolę w moim życiu, bo Niemcy mi uwierzyli. Ewakuowano mnie z rannymi do szpitala". Niewielu poza nim wiedziało, że rzeczywiście choruje na serce...

Reklama

Dołączył do tzw. brygady teatralnej, w której występował na placówkach powstańczych, w szpitalach i schronach - grał, deklamował i śpiewał. "W jednym ze szpitali w czasie występu miałem następujące zdarzenie: część budynku uległa zbombardowaniu, chorzy wyczołgiwali się po schodach. Musiałem przerwać grę, spod gruzów wydobywać powtórnie rannych...". Po kapitulacji trafił do obozu jenieckiego Gross Born. Założył tam własny, jednoosobowy teatrzyk. W 1945 r. obóz ewakuowano. 

"Niemcy popędzili nas na piechotę, nie zważając, że to sam środek zimy, luty, mrozy i śniegi siarczyste, a jeńcy nie byli w kondycji pozwalającej na długodystansowe wycieczki zimowe - wspominał inny jeniec, Tadeusz Domaniewski. - Dobra forma fizyczna potrzebna była jak nigdy. Sławny aktor, Tadzio Fijewski, szedł wytrwale z nami i mimo poważnej wady serca zachowywał niezmienny humor. Cudowny, kochany Tadzio, wielu kolegów uratował swym humorem, dowcipami, długimi monologami i wygłupami. Czynił to w najgorszych momentach, nawet wtedy, gdy formalnie zdychał, trzymając się za umęczone serce, ledwie mogąc złapać trochę oddechu. Lekarze ratowali go jakimiś kroplami, pastylkami, a Tadzio posłusznie łykał, dawał się badać, a później wstawał i szedł dalej. Przeszliśmy 1000 km pieszo".

Fijewski przeżył ten marsz tylko dzięki pomocy kolegów. Chory na serce, chwilami nie mógł iść. A przecież wszyscy wiedzieli, co Niemcy robią z tymi, którzy opóźniają marsz kolumny... W najgorszych chwilach był więc wieziony przez innych jeńców na prowizorycznych sankach zrobionych z desek pryczy. Część drogi niósł go na plecach jego przyjaciel, Bohdan Nowicki.

Po wojnie po tym dramacie wrócił do normalnego życia i pracy, ale nie do pełni sił, bo choroba serca bardzo się pogłębiła. Prawdopodobnie cierpiał na wrodzony ubytek przegrody serca, chociaż mówiono też o niedomykalności zastawek. Z każdym rokiem słabł coraz bardziej. "Wada była w tamtym czasie nieoperacyjna - wspominał reżyser Erwin Axer. - Wargi aktora przybierały barwę niebieską, siniały, oddech zawodził. Z czasem dyrektorzy teatrów zaczęli tę okoliczność brać pod uwagę".

Z kolei Fijewski nauczył się gospodarować siłami. Kładł akcenty, które sugerowały siłę, stwarzały jej pozór. Mógł nawet gwałtownie podnieść głos, ale długich, szybko mówionych tekstów, zwłaszcza wspartych ruchem, nie mógł mówić nigdy, do końca życia. Mimo tych ograniczeń, swym kunsztem nie ustępował najlepszym.

W 1946 r. ponownie pojawił się na dużym ekranie, w filmie "W chłopskie ręce". Wkrótce potem bezpośrednio od ról 20-latków, w których się dotąd specjalizował, przeszedł do ról starców. A miał wtedy zaledwie 35 lat! Staruszków grał już do końca życia.

Po wojnie zagrał w ponad 30 filmach i serialach. Jego najsłynniejsze role to Kuba Socha, parobek Boryny w "Chłopach" i subiekt Rzecki w "Lalce". W "Czterech pancernych" został starym Czereśniakiem, ojcem Tomka. A w komediowej serii o panu Anatolu zagrał tytułowa rolę starszego, mocno "przedwojennego" pana. Nawet epizody zamieniał w aktorskie perły, jak choćby słynną pogadankę antyalkoholową w "Wiosna, panie sierżancie". Nie stronił też od radia - w "Matysiakach" stworzył postać Grzelaka, mieszkańca swego rodzinnego Powiśla.

Jego oszczędny styl gry, ściszony głos, naturalność doskonale sprawdzały się w telewizji. "Bardzo przeżywałem, kiedy spektakle szły na żywo. Było to niewłaściwe: powinienem sobie wyobrażać, że nie gram dla milionów, tylko dla garstki - siedzących w mieszkaniu dwóch, trzech osób".

Wszyscy, który pracowali z Fijewskim, podkreślali jego świadomość każdego gestu, spojrzenia, drgnięcia głosu. Cyzelował bez końca każdy detal. Nawet gdy czuł się źle, nie dawał sobie taryfy ulgowej. "Aktor potrafi grać w takim stanie, w jakim każdy 'normalny' człowiek idzie do lekarza po zwolnienie, nawet przy 40 st. gorączki. To taki zawód, działa tu specjalna odpowiedzialność..." - mówił.

Taki sam jak w pracy, skromny i życzliwy ludziom, był też prywatnie. Jego małżeństwo z Heleną Makowską-Fijewską, aktorką i śpiewaczką operową, nie było nigdy tematem plotek. Razem wychowywali jej syna z pierwszego małżeństwa, Cezarego. Tadeusz Fijewski zmarł w 1978 r. w wieku 67 lat, żona przeżyła go o lat 15.

JB

Dowiedz się więcej na temat: Tadeusz Fijewski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje