Reklama

Steven Spielberg negocjatorem

Steven Spielberg postanowił załagodzić spór między Clintem Eastwoodem i Spikem Lee, po tym jak twórcy rozpętali ostrą wojnę na słowa między sobą.

A wszystko zaczęło się w maju tego roku w Cannes. Najpierw Spike Lee zarzucił w czasie konferencji prasowej Eastwoodowi, że w swoich filmach "Sztandar chwały" i "Listy Iwo Jimy" nie pokazał czarnoskórych żołnierzy walczących w szeregach amerykańskiej armii w czasie II wojny światowej.

Clint Eastwood - jak na rewolwerowca przystało - oddał szybko strzał w mało delikatny sposób. Aktor twierdził po prostu, że Lee powinien "się zamknąć".

Wypowiedź Eastwooda podziała na Lee jak płachta na byka.

Lee, który w Cannes pokazywał swój film "Miracle at St. Anna" opowiadający o czarnoskórych amerykańskich żołnierzach walczących przeciwko nazistom w okolicach Toskanii, powiedział, że jego kolega po fachu to "stary, zgorzkniały człowiek".

Reklama

W końcu w spór postanowił wkroczyć Spielberg. Twórca "E.T" wcielił się w rolę mediatora i pogodził zwaśnione strony.

Niedawno Spike Lee stwierdził:

"Ta cała sprawa z Clintem była przesadzona i teraz już całe nieporozumienie zostało rozwiązane. Między nami już wszystko w porządku".

Lee przyznał, że co prawda nie rozmawiał osobiście z Eastwoodem, ale spotkał się ze Spielbergiem.

"Rozmawiałem ze Spielbergiem i on potem porozmawiał z Clintem".

Lee zażartował, że wyśle nawet Eastwoodowi swój najnowszy film "Miracle at St. Anna", żeby mógł zorganizować sobie prywatny seans:

"On ma prywatną salę kinową, więc wyślę mu jedną kopię".

WENN
Dowiedz się więcej na temat: Clint Eastwood | Cannes | spike | Steven Spielberg | spielberg
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy