Steve McQueen: Urodzony buntownik

Lubił grać małomównych twardzieli. Kino go kochało, bo był szalenie męski, a przy tym naturalny. Miał trzy żony. Uwielbiał wyścigi samochodowe. Nigdy nikogo nie słuchał. - Jestem panem samego siebie - mawiał Steve McQueen.

Bandito - między innymi takiego przydomku dorobił się Steve McQueen

Jeśli myślicie, że słynni niegrzeczni chłopcy z Fabryki Snów tylko takich udawali, do pewnego stopnia... macie rację. Wielu rozrabiało celowo, tworząc w ten sposób swoją legendę. Był jednak w tym gronie ktoś, kto naprawdę uwielbiał żyć na krawędzi: Steve McQueen. Mawiano o nim King of The Cool (król luzu) lub, dosadniej, Bandito (bandyta). Pił, palił, uwodził, pyskował producentom, kłócił się ze scenarzystami i reżyserami. Potrafił nie przyjść na urodziny przyjaciela, bo ważniejsze były wyścigi samochodowe (miał ferrari, jaguara i porsche).

Reklama

Tę niesubordynację przejawiał już jako dziecko. Sławę przyniosły mu role antybohaterów - facetów, którzy niewiele mówią, są za to skuteczni w działaniu. Powtarzał: - Hej, to nie udawanie. Ja po prostu taki jestem! Choć miał na pieńku z grubymi rybami Hollywood, potrafił wywalczyć sobie wysokie gaże.

Na liście dokonań wielkiego McQ są prawie same klasyki: "Siedmiu wspaniałych", "Wielka ucieczka", "Cincinnati Kid", "Bullitt", "Ucieczka gangstera", "Papillon" i "Płonący wieżowiec". Mało kto wie, że pod koniec życia - pod wpływem trzeciej żony, Barbary Minty, jeszcze przed rozpoznaniem choroby nowotworowej - ochrzcił się. Jego ulubionym wersetem biblijnym stał się fragment: "Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Ewangelia wg św. Jana 3, 16).

Z gangu do studia

Terence Steven McQueen przyszedł na świat 24 marca 1930 roku w miasteczku o romantycznej nazwie Beech Grove (Bukowy Gaj). Tata był pilotem-kaskaderem i wolnym duchem. Ulotnił się krótko po narodzinach syna. Mama, choć kochała chłopca, oddała go pod opiekę wujka. Steve miał 12 lat, gdy wrócił do niej do Los Angeles. Nie dogadywał się z ojczymem. Zainteresował się za to... nie, nie książkami ani nauką, lecz... działającym w okolicy gangiem.

Matka przejęła się tym tak bardzo, że postanowiła umieścić go w poprawczaku Junior Boys Republic. Przyszły odtwórca roli detektywa Franka Bullitta spędził tam trzy lata. - Gdyby nie JBR, byłbym dziś kimś innym - gadułą, bratem łatą, miłym chłopakiem. Szkoła pozbawiła mnie złudzeń, ale też dała ważną lekcję. Zrobiła ze mnie twardziela - wspominał.

A że był człowiekiem honoru, na planach domagał się setek par spodni, które posyłał kolejnym pokoleniom wychowanków JBR. W 1947 roku wstąpił do Korpusu Piechoty Morskiej. Raz bez pytania przedłużył sobie przepustkę, robiąc z niej dwutygodniowe wakacje. Przybyłych po niego żandarmów pobił. Innym razem uratował życie pięciu żołnierzom, którzy podczas ćwiczeń wpadli do lodowatej wody.

Aktorstwo - jako sposób na życie, a nie pasję! - odkrył w 1952 roku. Dostał się do słynnej szkoły Lee Strasberga. Chętnych było 2000. Szczęście dopisało dwóm: jemu i Martinowi Landau. Debiutował w 1955 roku na Broadwayu. Szaleństwo rozpętało się później, dzięki rolom legendarnych twardzieli.

Chodzący paradoks

Wielki McQ był pełen sprzeczności. Kochał grać w westernach, ale nie cierpiał koni: - Nauczę się je lubić, gdy zaczną pić martini - żartował. Zadziwiał szczerością: - Myślicie, że mam w sobie coś z szowinistycznej świni? Macie rację! Tak naprawdę fascynowały go chyba tylko auta: - Aktor to lalka, manipulowana przez tuzin ważniaków. Prawdziwą godność odnajduję na torze wyścigowym - podkreślał.

Nigdy nikogo nie słuchał. Zignorował zaproszenie na słynną imprezę u Polańskiego, które wysłał mu stylista celebrytów Jay Sebring. Gdy potem dowiedział się, że był na szczycie listy "gwiazd do likwidacji", sporządzonej przez Charlesa Mansona, kupił broń. Nie rozstawał się z nią nawet w łóżku.

Ostatnim filmem McQ był "Tom Horn" (1980). Na planie pluł krwią. Biopsja wykazała obecność rzadkiego nowotworu płuc, międzybłoniaka. Większość zachorowań ma związek z ekspozycją na azbest, a on nieraz miał z nim kontakt: izolowano nim m.in. kombinezony kierowców. Fatalnym posunięciem ciężko chorego człowieka było oddanie się w ręce... szarlatana.

Kto wie, czy nie żyłby dłużej, gdyby nie zaufał ortodoncie Williamowi D. Kelleyowi, który testował na nim kuracje preparatami na bazie płodów owiec, lewatywami z kawy, masażami i modlitwą. W listopadzie 1980 roku pojechał do niewielkiej kliniki w Meksyku na operację usunięcia przerzutów. Zarejestrował się jako Sam Shepard. Personel nie wiedział, że smutny mężczyzna o zapadniętych policzkach to McQueen. Jego serce po operacji stanęło dwa razy, by ostatecznie odmówić posłuszeństwa 7 listopada o 3:45 rano. Prochy aktora rozsypano nad Atlantykiem.

Maciej Misiorny

Dowiedz się więcej na temat: Steve McQueen

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje