"Sługi boże": Gdzie czai się zło?

Już 16 września do kin wejdą "Sługi boże" - kryminał Mariusza Gawrysia z Bartłomiejem Topą, Julią Kijowską i Małgorzatą Foremniak w rolach głównych. Premiera obrazu odbędzie się tuż przed jego pokazami na Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie wraz z piętnastoma innymi produkcjami będzie walczył o Złote Lwy w ramach konkursu głównego.

Andrzej Konopka i Julia Kijowska w scenie z filmu "Sługi boże"

Z wieży wrocławskiego kościoła rzuca się młoda Niemka - członkini żeńskiego chóru gregoriańskiego. Schola żeńska jest naruszeniem tabu i złamaniem wielowiekowych zasad Kościoła. Budzi to oburzenie i sprzeciw kantora Jana (Adam Woronowicz), który w tym samym kościele prowadzi chór męski. Śledztwem w sprawie zagadkowej śmierci kobiety kieruje doświadczony i bezkompromisowy komisarz Warski (Bartłomiej Topa). Ważniejsze niż procedury jest dla niego ratowanie ludzkiego życia. Po kolejnej akcji, w której przekracza granice bezpieczeństwa, zostaje skierowany do psychologa (Małgorzata Foremniak). Ich spotkania szybko przestają być rutynową terapią. Mało który mężczyzna potrafi oprzeć się seksapilowi tej pięknej kobiety w typie pozornie zimnej blondynki...

Reklama

Tymczasem do sprawy tajemniczej śmierci młodej dziewczyny zostaje przydzielona niemiecka policjantka o polskich korzeniach Ana Wittesch (Julia Kijowska). Warski nie wie, że Ana we Wrocławiu prowadzi również inne dochodzenie. Dzięki świetnemu policyjnemu węchowi dosyć szybko odkrywa prawdę, jednak nie całą. Tę zna ktoś inny - przełożony kantora Jana, proboszcz Witecki (Henryk Talar). Sytuację dodatkowo komplikuje niespodziewana wizyta zaniepokojonego sytuacją w polskim Kościele dr. Kuntza (Krzysztof Stelmaszyk) - wysłannika watykańskiego banku.

Dzięki pomocy inspektora Konarskiego (Zbigniew Stryj) Warski zaczyna rozumieć, gdzie czai się prawdziwe zło. To, które rodzi się i umacnia w kompletnej ciszy...

"Moja postać, komisarz Warski, to policjant, który pracuje w wydziale zabójstw. Jest samotnym wilkiem. Mimo że współpracuje z Aną, agentką policji berlińskiej, i ich losy się łączą, Warski jest facetem, który bierze wszystko na siebie. Życie go doświadczyło. Jest zdeterminowany, żeby dochodzić prawdy. Przekracza prawo, by chronić życie. Gdy pracuje się przy filmie parę lub paręnaście tygodni, na początku nie wiadomo, co z tego wyniknie. Dopiero w momencie, gdy materiał jest już sklejony przez montażystów i reżysera, okazuje się, kim jest mój bohater. Wcześniej operuję świadomością w krótkich formach, w krótkich scenach" - opowiada Bartłomiej Topa.

"Przygotowując się do roli, cieszyłem się, że nie muszę schudnąć albo przytyć 50 czy 120 kilo. Choć nie uczyłem się specjalnych sztuk walki, to jednak przygotowywaliśmy się z trenerem, który uczył nas walki wręcz. Julia Kijowska również miała z nim spotkania. Strzelałem trochę z krótkiej broni. Jak to w kryminale - były to przydatne umiejętności" - wspomina.

"Czytając scenariusz, myślałem o wyzwaniach fizycznych, które czekały mnie w filmie - mam już przecież prawie 50 lat. Było trochę bieganiny, strzelaniny, walki wręcz. Jesteśmy po zdjęciach i już wiem, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Podobał mi się ten scenariusz. Gdy dostaję propozycję i biorę udział praktycznie w każdej scenie, to widzę szansę na różnorodność - zachowań i myśli. Dzięki temu można stworzyć kreację, która satysfakcjonuje. Praca z Mariuszem Gawrysiem była bardzo komfortowa - Mariusz wie, czego chce, precyzyjnie prowadzi aktorów i daje przestrzeń na pomysły, które się pojawiają. Wierzę głęboko, że dotknęliśmy kina środka, filmu gatunkowego" - przekonuje aktor.

"Jest to tytuł dla osób poszukujących w kinie emocji i trzymających w napięciu historii. Wątki kryminalne, które zataczają szerokie kręgi, składają się na nieoczywistą fabułę i zagadkę, której rozwiązania trudno się domyślić. Służby specjalne, Bank Watykański, agenci Stasi to tematy, które stale goszczą w mediach, a rzadko, mimo swej aktualności, są poruszane w filmach. 'Sługi boże' mają szansę być nowym, ciekawym spojrzeniem na sprawy, które pobudzają wyobraźnię publiczności" - twierdzi Topa.

"Moja postać, Ana Wittesch, to analityczka policyjna, która przyjeżdża do Wrocławia, by prowadzić tajne śledztwo. Gdy w niejasnych okolicznościach ginie niemiecka obywatelka, Ana musi zacząć współpracować z naburmuszonym komisarzem Warskim, którego pod koniec już chyba nawet trochę lubi" - żartuje Julia Kijowska.

"Długo i intensywnie przygotowywałam się do roli. Uczyłam się między innymi krav magi i boksu. A potem skutecznie wykorzystałam te umiejętności na Andrzeju Konopce. Miałam też intensywny trening językowy. Moją ambicją było, by obronić w tym filmie moment, w którym moja bohaterka o niemieckich korzeniach mówi coś po niemiecku. Chciałam, by było to przekonujące również dla niemieckiego widza" - tłumaczy aktorka.

"Uczyłam się niemieckiego, nawet dosyć długo, ale z przerwami. Był taki moment, że sporo czasu spędziłam w Berlinie. Ale to było parę ładnych lat temu - niewiele z tego pamiętałam. Poza tym to, jak skonfrontowałam się z niemieckim przy okazji filmu, to była dla mnie zupełna nowość i kompletnie inny sposób uczenia się języka. Chodziło o jakiegoś rodzaju wiarygodność, kwestię przekonania całej swojej emocjonalności do tego, że może się ona wyrazić także w innym języku. Okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałam" - dodaje.

"Kiedy przeczytałam scenariusz, byłam naprawdę zaskoczona. Sięgnęłam po niego bez przekonania. Pomyślałam sobie: 'Nie... Jakiś thriller, kryminał...'. Ale uczciwie staram się czytać wszystko, co dostaję. Usiadłam do tego późnym wieczorem, bardzo zmęczona, i pomyślałam: 'Dobrze, zajrzę, przekartkuję. Zacznę i skończę jutro'. Przy pierwszym podejściu przeczytałam całość! I bardzo mnie to wciągnęło. Dostałam propozycję zagrania w tej opowieści innej bohaterki, ale od początku bardzo interesowała mnie historia tajemniczej Any Wittesch. Nie do końca wiadomo, dlaczego przyjeżdża do Polski i jaką ma motywację" - opisuje Kijowska.

"Podobała mi się dziewczyna, która się kręci w tej historii, niewiele mówi, niewiele o niej wiemy, a potem okazuje się, że jest kluczowa dla intrygi. Podobało mi się zadanie skonfrontowania się z inną kulturą. Nawet z tym, że polski nie jest moim pierwszym, tylko drugim językiem. Gdy traciłam wiarę, już na etapie przygotowań, oglądałam 'Do widzenia, do jutra' i myślałam, że może kiedyś mieliśmy więcej odwagi w bawieniu się konwencją, jakąś umownością. Miałam ochotę na taką umowność, dlatego ta postać tak bardzo mi się spodobała" - podsumowuje.

"W filmie jestem psychologiem policyjnym, zajmuję się ciężkimi przypadkami. Komisarz Warski trafia do mnie, ponieważ zaczyna mieć problemy w pracy. W niekonwencjonalny sposób przeprowadza akcje policyjne - zazwyczaj w każdej takiej akcji ktoś ginie. Należy to zmienić, dlatego mam z nim odbyć terapię. Ona również będzie przebiegała w sposób zaskakujący. Jak wszystko w tym filmie" - przyznaje Małgorzata Foremniak.

"Realizowaliśmy sceny trudne fizycznie, po których miałam udokumentowane obrażenia w postaci siniaków. Scena agresji w windzie była trudna. Tym bardziej że to była pierwsza rzecz, którą graliśmy. Trudna była też scena duszenia mnie w wannie. Trwała bardzo długo i myślałam, że odmoczyłam się już do kości. Przypłaciłam to zresztą ciężką grypą. Było trochę strachu - jak to zrobić ciekawie i zachować wszystkie tematy, które ja i reżyser chcieliśmy zachować w tym drastycznym obrazie - ale ja takie sceny uwielbiam" - twierdzi gwiazda.

"Przygotowania do roli polegały przede wszystkim na długich rozmowach z reżyserem. Chodzi o to, żeby poczuć postać, klimat, zrozumieć mechanizmy postępowania i wyborów. I co to w ogóle jest za postać - jak ją ubarwić, ubrać w pewną tajemnicę. Ale też jakie dodać smaczki. To były wspólne poszukiwania. Reżyser nakreśla drogę, a potem to już jest psychologiczna dłubanina aktorska" - wyjaśnia artystka.

"Wczuwam się w historię tej kobiety i próbuję - będąc sobą - być już nią. Wtedy dopiero odkrywa się pewne rzeczy, których nie odkryje się od razu - wymaga to czasu bycia w tej postaci. To jest jak psychologiczne rozkładanie na części, doszukiwanie się - tak budowałam moją bohaterkę. Oglądałam też kino skandynawskie, gdzie jest wyrazisty klimat i inny rodzaj grania: bardziej skondensowany, mający silniejszą formę przekazu. Bardziej ascetyczny. Próbowałam posmakować, poczuć różnego rodzaju atmosferę. To wszystko odbywa się w komunikacji z reżyserem. Chodzi o to, żeby znaleźć wspólną płaszczyznę - już nie tylko wyobrażania sobie postaci, ale bycia nią" - podsumowuje Foremniak.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje