Reklama

"Rybka zwana Wandą": Jeden z widzów umarł ze śmiechu

"Rybka zwana Wandą" jest uznawana za jedną z najśmieszniejszych komedii lat osiemdziesiątych XX wieku. Film łączy humor grupy Monty Pythona z historią o nieporadnych złodziejach diamentów i femme fatale, która bawi się nimi wszystkimi. Produkcja okazała się tak śmieszna, że jeden z widzów... umarł w trakcie seansu ze śmiechu. 7 lipca 2023 roku film Charlesa Crichtona obchodzi swe 35 urodziny.

Fabuła "Rybki zwanej Wandą" skupiała się na trójce złodziei diamentów: femme fatale Wandzie (Jamie Lee Curtis), jąkającym się, nieśmiałym Kenie (Michael Palin) oraz Ottonie (Kevin Kline), którego twórcy określili jako "tumana, który nie zdaje sobie nawet sprawy, jak bardzo jest głupi". W sprawę zostaje wplatany bardzo spięty adwokat Archie Leach (John Cleese). Wkrótce wszyscy zaczynają się nawzajem zdradzać i knuć przeciwko sobie. Wszystkim chodzi pozornie o bezcenne diamenty. Tak naprawdę każdy stara się o względy pięknej Wandy.

Reklama

Wszystko zaczęło się w 1969 roku, gdy John Cleese i Charles Crichton postanowili nakręcić film. Pierwszy odnosił właśnie ogromny sukces dzięki programowi komediowemu "Latający cyrk Monty Pythona". Drugi był cenionym reżyserem, który pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku zwrócił się ku brytyjskiej telewizji. Wówczas nie udało im się nic zrealizować. Obaj przysięgli sobie jednak, że ich wspólne dzieło kiedyś powstanie. Trafili na siebie ponownie niemal dekadę później, gdy współpracowali przy produkcji filmów instruktażowych. Cleese zdradził Crichtonowi, że chodzi mu po głowie pomysł o niepotrafiącym się wyluzować prawniku. Przez następne dwa i pół roku spotykali się trzy razy w miesiącu i rozwijali scenariusz. Przerzucali się pomysłami o gapowatych przestępcach, diamentach i zdradach. Jednak w pewnym momencie się zacięli. Potrzebowali elementu, który połączy wszystkie wątki i doda filmowi nieco energii. Cleese w końcu spytał: "A gdyby szef szajki miał dziewczynę"? Crichton przyklasnął temu pomysłowi. Tylko kto miałby ją zagrać?

"Rybka zwana Wandą": Kompletowanie idealnej obsady

W pierwszym drafcie scenariusza Wandę przedstawiono jako seksualnie napastliwą manipulatorkę o lodowym sercu, której zależy tylko na pieniądzach. Cleese był sceptyczny. Wydawało mu się to naciągane. Szybko zrobił z niej sympatyczniejszą postać, która jak najbardziej manipuluje ludźmi, ale nie jest zła. Raczej wciąż szuka swojej drogi. Nadal zastanawiał się, kto mógłby ją zagrać. Odpowiedź znalazł, gdy zabrał swoją córkę do kina na "Nieoczekiwaną zmianę miejsc" Johna Landisa. Z seansu wyszedł oczarowany Jamie Lee Curtis. Rolę Wandy zaproponował jej osobiście. Curtis byłą tym zaskoczona. "[Cleese] Podszedł do mnie i powiedział, że chce napisać film [...] i czy nie chciałabym zagrać głównej roli. W show-biznesie nikt tak nie robi! Pomyślałam: Ta, jasne, czy coś takiego. Jesteś Anglikiem, możesz być dziwny, co tam".

Cleese nazwał swojego bohatera po Carym Grancie, którego prawdziwe imię brzmiało właśnie Archie Leach. W wywiadzie dla The Independent aktor przyznał, że miał to być mały dowcip, który przyciągnął o wiele za dużo uwagi. "Grant przyszedł na świat niedaleko mojego domu rodzinnego. Oczywiście wszyscy znali go tam jako Archie'ego Leacha i niemal czcili za to, co osiągnął jako artysta". W wywiadzie dla People dodał jednak, że bliżej amanta pokroju Cary'ego Granta już nigdy nie będzie.


Rola niezbyt bystrego, wiecznie wpadającego w furię Ottona przypadłą Kevinowi Kline'owi. Jak wspominał po odebraniu Oscara, Cleese powiedział mu: "Robię film, w którym przejedzie cię walec, a wcześniej zjesz bardzo dużo tropikalnych rybek Michaela Palina". Nie mógł odmówić. Kline szybko zauważył, że Otto jest typem postaci, w które Cleese wcielał się w "Latającym cyrku Monty Pythona" - tak bardzo stara się zrobić wrażenie groźnego i tak bardzo mu nie wychodzi, a na niepowodzenia reaguje gniewem. Kline śmiał się, że scenarzysta wcisnął mu tę rolę, by Cleese mógł zagrać bohatera romantycznego.

Ostatnia z głównych ról przypadła Michaelowi Palinowi. Co zaskakujące, po pierwszej lekturze scenariusza był on krytycznie nastawiony do filmu. Szybko dał się jednak przekonać, ponieważ jego postać — nieśmiały, jąkający się Ken — przypadła mu do gustu. "Chodziłem jak Ken. Czułem się jak Ken, ludzie traktowali mnie jak Kena i miałem do nich pretensje, bo szło im znacznie lepiej niż Kenowi" - mówił dla The New York Times. Była jeszcze jedna sprawa: ojciec Palina się jąkał. Dzięki temu aktor wiedział, jak naturalnie zagrać swojego bohatera. On także wyjaśnił twórcom, że jąkanie powinno nasilać się przy osobach, których Ken nie znosi.

Crichton chciał wyreżyserować film, co nie spotkało się z dobrym przyjęciem potencjalnych sponsorów. Chociaż miał ogromne doświadczenie reżyserskie i liczne sukcesy, w ostatnich latach pracował w telewizji. Od 23 lat nie wyreżyserował pełnometrażowego filmu. Niepokój budził także jego wiek. Crichton powoli zbliżał się do osiemdziesiątki. Cleese zaczął w końcu przedstawiać siebie jako współreżysera. Wszystko po to, by uspokoić przedstawicieli wytwórni MGM, która zdecydowała się wyprodukować film. Aktor nie miał oczywiście bladego pojęcia o reżyserii. Jak sam przyznał, za kamerą pojawił się pod sam koniec zdjęć przy pomniejszych scenach z Michaelem Palinem. W tym czasie Crichton skupił się na montażu gotowego materiału.

Aktorska wolność

Obsada była skompletowana na początku 1986 roku. Aktorzy byli zdziwieni, jak wielką swobodę dostali podczas realizacji "Rybki...". Crichton miał swoją metodę reżyserską. "Przez tydzień robimy próby, a potem zostawiamy materiał na dwa tygodnie, by w tym czasie dorzucić nowe pomysły i oszlifować tekst" - mówił dla Los Angeles Times. "To idealny model pracy, każdy dokłada coś od siebie i czuje, że jest częścią filmu". Ta strategia bardzo przypadłą do gustu Kevinowi Kline'owi. "W większości filmów jedna osoba jest u steru, a ty boisz się nawet podnieść rękę, że masz sugestię. To frustrujące, jeśli jesteś jako tako światły i ufasz swojemu instynktowi. Tym razem to był całkowicie wspólny wysiłek i obawiam się, że trochę mnie zepsuł" - mówił w wywiadzie dla The New York Times. Wpłynęło to jednak na czas produkcji.

Zdjęcia rozpoczęły się dopiero w 1987 roku. Aktorzy, podobnie jak podczas prób, dostali bardzo dużą wolność twórczą. W scenie miłosnej między Wandą i Ottonem Kline tak zatracił się w improwizacji, że Curtis musiała wtulić twarz w poduszkę, by ukryć swój śmiech. Innym razem Cleese wpadł na pomysł sceny, która wymagałaby od Curtis rozebrania się. Aktorka zasugerowała, by to on stanął przed kamerą bez ubrania. Cleese przyznał jej rację, a scena, gdy Archie zostaje przyłapany nago przez swoją rodzinę, jest jedną z najzabawniejszych w filmie.

Szampańska atmosfera na planie nie oznaczała jednak, że aktorzy nie musieli się liczyć z decyzjami reżysera i scenarzysty. Kline przekonał się o tym w scenie, w której Otto uwodzi Wandę, mówiąc po włosku. Aktor błagał Cleese'a, żeby zamiast tego spróbować francuskiego, który znał perfekcyjnie. Cleese był przeciwny — to musiał być włoski. Kline zaczął improwizować i szybko skończyły mu się znane powiedzenia w tym języku. Zaczął więc śpiewać "Nel blu, dipinto di blu" czyli popularne "Volare". Przez cały czas z przerażeniem spoglądał w kierunku Crichtona, czy ten nie krzyknie "cięcie" i nie przerwie sceny. Producenci nie mieli wówczas wykupionych praw do piosenki.

Uznanie i... śmierć ze śmiechu

"Rybka zwana Wandą" weszła do kin 7 lipca 1988 roku. Twórcy obawiali się wyniku finansowego i recenzji. To nie była amerykańska komedia. Brytyjski humor był o wiele mroczniejszy i mógł nie przypaść wszystkim do gustu. Ich obawy okazały się bezpodstawne. Publiczność pokochała "Rybkę...", która zarobiła na całym świecie ponad 188 milionów. Z sukcesem finansowym przyszły także nagrody. Film nominowano do trzech Oscarów: za reżyserię, scenariusz i drugoplanową rolę Kline'a. Ku zaskoczeniu wszystkich, aktor zwyciężył w swej kategorii. Był to nieczęsty przypadek, gdy zdobywca Oscara nie otrzymał wcześniej żadnego innego wyróżnienia podczas sezonu nagród.

W pierwszym odcinku "Latającego cyrku Monty Pythona" pojawił się skecz o najśmieszniejszym dowcipie na świecie, który zabijał dosłownie każdego, kto go usłyszał. Nikt nie mógł przewidzieć, że "Rybka zwana Wandą" stanie się powodem podobnej śmierci. W 1989 roku 56-letni Ole Bentzen, duński audiolog, dosłownie umarł ze śmiechu podczas seansu filmu Crichtona. Historia przez wiele lat uchodziła za miejską legendę, póki nie potwierdził jej syn zmarłego. Bentzen swego czasu zrobił swojej rodzinie dowcip podczas obiadu. Włożył sobie kalafiora do nosa, by sprawdzić, czy uda mu się zjeść wszystko, zanim warzywo wypadnie. Gdy w kinie zobaczył scenę, w której Kevin Kline wciska Michaelowi Palinowi frytki do nosa, zaczął się śmiać tak bardzo, że ilość uderzeń jego serca gwałtownie podskoczyła. Wynosiła od 250 do nawet 500 na minutę. Bentzen dostał rozległego zawału, wskutek którego zmarł.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Rybka zwana Wandą | John Cleese
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy