Marcello Mastroianni: Kochanek

"Słodkie życie", "Osiem i pół", Wielkie żarcie"... Wystąpił w ponad 200 filmach. Na planie zapominał o bożym świecie. Dla kobiet był mężczyzną idealnym, dla reżyserów - wymarzonym aktorem. Aż trzy razy nominowano go do Oscara.

Przez 46 lat jego żoną była Flora Carabella, nie przeszkadzało mu to jednak wiązać się z koleżankami z planu

Koneser sztuki, wielbiciel kobiecych wdzięków, wina i śpiewu. Do samego końca miał w sobie coś z beztroskiego chłopca. - Kocham życie! Jest jak butelka szampana odkorkowana w sylwestrową noc przy Fontannie di Trevi - mawiał. Na planie nigdy nie narzekał. Po co, skoro wszystko go cieszyło? - Tam, gdzie inni widzieli ciężką pracę, on dostrzegał sposobność do zabawy - wspomina Catherine Deneuve. Ich córka Chiara jest taka sama: - Po tacie mam umiejętność cieszenia się z drobiazgów - przyznaje.

Reklama

Marcello wydawał się inny niż koledzy zza oceanu. Mniej "wystudiowany" i sztuczny. Gwiazdy amerykańskiego kina lat 50. i 60. skrupulatnie budowały swój mit, on - po prostu był sobą. Spontaniczny, nieco naiwny, roztaczał wokół siebie wdzięk, który otwierał przed nim wszystkie drzwi. Nie wierzycie? Obejrzyjcie go w "Prêt-à-Porter" (1994). Rozczulał nawet jako 70-latek!

Miał żonę - Florę Carabellę. Jedną przez całe życie. Nie przeszkadzało mu to jednak wiązać się z koleżankami z planu. Francuzki, Hiszpanki, Włoszki i Amerykanki - wszystkie leżały u stóp słodkiego Marcello. - Wystarczyło, że spojrzał tymi swoimi oczami wiernego owczarka, a byłam gotowa spełnić każdy jego kaprys - mówiła Faye Dunaway. To samo powiedziałyby pewnie Anouk Aimee, Ursula Andress czy Claudia Cardinale. On mówił o nich jak poeta: - Kobieta to Słońce, niezwykła istota, która sprawia, że twoja wyobraźnia zrywa się do biegu niczym szalony rumak. Kochasz ją, kłócisz się z nią, widzisz w niej boginię i matkę. Jest wszystkim.

Mastroianni przyszedł na świat 28 września 1924 roku w miasteczku Fontana Liri. Mógł wybrać inną drogę: zostać architektem, inżynierem albo poetą. Podobno jako chłopiec garnął się do książek! W 1943 roku otrzymał dyplom geodety i technika budowlanego. Potem - niewiele brakowało, by zginął w niemieckim obozie. Przewrotny los szykował dla niego jednak coś innego: fascynującą przygodę z "cinema italiano"!

Pierwsze role grał jako dziecko. Po wojnie znalazł zatrudnienie w bibliotece wytwórni Eagle-Lion Films. Ukryty między wysokimi regałami, czytał o ludziach, dla których scena była sensem życia. To tam, wśród zakurzonych woluminów, zrodziła się myśl, by stać się jednym z nich. Marcello dołączył do trupy teatralnej, gdzie zwrócił na niego uwagę wielki Luchino Visconti. Pozwolił 33-latkowi zagrać w adaptacji "Białych nocy" Dostojewskiego.

Przełomowy był rok 1960. Wtedy to Federico Fellini obsadził go w "Słodkim życiu". Scena miłosna z Anitą Ekberg w Fontannie di Trevi - oto, co przychodzi na myśl kinomanom z całego świata, gdy pada nazwisko Mastroianni. - Dałem mu tę rolę, bo miał cudownie nijaką gębę! - podkreślał Fellini. Artystów połączyła przyjaźń, której owocem były arcydzieła "Osiem i pół", "Ginger i Fred", "Miasto kobiet".

Kochali go i inni mistrzowie: Michelangelo Antonioni, Ettore Scola, Vittorio de Sica, bracia Taviani, John Boorman czy Robert Altman. - Był marzeniem każdego z nas. Grał całym sobą, do zatracenia - oceniał Altman. Gdy 19 grudnia 1996 roku 72-letni Mastroianni przegrał walkę z rakiem trzustki, na ulice ukochanej metropolii artysty, Rzymu, wyległy tłumy.

- Miałam wrażenie, że całe miasto krzyczy: "Ciao, Marcello! - żegnaj, Marcello!" - wspomina Deneuve. Kocha go nadal. Tak jak miliony innych kobiet, dla których był najpiękniejszą fantazją z zaczarowanego świata kina.

Maciej Misiorny

Dowiedz się więcej na temat: Marcello Mastroianni

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje