James Bond: Superbohater na każde czasy

- James Bond to superbohater na każde czasy, który staje często sam przeciwko całemu światu; filmy o nim są popularne na całym świecie także dzięki atrakcyjnej otoczce, w tym charyzmie i urodzie bohaterów - mówi autor książki o superszpiegu, Michał Grzesiek.

Poprzednik Daniela Craiga - Pierce Brosnan (L) oraz Roger Moore (P) - Bond idealny na lata 70.

6 listopada na ekrany kin wchodzi już 24. film o przygodach agenta Jej Królewskiej Mości. Filmy o Bondzie, choć są w nich stałe elementy, zmieniają się jak czasy, w których powstają.

- James Bond to postać wielowymiarowa, potrafiąca dostosować się do swoich czasów. Filmy są na ekranach już od 53 lat, to kawał czasu. Każdy dotyczy problematyki, która w danym momencie nurtuje cały świat - czy to jest rozbrojenie nuklearne, zimna wojna, doping w sporcie, informatyzacja życia, handel narkotykami, czy ataki terrorystyczne. Myślę, że to w głównym stopniu przyciąga ludzi przed ekrany - powiedział autor książki "James Bond. Szpieg, którego kochamy

Reklama

- Bond to niezmiennie superbohater, który staje często sam przeciwko całemu światu, przeciwko różnym złośliwym okolicznościom, które - bywa - chcą cały ten świat unicestwić. Oczywiście mamy otoczkę - te piękne dziewczyny, gadżety, przystojnych, silnych "menów", którzy wcielają się w postać agenta 007, to jest bardzo przyjemne, miłe opakowanie - dodał.

Rolę Bonda grało już 6 aktorów, w najnowszej produkcji już po raz czwarty jej odtwórcą jest Daniel Craig. Według Grześka to idealny Bond na nasze czasy - brutalne i bezwzględne. - Taki jest też Daniel Craig, choć podobno w "Spectre" jest troszeczkę więcej humoru, już nie jest taki - jak mówią jego przeciwnicy - nieokrzesany, jak w poprzednich filmach - powiedział.

Jego zdaniem każdy z odtwórców postaci Bonda coś wniósł do tej postaci. Dla wielu fanów serii ideałem Bonda pozostaje szkocki aktor Sean Connery. - Connery był zimnym, wyrachowanym draniem, niezbyt lubianym przez organizacje feministyczne, ponieważ nie miał oporów przed biciem swoich filmowych partnerek. George Lazenby - Bond prawie już zapomniany, ale to był Bond romantyczny i taki też miał rację bytu. Jego występ był oparty bardzo ściśle na książce Iana Fleminga - Bond się zakochuje i nawet się żeni, rezygnuje na krótki czas ze służby na rzecz Jej Królewskiej Mości - mówił Grzesiek.

- Roger Moore to był Bond idealny na lata 70., bo dowcipny, zdystansowany, nawet przyznawał się, że specjalnie nie zna książek Iana Fleminga i po filmach było to widać. Timothy Dalton zadziałał na zasadzie wahadła i stał się Bondem poważnym. Pierce Brosnan był, jak dla mnie, wypadkową kreacji Rogera Moora - miał sporo jego humoru - jak i zimnego, wyrachowanego agenta a la Sean Connery - wyliczał.

Przypomniał też kontrowersje wokół wyboru Craiga: - Narzekano, że blondyn, że nie za wysoki, bo to jest jedyny aktor, który wzrostem nie dorównuje pozostałym - ma niecałe 180 cm, jak na Bonda to niewiele. Jednak po premierze pierwszego filmu z jego udziałem, wielu krytyków przycichło, czyli ta kreacja zrobiła wrażenie - podkreślił.

W opinii widzów i krytyków Bond w wydaniu Craiga jest bardziej realistyczny. - Dla wielu to zaleta, dla wielu wada. Spotkałem się z reakcjami, że urok poprzednich Bondów polegał właśnie na tym, że to była taka bajeczka, że były akcje typu skok w przepaść za uciekającym samolotem, jak to było na początku filmu GoldenEye. Naukowcy wykazali, że to jest możliwe, tylko trzeba z dokładnością co do którejś tysięcznej sekundy skoczyć i samolot musi lecieć z określoną prędkością, czyli nie ma rzeczy niemożliwych, ale są na granicy fantazji. Jedni więc chwalą realizm filmów z Craigiem, innym nie podoba się to, że stylistyką zbliżyły się do filmów o Jasonie Bourne - mówił Grzesiek.

W filmach o Bondzie pojawiają się pewne stałe elementy, jak czołówka z agentem strzelającym do widza i ekranem zalewającym się krwią, postaci - chłodno traktujący go szefowie, kwatermistrz Q czy zakochana w Bondzie platonicznie sekretarka Moneypenny, przyrządzane w określony sposób drinki czy charakterystyczny sposób przedstawiania się: "Bond. James Bond".

- Jako że filmów powstało już bardzo dużo, to twórcy bawią się konwencją, to puszczanie oka do widza i gratka dla fanów, którzy te filmy dobrze znają. W najnowszym też możemy się spodziewać wielu nawiązań do bondowskiej przeszłości - przewiduje Michał Grzesiek.

Dziewczyny Bonda to kolejny stały element, ale sposób pokazywania kobiet u boku superagenta ewoluował. - Producenci pierwszych filmów o Bondzie przyznawali z rozbrajającą szczerością, że dziewczyna Bonda to nie musi być zdolna aktorka, to musi być ładna ozdoba, która się świetnie prezentuje na ekranie. Dość powiedzieć, że Ursula Andress - ta słynna Wenus wychodząca z morza w bikini - rolę dostała na podstawie zdjęć. Jeden z producentów filmu zauważył w jakiejś gazecie Andress stylizowaną na miss mokrego podkoszulka i powiedział: bierzemy ją do filmu. Później to się zaczęło zmieniać - partnerki Bonda były z nim nie tylko w relacjach intymnych, ale także na służbie, teraz współpracują z nim jak równy z równym - podkreślił Grzesiek. 

Dowiedz się więcej na temat: James Bond | Spectre

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje