Andrzej Szalawski: Aktor wyklęty

Do końca życia uchodził za hitlerowskiego kolaboranta i nie doczekał się rehabilitacji. Wiele wskazuje na to, że słynny filmowy Jurand ze Spychowa z "Krzyżaków" był ofiarą zawiści i wrogości swojego otoczenia. A fałszywe pomówienia sprawiły, że Andrzej Szalawski trafił na trzy lata do więzienia.

Andrzej Szalawski w filmie "Tarpany" (1961)

Skazujący wyrok zapadł w 1949 roku i był efektem rzekomej współpracy z niemieckim okupantem. Akt oskarżenia obejmował czytanie tekstów w cotygodniowej kronice filmowej "Deutsche Wochenschau" wyświetlanej przed seansami w kinach Generalnego Gubernatorstwa.

Szalawski, któremu również zarzucano, że występował w koncesjonowanych przez Niemców warszawskich teatrach, rzeczywiście przez niespełna dwa lata pracował jako lektor. Robił to jednak za wiedzą kontrwywiadu Armii Krajowej, dla której wykradł między innymi zdjęcia z egzekucji Polaków w Palmirach i z obozów jenieckich. I to dzięki tej pracy uchronił się przed wywózką na roboty do Niemiec.

Reklama

Podczas procesu nikt, prócz jego obrońców, nie chciał dać temu wiary. Zapomniano również o tym, że kiedy w 1941 roku Szalawski pojawił się w Warszawie, nie miał grosza przy duszy, był wychudzony, chodził w starych, zniszczonych ubraniach. Ostracyzm środowiska wynikał zapewne z zachowania aktora - zarzucano mu nie tylko brak skromności i pokory, ale też wywyższanie się. Jego kolegów po fachu drażniło to, że w latach 1940-41 grał w scenicznych agitkach komunistycznego teatru Aleksandra Węgierki w Grodnie, co nie do końca było prawdą. Później wypominano mu również to, że podczas hitlerowskiej okupacji zawsze był elegancko ubrany i szastał pieniędzmi w modnych warszawskich lokalach, zaś na drzwiach swojego mieszkania umieścił tabliczkę "Lektor Deutsche Wochenschau".

Niedługo po zakończeniu wojny Komisja Weryfikacyjna Związku Artystów Scen Polskich też odniosła się ze sceptycyzmem do słów aktora Romana Niewiarowicza, który wciągnął go do konspiracji, że tabliczka była niezbędnym kamuflażem. Napiętnowanego przez sąd koleżeński Szalawskiego skreślono więc z listy członków ZASP-u. Dostał dwuletni zakaz występów na scenie oraz w filmach. Znalazł się w Jeleniej Górze, gdzie w Teatrze Dolnośląskim pracował jako stolarz, kierowca, rekwizytor, inspicjent i sufler. "Obdarty, z nieostrzyżonymi włosami, czerwonymi oczami, robił wrażenie człowieka wykończonego nerwowo, w stanie chorobliwie depresyjnym, który z maniakalnym uporem mówi ciągle, że jest ukarany, że grać mu nie wolno" - tak zapamiętała aktora Wanda Telakowska, naczelnik wydziału w Ministerstwie Kultury i Sztuki, która apelowała za skróceniem mu kary.

W tej trudnej sytuacji wspierała go żona - Stefania Domańska, aktorka i reżyserka, która razem z nim pracowała w Jeleniej Górze. A właściwie wspierali się wzajemnie, ponieważ gdy się poznali, Domańska była młodą wdową z dzieckiem. Jej pierwszy mąż został zabity w czasie wojny. Małżeństwo aktorów nie trwało jednak długo. Wiosną 1947 roku cierpiącemu na depresję Szalawskiemu przywrócono pełnię praw. Dostał propozycję zagrania w "Igraszkach z diabłem" w łódzkim Teatrze Wojska Polskiego, przygotowywał się właśnie do premiery, kiedy nieoczekiwanie został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa.

Jego obrony odmówiło czterech adwokatów i dopiero piąty, Zdzisław Węgliński, zgodził się reprezentować aktora. Twierdzenia mecenasa, że zła opinia o oskarżonym to wynik podłości i zawiści środowiska trafiały jednak w próżnię. Akt oskarżenia zarzucał Szalawskiemu, że "idąc na rękę Państwa Niemieckiego wziął udział w nagraniu bliżej nieustalonej ilości niemieckich filmów zmierzających do osłabienia ducha oporu Polaków wobec okupanta, przez co działał na szkodę Narodu Polskiego".

Dostał trzy lata, odsiedział cały wyrok, gdyż prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Z więzienia wyszedł jesienią 1952 roku, wrócił do zawodu, lecz nigdy nie odzyskał zaufania i szacunku swoich kolegów. To odbiło się na jego związku. Pod koniec lat 50. drogi jego i Stefanii rozeszły się, choć formalnie pozostali małżeństwem.

Na rozwód Andrzej zdecydował się dopiero wtedy, gdy poznał miłość swojego życia - Izabellę Wilczyńską. Spotkali się w lipcu 1963 roku na turnusie zdrowotnym w Szczawnicy. Ona była wówczas po rozwodzie z dziennikarzem i prawnikiem Bronisławem Trońskim, z którym miała syna, znanego dziś aktora Marcina Trońskiego.

Dla Andrzeja Szalawskiego był to dobry czas. Na pewien okres wrócił do łask za sprawą roli Juranda ze Spychowa w filmie "Krzyżacy" (1960). Mimo że w 1966 roku sąd zasądził zatarcie skazania, bojkotowano jego kandydaturę w wyborach do Zarządu Głównego SPATiF-u, protestowano przeciwko pomysłom, by uhonorować aktora ministerialną nagrodą, nie znaleziono też podstaw, by sądownie zmienić ciążący na nim wyrok.

"Odcierpiałem w ciężkich warunkach karę w pełnej świadomości, że dzieje mi się krzywda" - mówił niedługo przed śmiercią Andrzej Szalawski. Zmarł 11 października 1986 roku. Został pochowany na warszawskich Powązkach. Na jego grobie nie ma krzyża. "Uważałam, że swój krzyż Andrzej nosił na barkach przez większą część życia - tłumaczyła jego żona. - Nie chciałam, żeby cień krzyża padał jeszcze na jego grób".

AK

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Szalawski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje