"W rytmie marzeń" [recenzja]: Inne oblicze niemieckiej transformacji

Kino najchętniej funduje nam obrazy opowiadające o entuzjazmie, który towarzyszył zburzeniu muru berlińskiego. "W rytmie marzeń" oferuje spojrzenie alternatywne, ale bardzo płytkie, chaotyczne, "nieogarnięte".

Kadr z filmu "W rytmie marzeń"

Reżyser Andreas Dresen - idąc za scenarzystą Wolfgangiem Kohlhaase oraz autorem niemieckiego bestsellera autorstwa Clemensa Meyera (pisarz urodzony w 1977 roku) - zaprasza widzów do Lipska przełomu lat 80. i 90. minionego wieku.

Reklama

Przewodnikami po tym świecie czyni nastolatków: Daniela (Daniego), Rico, Paula i Marka. Chłopcy przyjaźnią się jeszcze od czasów podstawówki, gdy z czerwoną chustą wokół szyi recytowali wierszyki pisane dla pionierów i składali nieśmiałe samokrytyki. Teraz szkolne mury omijają szerokim łukiem. Włóczą się po ulicach, szukając nie tyle swojego miejsca i celu w życiu, co przygody. Raz kradną auto  - konsekwencjami się nie przejmują - wierzą, że adwokaci ich wybronią, bo "wychowali się w NRD, dorastali bez miłości". Kiedy indziej palą i ćpają. Trochę kasy mają z kieszeni pewnej staruszki - gdy patrzy, pomagają jej, gdy się zamyśli - ogołacają z części oszczędności ("choć" pilnują się, by "nie wziąć za dużo"). W końcu w jakiejś ruderze zakładają klub techno "Eastside" i popadają w konflikt z lokalnymi skinami. I jeszcze kochają się w dziewczynach, oczywiście, bez wzajemności.

Transformacja i młodzieńczy bunt w jednym - na papierze to musi prezentować się świetnie. Książki nie znam, ale takie zderzenie niesie naprawdę wiele możliwości - zarówno dla autora, jak i czytelnika. Łatwo wyobrazić sobie trzydziestokilkuletnich/czterdziestoletnich Niemców, którzy natychmiast identyfikują się z postaciami i określonymi odnośnikami. Jeszcze raz przeżywają i reinterpretują swoją przeszłość, szczenięce lata. Na ekranie, niestety, to nie gra.

Nie ma w "W rytmie marzeń" ani pewnego oddechu, dystansu, ani - co gorsza - emocji. Bohaterowie pokazywani są w serii scenek i "rozdziałów". Raz widać tu inspiracje teledyskowe, raz twórczością Toma Tykwera i "Biegnij Lola, biegnij". Dani, który wydaje się "główną postacią" to człowiek bez właściwości - chorągiewka na wietrze wydarzeń tak historycznych, jak i osobistych. Mniejsza, są przecież tacy ludzie. Ale tu nie ma nawet jakiejś charyzmy, która przyciągałaby do tej postaci. Jest sobie chłopak i - co z tego?

Chociaż film trwa niemal dwie godziny, Dresen pozwala sobie na wyjątkowo wiele psychologicznych uproszczeń, fabularnych skrótów, dialogowych frazesów i realizacyjnych sztamp. Jedynym źródłem wiedzy na temat NRD jest dla bohaterów szkoła, rodziców tu praktycznie nie ma, rówieśnicy są tylko scenariuszowymi konstruktami-hasłami (koleżanka wyjeżdża na Zachód, skin to mordobicie, dziewczyny zdobyć się nie da). Jakiegoś, choćby szczątkowego kontekstu/tła politycznego też brakuje (bodaj tylko w jednej scenie mówi się o demonstracji, która przechodzi przez miasto). Lipsk jawi się jako smętny plener doskonały dla historii o zombie,  a nie o jednym z najbardziej emocjonujących wydarzeń ostatniego ćwierćwiecza. W pewnym momencie coraz mocniej zaczyna się dostrzegać nawet to, że aktorzy są o dobrych kilka lat starsi od postaci, w które się wcielają (to ma być opowieść o 16-latkach, a grają ich dwudziesto- i dwudziestokilkulatkowie - najmłodszy z odtwórców urodził się w 1994 roku).

Zamiast o człowieku w konkretnym momencie życia i historii, "W rytmie marzeń" stara się opowiedzieć o wszystkim. To największa słabość i przyczyna porażki tego filmu, który - o dziwo - trafił do konkursu festiwalu w Berlinie. Nie bez powodu jednak nie wygrał.

5/10

"W rytmie marzeń", reż. Andreas Dresen, Niemcy, Francja 2015, dystrybutor: Aurora Films, premiera kinowa 24 lipca 2015 roku.

Dowiedz się więcej na temat: W rytmie marzeń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje