Reklama

Reklama

Reklama

"Lament" [recenzja]: Wątpliwość

Kadr z filmu "Lament" /materiały dystrybutora

Jakby dziwnie to nie brzmiało, kluczowy dla "Lamentu" jest jego metraż. Horror południowokoreańskiego reżysera Na Hong-jina trwa ponad dwie i pół godziny, co jest nietypowe jak na film z gatunku, w którym fabuły są z reguły wątłe i pretekstowe, służące głównie do łączenia ze sobą scen przerażenia i szoku. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z opowieścią przez wielkie "o": pełną starannie przeprowadzonych zwrotów akcji, niby kameralną, ale na swój sposób epicką.

Reklama

Reklama

Wioska położona gdzieś w górach. Czyste powietrze, soczysta zieleń lasów, stalowa wstęga rzeki. Na tym bukolicznym tle dochodzi do szeregu trudnych do wyjaśnienia okropieństw: obłęd popycha kolejne osoby do pozbawionych motywu morderstw. Podejrzenie o spowodowanie tego wszystkiego pada na mieszkającego w okolicy Japończyka, o którym krążą upiorne legendy i którego dom wygląda od środka jak siedziba złego maga. Paranoja narasta i zbiera swoje żniwo.

Nie jest to jednak historia o tym, jak zabobonni wieśniacy dręczą żyjącego pośród nich cudzoziemca, aby ostatecznie uczynić z niego kozła ofiarnego. A przynajmniej nie tylko o tym. Na myli tropy, wrzuca w film bezczelnie dwuznaczne sceny, na zmianę usprawiedliwia prześladowców i pozwala współczuć prześladowanemu. Z czasem na pierwszy plan wysuwa się temat niepewności; okrutnej i tragicznej niepewności, która popycha ludzi do histerycznej szamotaniny.

Główny bohater, pierdołowaty policjant Jong-goo, podejmuje radykalne kroki, aby uratować swoją młodą córkę, która w pewnym momencie zaczyna zdradzać symptomy szaleństwa lub - jak może się wydawać - opętania. Kierowany lękiem i sprzecznymi podszeptami, nie wie, jaką podjąć decyzję. W kluczowych momentach panikuje i zmienia zdanie. Raz po raz popełnia błąd podobny do tego, który uniemożliwił Orfeuszowi wyprowadzenie Eurydyki z Hadesu.

Reklama

Reklama

Wbrew stereotypowemu wyobrażeniu o nadnaturalnych horrorach z Azji, "Lament" nie jest nastrojowym snujem, który straszy głównie za pomocą powoli narastającego napięcia, punktowanego trzaskiem niespodziewanie otwieranych okiennic i szelestem widmowych falbanek. Chociaż w filmie nie brakuje momentów gęstniejącego niepokoju, to przeważają w nim znacznie bardziej dosadne atrakcje: zdeformowane ciała, wściekłe szamotaniny, piekielne wizje. Co ciekawe, wiele scen grozy rozgrywa się w świetle dnia i ma slapstickowy charakter. Efekt jest z premedytacją dezorientujący: koszmar obleka się w dobrze rozpoznawalne i przaśne kształty.

Można znaleźć w "Lamencie" przebłyski szczerozłotego mistrzostwa. Na przykład frenetyczną sekwencję, w której zostają ze sobą zmontowane dwa równolegle przeprowadzane rytuały. Albo surrealistyczną puentę, w której zło wreszcie pokazuje swoje prawdziwe oblicze. W każdym z tych fragmentów Na odrzuca standardowe gatunkowe chwyty i wymyśla swoje własne instrumentarium grozy.

8,5/10

"Lament", reż. Na Hong-jin, Korea Południowa 2016, dystrybutor: Mayfly, premiera kinowa: 2 grudnia 2016 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Lament

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje