"Hardcore Henry" [recenzja]: Ultraprzemoc

Kadr z filmu "Hardcore Henry" /materiały prasowe

Parkour w mieście i surwiwal w lesie; ujeżdżanie koni i czołgów; niekończąca się przemoc: zadawanie i przyjmowanie ciosów, strzelanie i unikanie kul. Życie Henry'ego, pozbawionego pamięci i głosu cyborga, który próbuje uratować żonę z rąk geniusza zła, wypełniają same ekstremalne doznania. Przebywanie w jego skórze to równocześnie ekstatyczne i męczące doświadczenie.

Reklama

Debiutujący reżyser Ilya Naishuller pokazuje całą akcję z perspektywy Henry'ego. Z taką skrajnie subiektywną formą eksperymentowano już w pierwszej połowie XX wieku, ale z powodzeniem udało się zastosować ją dopiero Gasparowi Noé we "Wkraczając w pustkę" z 2009 roku. Chociaż Naishuller nie używa jej z takim samym artyzmem, to przyświeca mu podobny cel - tak jak tamto psychodeliczne arcydzieło, "Hardcore Henry" reprezentuje kino atrakcji, bombardujące widza światłami, kształtami i kolorami.

Oglądanie "Hardcore Henry'ego" przypomina śledzenie rozgrywki w "Quake'a", "Half-Life'a" czy innej pozycji z gatunku first-person shooter. Różnica polega na tym, że mamy tu do czynienia nie z wyczarowanym z zer i jedynek światem, tylko z namacalną, twardą rzeczywistością; rzeczywistością, z którą twórcy musieli nieustannie zmagać się na planie.

Reklama

Film imponuje inscenizacyjną precyzją, szczególnie pod koniec, kiedy na ekranie pojawia się coraz więcej wrogów, ukrywających się gdzieś na granicy pola widzenia lub nadciągających w bitewnym szale. Imponuje też kaskaderskimi popisami anonimowego odtwórcy głównej roli, który nieustannie gdzieś biegnie i z kimś walczy.

"Hardcore Henry" nie jest jedynie rzemieślniczym popisem. To film napędzany rozbuchaną, kampową wyobraźnią, dla której główną inspirację stanowią b-klasowe klasyki sprzed kilku dekad. Film, który we wczesnych, rebelianckich etapach swojej działalności mogliby nakręcić Robert Rodriguez i Peter Jackson. Stopień brutalności jest tu tak wysoki, że bardzo szybko obrzydzenie ustępuje miejsca śmiechowi - wystarczy wspomnieć, że w jednej scenie za broń służy wyrwany z czaszki nerw wzrokowy. Inne źródło humoru stanowi postać przewodnika Henry'ego, który co chwilę ginie, aby potem z długo niewyjaśnionych przyczyn powrócić do życia, prawie za każdym razem w innym przebraniu: nerda w swetrze, upalonego hipisa lub ubranego we frak miłośnika musicali. Grany przez Sharlta Copleya, jest twarzą tego filmu - wyszczerzonym i hiperaktywnym Szalonym Kapelusznikiem.

Fabuła "Hardcore Henry'ego" staje się z czasem zaskakująco mroczna. Chociaż finałowy twist nie jest szczególnie oryginalny, to nie odbiera to mu wcale siły. Nagle postać Henry'ego, będącego przez większość seansu maszyną do zabijania, nabiera tragicznego rysu. W tej krótkiej chwili można zidentyfikować się z bohaterem w niespotykany w większości filmów sposób - nie tylko spojrzeć na świat jego oczami, ale i naprawdę poczuć jego gniew.

7,5/10

"Hardcore Henry", reż. Ilya Naishulle, USA, Rosja 2016, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 8 kwietnia 2016 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Hardcore Henry

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje