"Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda"​ [recenzja]: W poszukiwaniu magii

Kadr z filmu "Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda"​ /materiały prasowe

Niestety. "Fantastyczne zwierzęta" okazały się dla "Harry’ego Pottera" tym, czym "Hobbit" Petera Jacksona dla "Władcy Pierścieni" - odciętym kuponem, który tak próbował dorównać oryginałowi, aż przerodził się w jego karykaturę. "Zbrodnie Grindelwalda" to prawdopodobnie najsłabszy epizod w magicznym uniwersum J.K. Rowling. Równocześnie to dokładnie takie widowisko, jakie zapowiadały zwiastuny: głośne, efektowne, do bólu sentymentalne. Szukającym rozrywki wystarczy. Szukającym magii raczej nie.

Akcja "Zbrodni Grindelwalda" rozpoczyna się kilka miesięcy po wydarzeniach z pierwszych "Fantastycznych zwierząt". Ujęty w Stanach Zjednoczonych czarnoksiężnik Geralt Grindelwald (Johnny Depp), wydostaje się na wolność podczas transportu do Anglii. O pomoc w schwytaniu przestępcy, zdobywającego coraz liczniejszych popleczników wśród czarodziejów, zostaje poproszony Newt Scamander (Eddie Redmayne), który już raz przyczynił się do powstrzymania Grindelwalda.

Newt, wspierany przez Albusa Dumbledora (Jude Law) w towarzystwie przyjaciela-mugola, Jacoba (Dan Foglera), trafia do Paryża, gdzie ma ukrywać się czarnoksiężnik. Wkrótce na jaw wychodzi, że Grindelwald przybył do Francji w poszukiwaniu Credence'a Barebone'a (Ezra Miller) - osieroconego chłopca, który jako jedyny ma moc potrzebną, by pokonać samego Dumbledore'a. Newt i Jacob są zmuszeni odnaleźć Credence'a nim zrobi to Grindelwald...

Reklama

W wyścigu wspierają ich nie tylko wszystkie fantastyczne zwierzęta, które oglądaliśmy w pierwszej części, ale także Tina (Katherina Waterston) i Queenie (Alison Sudol) - obiekty westchnień obu panów. Obok znanych postaci nie brak jednak także i nowych - jak Leta Lastrange (Zoe Kravitz), dawna miłość Newta. Powiększeniu uległa zarówno (i tak imponująca już) obsada, jak i szeregi magicznych podopiecznych Scamandera. Na ekranie natomiast roi się od wyszukanych zaklęć, zaczarowanych miejsc i efektownych sztuczek. Wszystkiego tyle, że... traci całą swoją magię.

Definitywnie największym problemem "Zbrodni Grindelwalda" jest przesyt. Nadmiar wątków, postaci i zdarzeń owocuje nie tylko brakiem logiki, ale przede wszystkim fabularnym chaosem. Na pewnym etapie już trudno połapać się kto jest spokrewniony z kim, a kto do kogo się zaleca - relacje między bohaterami wymykają się spod kontroli niczym w brazylijskiej telenoweli. W międzyczasie twórcy chcą złapać za ogon tak wiele srok, że w końcu wszystkie uciekają im z klatki. Żaden z wątków nie jest w pełni satysfakcjonujący, żadna z nowych postaci odpowiednio ciekawa, żadna z efektownych sekwencji wystarczająco emocjonująca. Wreszcie na ekran wkrada się monotonia - kolejne sceny obserwujemy z narastającą obojętnością. Tej aury nie są w stanie przezwyciężyć nawet sentymentalne nawiązania skierowane do fanów czy nowe magiczne miejsca wykreowane przy pomocy komputera. Od czasu do czasu senną atmosferę przerywa jedynie zgrabny dowcip lub odpowiednio intensywny wybuch.

Oczywiście, "Zbrodnie Grindelwalda" to wciąż kino zrealizowane na niezłym hollywoodzkim poziomie. Począwszy od efektów specjalnych, przez scenografię i kostiumy, aż po występy aktorskie - obyło się bez większych potknięć. Nawet Johnny Depp, choć gra postać groteskowo złą, nie irytuje tak, jak choćby w "Piratach z Karaibów". Najwięcej ciepłych skojarzeń budzą natomiast powracające gwiazdy "jedynki" - od błaznującego Dana Foglera, przez charyzmatyczną Katherine Waterston, aż po naturalnego Eddiego Redmayne'a. Kilka fabularnych pomysłów J.K. Rowling także budzi uznanie - choćby zgrabnie poprowadzony wątek romansowy między Newtem, a Tiną. Najbardziej w nowym filmie Davida Yatesa imponuje jednak finał: mroczny, gorzki, prawdziwie "potterowski". Gdyby całe dzieło wyglądało w ten sposób, nikt nie kręciłby nosem.

Twórcy od początku prezentują "Zbrodnie Grindelwalda" jako swego rodzaju półprodukt, porównywalny nieco z pierwszą częścią "Insygniów śmierci". Po seansie trudno oprzeć się wrażeniu, że to jedynie wprowadzenie do zapowiadającej się lepiej kulminacji trylogii. Być może po seansie "trójki" okaże się, że zarzuty stawiane "Zbrodniom Grindelwalda" nie mają racji bytu, a jako całość mamy do czynienia ze spełnionym dziełem. Na razie jednak kondycja pisarska J.K. Rowling budzi poważne wątpliwości i rodzi niewygodne pytania. Jak Rowling wybrnie z punktu, do którego sama się zaprowadziła? Co właściwie chciała "Zbrodniami Grindelwalda" przekazać? I gdzie podziała się magia?

5,5/10

"Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda" (Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald), reż. David Yates, USA 2018, dystrybutor: Warner Bros., premiera kinowa: 16 listopada 2018 roku. 


INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy