Reklama

"Zabójczy numer": O PRODUKCJI

Pomysł na „Zabójczy numer” zrodził się w głowie scenarzysty, Jasona Smilovica, w 1997 roku, jako historia „niezwykle pechowego faceta” i ewoluował przez lata w błyskotliwy, mroczny, thriller z zaskakującym splotem akcji i wyraziście nakreślonymi postaciami. Tyler Mitchell, jeden z producentów Film Engine, opowiada historię scenariusza – „Robby Kravis uznał scenariusz za oryginalny i przedstawił go naszej firmie. Tekst był niewiarygodnie wręcz dobrze napisany, dynamiczny. Smilovic ma wyjątkowo lekkie pióro, buduje bardzo bogate postacie, a jednocześnie miesza gatunki w sposób, jakiego dotąd nie widziałem.”

Reklama

Film Engine, firma produkcyjna utworzona przez młodych producentów, którzy są bliskimi przyjaciółmi (wśród nich gwiazda „Zabójczego numeru” – Josh Hartnett), zanieśli scenariusz zwierzchnikom Ascendant Pictures – Chrisowi Robertsowi, Christopherowi Ebertsowi i Kii Jamowi. Eberts komentuje scenariusz: „Cała firma zebrała się w poniedziałkowy poranek, omawiając scenariusz. Wiedzieliśmy, że ten materiał przyciągnie mocną obsadę aktorską, więc szybko zaczęliśmy rozmawiać o szczegółach produkcji.”

Szkocki reżyser, Paul McGuigan, także zainteresował się scenariuszem i zgodził się go wyreżyserować. Wcześniej współpracował już z Joshem Hartnettem w trakcie kręcenia przyjętego entuzjastycznie filmu McGuigana „Apartament”. Producent, Tyler Mitchell, wiedział, że McGuigan to idealny reżyser do „Zabójczego numeru”. „Kiedy zobaczyłem jego film „Gangster numer jeden”, po dziesięciu minutach zadzwoniłem do Jasona Smilovica i powiedziałem mu, że znalazłem odpowiedniego faceta. Wysłałem mu taśmę. Następnego dnia Jason zadzwonił do mnie i powiedział: „Boże, tak, to ten facet, jest nieziemski.” Z Paulem pracowało się świetnie. Czyni ze scenariuszem niesamowite rzeczy – wynosi go na wyżyny dzięki swoim niesamowitym wizjom. Pozwala też aktorom na sporą swobodę. Wiele razy sceny okazywały się lepsze, niż wyglądało to na papierze, bo pozwalał aktorom na swobodną interpretację.”

Zdjęcia do „Zabójczy numer” rozpoczęły się w Montrealu w styczniu 2005 roku. W marcu kręcone były ujęcia na zewnątrz, w Nowym Jorku. W czerwcu filmowano także przez tydzień w Toronto.

Josh Hartnett pasował do tytułowej roli Slevina, bo postać tę opisano jako: „bezpretensjonalnego, zabawnego faceta, którego każdy mógłby już spisać na straty”. Producent, Tyler Mitchell, opisuje wybór Hartnetta do roli: „Kiedy decydowaliśmy o doborze aktora do głównej roli, chcieliśmy takiego, który jest bardzo charyzmatyczny i jednocześnie swobodny, tak, żeby łatwo było uwierzyć, że pobiegł za króliczkiem do tej jamy gangsterskiego świata i stał się tam piłeczką odbijaną między gangsterami, aż w końcu całkiem się przeobraził... Po filmie „O”, który Josh nakręcił w naszej wytwórni, wiedziałem, że on ma w sobie tę ciemną stronę. Że jest idealnym facetem do roli Slevina.”

Scenarzysta, Jason Smilovic przyznaje, że kluczowa rola - Rabina, napisana została konkretnie z myślą o Benie Kingsley’u. Scenarzysta, który towarzyszył Kingsley’owi w pierwszym dniu filmowania, zauważył: „Jego talent przekracza moje najśmielsze wyobrażenia. Aż wbiło mnie w ziemię, kiedy zobaczyłem, jak nadaje postaci życie. To było wspaniałe uderzenie, bo pamiętałem, jak pisałem tę rolę i wyobrażałem ją sobie. Aż tu osiem lat później on ją gra. I to jak gra! To było najbardziej nostalgiczne przeżycie w moim życiu.”

Kingsley opowiada, o wrażeniach, kiedy czytał scenariusz: „Uznałem, że jest bardzo zabawny. Był wyrafinowany i doszedłem do wniosku, że to film, jaki mój szesnastoletni syn chętnie by obejrzał, bo zaintrygował go labirynt sytuacji, na jakie się tam natrafia. Kiedy widzowie są tak zachęceni już samym scenariuszem, z pewnością wyjdą z kina pobudzeni intelektualnie. Ten scenariusz ma wspaniały rytm, widz musi być otwarty na jego ekscentryczność i pokrętność wyobraźni, tak w warstwie języka, jak i obrazu.” Co najbardziej przypadło mu do gustu w jego postaci Rabina? „To, jak on mobilizuje swój język. To nie jest jakaś kombinacja gangstera i rabina, ale to kombinacja kreatywnej inteligencji z destrukcyjnym działaniem.”

Kiedy Lucy Liu przyjęła rolę Lindsey, twórcy filmu szybko nadali postaci cechy osobowości aktorki. Chris Roberts z Ascendant mówi: „Specjalnie dla niej zmodyfikowaliśmy rolę. Ona ma tyle energii. Uczyniła Lindsey taką rozgadaną, ale i bardziej dojrzałą postacią.” Smilovic opowiada: „Kiedy Lucy przyjęła rolę, wydało mi się bardzo jasne, czego ta postać potrzebuje. Ona ma bardzo wyraziste cechy. Uznałem, że jej postać musi to odzwierciedlać. Naprawdę tworzy to specyficzną dynamikę między nią a Slevinem, jak między Rosalind Russel a Carym Grantem (w filmie „Jego dziewczyna” z 1940 roku). Hartnett przyznaje, że jego partnerka filmowa wprowadziła tam coś niezwykłego: „Lucy to dziewczyna pełna życia. Jest jak piorun kulisty talentów i dużo w niej z ekranowej Lindsey. Jest idealna do tej roli.”

Liu doskonale się bawiła grając Lindsey. „ Lindsey jest koronerem” - mówi Liu - „więc ma ten specyficzny analityczny umysł i układa historię tak, jak wydaje się jej, że to wyglądało. Chyba jest bardzo ciekawska i nie ucieka przed tym. To ją jeszcze bardziej pociąga. Nie jest pustą dziewczyną. Ale uwielbia włazić w czyjąś przeszłość i czyjeś osobiste życie.” O swoich doświadczeniach podczas kręcenia filmu, Liu opowiada: „Jestem bardzo wdzięczna, że mogłam być częścią tak wspaniałej obsady. Każdy chciał zagrać w tym filmie z powodu scenariusza i ze względu na Paula. Paul kręci wszystko w pojedynczych ujęciach, pozwala by w jednym ujęciu poszły 4 strony scenariusza, kamera rusza, a ty eksperymentujesz. To pozwala się czuć bardzo dobrze. Bo z takim zamierzeniem przychodzisz na plan - żeby grać. Czułam się, jakbym wróciła do Nowego Jorku na deski teatru.”

Chris Roberts opowiada, że twórcy filmu aż nie mogli uwierzyć, jak wszystko im się szczęśliwie układa, kiedy na osiem tygodni przed rozpoczęciem zdjęć, dwóch ostatnich aktorów wybranych do najważniejszych ról, przyjęło te role. Byli to Bruce Willis i Morgan Freeman. „ Kiedy dostaliśmy scenariusz, uznaliśmy, że jest tam wiele wspaniałych ról i mnóstwo doskonałych dialogów, co daje możliwość niesamowitych interakcji między aktorami. Ale to aż trudne do wyobrażenia. Kiedy Morgan i Bruce przyjęli role, szalenie nas to zaskoczyło. Wszyscy aktorzy razem utworzyli wymarzoną obsadę.”

Bruce Willis wcielił się w rolę Goodkata z łatwością, która zaimponowała jego filmowym partnerom. Hartnett mówi o tej postaci: „Goodkat to facet, którego sprowadza się, kiedy sprawy mają się naprawdę kiepsko, a on się nimi zajmuje. On nie ma żadnych wątpliwości, kiedy ma zrobić coś, co większość ludzi uznałaby za moralnie problematyczne. Przez to jest przerażający. Bruce był świetny. Bardzo łatwo się z nim pracowało, a do tego doskonale bawiło.” Morgan Freeman ujął to tak: „Bruce i ja tak samo cieszymy się pracą – to widać bardzo wyraźnie. Na planie jest szalenie podekscytowany, ale kiedy pracuje, nadaje postaci tę niesamowitą intensywność. To mi się w nim podoba. Wprowadza ten element zagrożenia. Jest wiarygodny, kiedy ogląda się go zabijającego ludzi. Chodzi mi o to, że wierzy się w to, że mógłby to zrobić.”

Morgan Freeman opisał swoje zainteresowanie projektem i swoją rolę Bossa: „Granie złego faceta jest zawsze bardziej zabawne, ale potem patrzysz na resztę obsady. Gra Bruce i Ben Kingsley, i Josh Hartnett... Najbardziej przyjemne jest występowanie z kolegami po fachu, których się bardzo ceni. Ale przyjmuję rolę zawsze dlatego, że uważam scenariusz za interesujący. Ten scenariusz jest zawikłany, ale bardzo ciekawy. Kolejną ciekawą sprawą, kiedy jest się w tym biznesie, jest możliwość współpracy z gwiazdami. Widzisz czyjeś dokonania (jak Bena Kingsley’a), a potem masz szansę z nim pracować. Jak można tego nie docenić? Jak się tu trafiło?”

Jedną z najciekawszych scen filmu jest pojedynek siły między Freemanem a Kingsleyem. Długo oczekiwana konfrontacja Rabina i Bossa, w której obaj przywiązani są do krzesła. Roberts opowiada: „Przeszły mnie dreszcze, kiedy myślałem o tej scenie. Dwóch nagradzanych Oskarami aktorów, dwóch najdoskonalszych aktorów dzisiejszego kina, razem na ekranie po raz pierwszy. W dziewięciominutowej scenie, w której żaden z nich nie mógł nawet mrugnąć. To była jedna z najlepszych scen, jaką od dawna widziałem w kinie. Autor rozpisał ją tak, żeby obaj byli związani. Obaj mogą grać ciałem jedynie powyżej szyi.”

Smilovic wyjaśnia zawikłaną historię tych dwóch postaci. „Ci dwaj faceci byli najlepszymi przyjaciółmi, partnerami, którzy kiedyś pracowali razem, aż popadli w potężny konflikt. W efekcie tego obaj zamknęli się w odizolowanych wieżach, by skryć się tam, póki drugi z nich nie zginie. Ale 20 lat później ci dwaj nadal tkwią w swoich zamknięciach. Dosłownie. Freeman mówi: „Wzajemnie trzymają się w szachu, mają na swoim punkcie paranoję. Kiedy tylko jeden z nich wytknie czubek nosa, snajperzy drugiego już na niego czekają. Taka gra toczyła się miedzy nimi przez lata.”

Wyraźnym efektem tych przepychanek Rabina i Bossa, są ich fortece, które są jakby lustrzanymi odbiciami. Smilovica zainspirowały dwa budynki, które zobaczył w Abingdon Square, kiedy mieszkał w Nowym Jorku. Opowiada o tym: „Można było długo się przyglądać tym dwóm, bardzo ładnym budynkom, które stały rozdzielone jedynie ulicą. Te kamieniczki same w sobie miały dla mnie jakiś charakter, dlatego zacząłem myśleć, jak ciekawie byłoby, gdyby Boss i Rabin mieszkali w takich domach. Znacie takie budynki - z solidnymi fasadami, za którymi toczy się całe tajemne życie. A domy są tylko ich neutralnymi przykryciami.”

Fasady obu budynków, to tak naprawdę jeden budynek wypatrzony w Nowym Jorku. W jednym niesamowitym ujęciu, kamera przesuwa się o 180 stopni, od Bossa stojącego w jego oknie, do Rabina, w oknie po przeciwnej stronie. Szef efektów specjalnych, Eric Robertson, pomógł McGuiganowi stworzyć tę iluzję z całą masą szczegółów. Najpierw zbliżenia Freemana i Kingsley’a nakręcone zostały w różne dni na tym samym planie zdjęciowym w Montrealu, który jednak zmodyfikowany został tak, by wyglądać na dwa różne wnętrza. Ze zbliżenia Freemana niepostrzeżenie ujęcie „przesiewa się” w widok zewnętrzny budynku Bossa, po czym przesuwa się po nowojorskim horyzoncie, przechodzi w widok domu Rabina z zewnątrz, by ostatecznie pokazać zbliżenie Kingsley’a, dopełniając 180-stopniową wycieczkę.

Robertson mówi: „Nie zbudowaliśmy całej fasady budynku, dlatego dzięki grafice komputerowej rozciągnęliśmy ją wzdłuż i wszerz. Paul chciał, żebyśmy stworzyli nowojorski horyzont w sposób nadrealistyczny, dlatego musieliśmy sfilmować go przy pomocy bardzo dużych kamer. Chcielibyśmy, żeby nasza praca była niedostrzegalna, ma wspierać fabułę. Kiedy ludzie idą do kina i mówią, że nie widzą żadnych efektów specjalnych, dla nas jest to najlepszym komplementem.”

Scenograf, Francois Seguin, pomógł wyeksponować wyrafinowany styl wizualny McGuigana, dzięki wystrojowi nieco w stylu retro, z lat siedemdziesiątych. Żeby zaoszczędzić na kosztach tworzenia dwóch oddzielnych wnętrz – domu Bossa i Rabina (które są identycznymi budynkami), sceny z Morganem Freemanem kręcone były najpierw, potem sfilmowana została niesamowita konfrontacja Bossa i Rabina, a na końcu Seguin ze swoją ekipą całkowicie zmienili dekoracje wnętrza i przekształcili je w dom Rabina. Seguin używał stylowych tapet, połyskujących elementów, obić z ciemnego drewna, wygładzonego szkła i luster, żeby wprowadzić widza do zamkniętego, wewnętrznego świata tych postaci. Wnętrza są współczesne, ale jednocześnie niezbyt określające konkretny czas.

McGuigan zdobył podziw zebranej przez siebie, utalentowanej ekipy aktorskiej, podczas kręcenia filmu. Morgan Freeman opowiada: „Lubię reżyserów, którzy są pewni siebie, ale można się z nimi porozumieć. Paul wie co robi, a jego poczucie humoru jest bez zarzutu, co jest w nim drugą najlepszą rzeczą.” Sir Ben Kingsley mówi: „Uważam, że jest bardzo ludzki. Ma intuicyjnie zakodowany zestaw możliwych ludzkich zachowań i jak mogą się zmieniać. Bardzo go lubię.” Scenarzysta, Jason Smilovic, opowiada: „Ma tak wiele wizji. Potrafi opowiedzieć historię zarówno przy pomocy języka, jak i obrazów, jak nikt inny. Jest jednym z moich ulubionych reżyserów, bo potrafi znaleźć tę odpowiednią proporcję między stylem a treścią. Jego obrazy zapierają dech w piersiach, ale jednocześnie treściwie opowiada historię.”

Hartnett zdaje się najlepiej ujmować odczucia całego zespołu aktorów, kiedy mówi: „Nigdy nie grałem w filmie, w którym każdy aktor jest tak utalentowany. Gdzie można się nauczyć ich sztuki, tylko ich obserwując. Sir Ben, jest jakby na zupełnie innym poziomie gry, tak, że wszyscy pozostali staliśmy nieco z boku i byliśmy nim zachwyceni. Zawsze zwraca uwagę na słowa, żeby znaleźć w tekście coś nowego, co mogłoby pokazać postać w jeszcze ciekawszy sposób. Morgan to bardzo sympatyczny człowiek i bardzo oddany swojej pracy, i rozumiejący doskonale, na czym polega interes filmowy – skoro tu jesteśmy, to grajmy. Paul przychodził do niego ze wskazówkami reżyserskimi, a Morgan bardzo szybko mu odpowiadał, kiedy się z czymś nie zgadzał, ale robił to w bardzo łagodny sposób. Morgan chyba zwyczajnie lubi ten proces. Znalezienie się z nimi w jednym pomieszczeniu i obserwowanie ich pracy, było niesamowite. Tak, jak miło było powygłupiać się z Lucy, pożartować z Brucem i Stanley’em Tuccim. Cały obsada aktorska była niesamowita.”

Smilovic mówi: „Wyobrażam sobie, że publiczność wejdzie w pozycję Slevina, faceta, który niechcący staje się uczestnikiem tego niesamowitego eksperymentu świata podziemnego. Chciałbym, żeby widzowie czuli taką samą bezradność, paranoję i widzieli faceta, który mimo tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje, pozostaje niesamowicie spokojny i zabawny. Każdy musi toczyć taką samą walkę, ale to nasza reakcja na nią jest ciekawa. Stając oko w oko z wielkim niebezpieczeństwem, czasem trzeba się zwyczajnie uśmiechnąć, opowiedzieć kawał, a czasem dać sobie złamać nos.”

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Zabójczy numer
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy