"W.": SPOTKANIE Z TONYM BLAIREM

W trakcie trwania filmu, W. odbywa decydujące i pouczające spotkanie z premierem Wielkiej Brytanii Tonym Blairem, granym przez Ioana Gruffudda. Mimo, że jego udział w filmie jest dosyć krótki, twierdzi, że obsada i ekipa pozwoliły czuć mu się "częścią rodziny". Jego zdaniem, ten duch współdziałania w drużynie jest zasługą dokładnych prób przeprowadzanych przez Stone'a.

Reklama

"Tym, co jest najlepsze w sposobie pracy Olivera jest przeprowadzanie wielu prób przed głównymi zdjęciami, co nam pozwala z góry poznać wszystkich aktorów. Jeżeli cokolwiek cię łączy z kimś z planu poza kamerami, to wychodzi przed kamerami. Miałem szczęście w tym, że spotykałem się towarzysko z Joshem, a z Thandie i Elizabeth znałem się od wielu lat. Oczywiście na próbach poznajecie się bliżej, można porozmawiać w jaki sposób ktoś zamierza zagrać daną scenę. Pozwala to na zwalczenie ewentualnego stresu, jaki może ci się przydarzyć. Takie dyskusje zawsze są przeprowadzane wcześniej, tak więc kiedy przychodzi do zdjęć, kręcone są tylko zdjęcia. Wszyscy mieliśmy już charakteryzację. Ogromną przyjemność sprawia oglądanie kogoś zmieniającego się w inną osobę. Pierwszy raz, kiedy usłyszałem Josha, to było niesamowite - mój Boże, co to za niesamowita transformacja. Tak samo to wyglądało z Thandie i Elizabeth. Ich praca dała mi ogromną pewność siebie i wiarę w poprawność interpretacji postaci Tony'ego Blaira" mówi Gruffudd.

Stone słynny jest ze swojego niepowtarzalnego sposobu reżyserowania - jest po części trenerem, po części sierżantem musztry, po część psychologiem, nauczycielem I artystą. Wszystkie te części składowe połączyły się w jedną przy realizacji "W."

"Im jesteś starszy, tym szybciej zdajesz sobie sprawę, kiedy nudzą cię obowiązki, konwencje, proste odpowiedzi, hagiografie, zwyczajni podejrzani. Dlatego też, chodzę wokół planu, jeżeli dana scena mnie nudzi i chcę jej większego pogłębienia. Bądź zadania kolejnego pytania. Lub też sprowokowania czegoś u aktorów albo w publiczności, a nawet u siebie samego, ponieważ nudne jest kręcenie filmu, jeżeli wszystko wcześniej już zdecydowane. Dlatego też podczas produkcji filmu, jego istotą było zadawanie pytań o prezydenturę, dla wniknięcia głębiej w to, co się wydarzyło i kim naprawdę jest ten człowiek. Jak to się stało, że został takim nieprawdopodobnym prezydentem - to samo w sobie stanowi niesamowitą opowieść" podsumowuje Stone.

"W." był kręcony w Shreveport, w stanie Luizjana przez dziewięć wiosennych tygodni 2008 roku, korzystając ze stanowych ulg podatkowych i różnorodnych lokalizacji. Szef scenografii Derek Hill był odpowiedzialny za przekształcenie lokalizacji w Shreveport w takie odmienne miejsca jak Yale, Biały Dom oraz ranczo Bushów w Crawford w Teksasie, korzystając z bardzo krótkiego, dziesięciotygodniowego okienka przed rozpoczęciem produkcji.

Pomimo tych odmiennych lokalizacji w Luizjanie, Hill dążył do tego, żeby uczynić film tak autentycznym, jak to jest możliwe. "Pracując z Oliverem, zawsze staramy się dokładnie odtworzyć rzeczywistość, ponieważ wydarzenia, które opisujemy, są bardzo dobrze udokumentowane. Sprawdziłem każdy szczegół scenariusza, a jeżeli znalazłem jakikolwiek błąd mówiłem o tym Oliverowi. Naszym celem było dokładne zaprojektowanie planu zdjęciowego, żeby umożliwić swobodny rozwój akcji zgodnie ze scenariuszem. Niezależnie od tego, jaki mamy zadanie, praca przy filmie Olivera Stone'a, zawsze czyni cię mądrzejszym. Kiedy kończysz, wiesz o wiele więcej, niż wtedy, kiedy zaczynasz" mówi Hill.

Hill oraz jego zespół przejrzeli strony internetowe, książki, dokumenty, zdjęcia z Getty Images i Corbis, wykonali nawet swoje własne zdjęcia lotnicze. Jednakże dla scen zaplanowanych w Teksasie, Hill polegał również na swoim przyzwyczajeniu.

"Kiedy Oliver zaproponował mi pracę przy filmie, drażnił się ze mną i powiedział coś w tym stylu: Wiesz, jesteś doskonały na swoim terenie. Znam cię 20 lat i wiem, że będziesz doskonale wiedział co zrobić z tym filmem. Jednakże zawsze chcesz być tak dokładny, jak to jest możliwe, mimo że jeździłem przez Midland, nigdy nie zatrzymywałem się i nie przyglądałem przedmiotowi naszego filmu" wyjaśnia Hill. "Dlatego też pojechałem tam, żeby się upewnić, że nasze domy są w porządku, krajobrazy są w porządku i detale też są w porządku. Pojechałem aż do Austin, znam Austin bardzo dobrze i wiem, że siedziba Gubernatora Teksasu jest bardzo charakterystyczna. Nie mieliśmy u siebie w tle Commerce Street (głównej arterii), która schodzi w dół Austin, jednakże doskonale wiedzieliśmy, czego potrzebujemy dla naszego show i odtworzyliśmy to".

Jednym z miejsc, w którym przewidziano wiele kluczowych scen, był Pokój Sytuacyjny w Białym Domu.

"Wiele ważnych scen ma miejsce w Pokoju Sytuacyjnym, dlatego też staraliśmy się go zaprojektować tak dokładnie, jak to było możliwe, jednakże musieliśmy też wykonać go w taki sposób, żeby zapewnić reżyserowi swobodę kręcenia i jednocześnie zapewnić mu wszystko, co chciał. Umieszczenie wszystkich kamer, ekipy, oświetlenia i wyposażenia było naprawdę trudne. Nie chcieliśmy ciągle przestawiać ścian, tak więc pracowaliśmy pod takim kątem, pod jakim Stone chciał kręcić zdjęcia. Zaprojektowaliśmy stół przy którym ludzie Busha siedzieli podczas spotkań, w taki sposób, żeby można było go swobodnie rozkładać i umożliwić Oliverowi kręcenie zdjęć przy jego poszczególnych częściach" mówi Hill.

Jedna z kluczowych scen w Pokoju Sytuacyjnym wymagała skorzystania z elektronicznej mapy, którą niektórzy członkowie administracji Busha wykorzystali do promocji Nowego Porządku Świata (New World Order). Hill wraz z szefem oświetleniowców Davidem Lee zbudowali owalne światła nad tablicą w Pokoju Sytuacyjnym. Jak wyjaśnia Hill, "Mieliśmy nad tym kontrolę dzięki tablicy z przełącznikami, dzięki której światła zapalały się i gasły podczas sceny. Sama mapa została stworzona przy wykorzystaniu przedniej i tylnej projekcji".

Ponieważ akcja filmu rozciągnięta jest na wiele lat - od szkolnych dni George'a W. Busha do czasów jego prezydentury - i dotyczy tak wielu osób, ekipy zajmujące się kostiumami, fryzurami i charakteryzacją miały przed sobą bardzo poważne zadania. Michael Dennison, odpowiedzialny za kostiumy, zauważa, że podobnie, jak szefowie innych ekip skrupulatnie zapoznał się z realiami przed rozpoczęciem zdjęć, jednakże właściwe wykorzystanie kostiumów miało zawsze na celu pomoc w opowiadaniu historii przez Stone'a.

"W trakcie filmu, kilka postaci miało siedem czy osiem zestawów kostiumów, co stanowi całkiem wystarczającą liczbę ubrań" mówi Dennison. "Niektórzy mieli 18-21 zestawów. Większość z nich należała do rodziny Bushów. Większość z członków gabinetu Busha miała mieć wygląd charakterystyczny dla Białego Domu, mieliśmy jednak sporo radości z tego. Nie powielaliśmy historii. Nasze kostiumy były reprezentatywne, może nie do końca właściwe. Były swojego rodzaju interpretacją".

Taka sama mantra miała zastosowanie w przypadku charakteryzacji. Stone naciskał, żeby aktorzy nie wyglądali tak samo, jak odtwarzane postacie, tylko czuli się tak samo, jak one. To oznaczało wykorzystanie różnego rodzaju peruk oraz środków do charakteryzacji - Brolin, dla przykładu nosił kilka protez - ale nie dla potrzeb całkowitego upodobnienia się do swojego bohatera. Jak wyjaśnia Trevor Proud, szef charakteryzatorów, "Naszym zadaniem było wykonanie wiarygodnych, ale nie śmiesznych postaci. Co do Josha to chcieliśmy, żeby zmiany były bardzo małe. W stosunku do postaci, która jest doskonale znana i pojawia się w prawie każdej scenie, zmiany muszą mieć subtelny i delikatny charakter, żeby publiczność dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że coś się zmieniło, ale generalnie zaakceptowała go jako George'a W. Busha, a nie po prostu Josha Brolina grającego George'a W. Busha".

Ostatecznie Stone ma nadzieję, że publiczność będzie zaintrygowana opowieścią o tym, w jaki sposób syn marnotrawny z rodziny Bushów przezwyciężył błędy młodości i został jednym z najpotężniejszych oraz dobrze czy źle, najbardziej wpływowych Prezydentów Stanów Zjednoczonych, a także w jaki sposób jego wcześniejsze życie wpłynęło na jego rządy. Stone zaznacza, że nie jest to akt oskarżenia czy uprawomocnienie rządów Busha; sam dramat, jak twierdzi, nie podlega osądowi.

"Nie chcieliśmy poniżać lub ranić tego człowieka" deklaruje Stone "To nie jest właściwa motywacja dla mnie do reżyserowania. Za dużo czasu jest temu poświęcone. Kto potrzebuje negatywnego nastawienia. Pozwalamy temu człowiekowi mówić własnymi słowami. Przedstawiliśmy jego punkt widzenia na wojnę w Iraku jako składnik tego, kim jest, jego osobistej historii. Mam nadzieję, że kiedy wyjdziesz z kina, zastanowisz się: Rozumiem tego gościa. Mogę się z nim nie zgodzić lub nie akceptować skutków, ale rozumiem. I to jest właśnie dramat. Nie mogę powiedzieć, że lubię Edypa, kiedy wychodzę z Edypa, nie mogę powiedzieć, że lubię Agamemnona, nie mogę powiedzieć, że lubię wielu greckich herosów. Niektórzy z nich są prawdziwymi dupkami. Jednakże oglądasz ich, podążasz za ich życiem. To jest dramat. To jest łatwiejsze i bardziej możliwe do przełknięcia, kiedy masz bohatera, z którym sympatyzujesz - szefowie studiów kochają to słowo. Jednakże to jest podstępna sytuacja: jeżeli sympatyzujemy ze wszystkimi, tworzymy sztuczny system wartości. O wiele bardziej interesujące i prawdziwe jest to, kiedy starasz się wczuć się w kogoś, zrozumieć, ale nie zawsze zgadzać się z nim".

materiały dystrybutora

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje