"Toy Story 3": NOWE GŁOSY, DAWNA JAKOŚĆ

Rich Ross, przewodniczący Walt Disney Pictures, tak tłumaczył decyzję o nakręceniu trzeciej części filmu: - Pierwszy film z serii "Toy Story" jest naprawdę bezcenny. To była rzecz niezwykle nowatorska, nie tylko w dziedzinie technologii. Bohaterowie podbili serca milionów widzów w różnym wieku, na całym świecie, nie bez powodu. Wzbudzili przywiązanie - jak bohaterowie klasycznych utworów disnejowskich.

Udało się zdobyć oszałamiająco szeroką publiczność dla animacji. Warto przypomnieć, że na ekranie mogliśmy zobaczyć 76 animowanych postaci, film składał się z 1561 ujęć i był liderem amerykańskiego box office'u w 1995 roku. W USA zarobił 192 miliony dolarów, na całym świecie - 362 miliony. "Toy Story" zdobyło specjalnego Oscara oraz trzy nominacje. Wpisano go na listę 100 najwybitniejszych amerykańskich filmów sporządzoną przez American Film Institute. Anderson wspominała triumf po premierze filmu: - Steve Jobs powiedział, że to będzie nasza "Królewna Śnieżka". Miał rację. Pomyśleliśmy wtedy: czyż nie byłoby pięknie, gdyby nasz film stał się klasyką, częścią życia widzów i ich rodzin? Taka była nasza intencja i nasza misja. Staramy się ją nadal wypełniać i nie obniżać poziomu.

Reklama

"Toy Story 2" przekroczyło kolejną barierę - było pierwszą kontynuacją filmu animowanego, która osiągnęła większe wpływy kasowe niż oryginał. Zgodnie z tradycją Pixara, nad częścią trzecią pracowała niemalże ta sama ekipa, co nad poprzedniczkami. Urządzono także, tak jak w przypadku dwóch pierwszych produkcji, "burzę mózgów". Tak wspominała to Anderson: - Zebraliśmy się w małym domku zwanym Poet's Loft w Tomale's Bay w Marin County, gdzie zaczynaliśmy pracę nad pierwszą częścią filmu. Andrew przywiózł butelkę wina z logo "Toy Story", którą John sprezentował nam po premierze pierwszej części. Wznieśliśmy toast za Joe'go Ranfta, naszego zmarłego przyjaciela, który pracował przy pierwszym filmie jako koordynator prac nad scenariuszem. To był mistrz tworzenia prawdziwych i jednocześnie komicznych postaci, mistrz dziwacznego humoru. Bardzo nam jego i jego niepowtarzalnego talentu brakuje. Wszyscy biorący udział w spotkaniu uważnie obejrzeli dwa filmy cyklu.

Unkrich doznał wtedy ataku zwątpienia. - Zwłaszcza "Toy Story 2" okazało się bardzo dobre, ten film naprawdę wytrzymał próbę czasu. Zastanawiałem się, czy w ogóle można osiągnąć taki poziom - mówił. - Oczywiście naszym marzeniem i ambicją było stworzenie filmu, który cieszyłby się taką popularnością i uznaniem jak dwa poprzednie - dodawał. - W historii kina jest bardzo niewiele udanych kontynuacji, a jeśli myślę o trzecich filmach, to znajduję tylko przykład tolkienowskiego "Powrotu króla". A to przecież właściwie kolejny segment jednej, rozbudowanej opowieści. Gdy to zrozumiałem, doznałem rodzaju olśnienia: tak należy traktować "Toy Story"! Jako jedną opowieść. To był główny koncept, który z uznaniem podchwycił Lasseter i który stał się drogowskazem podczas dalszej pracy. "Burza mózgów" przyniosła dzięki temu pomysłowi dobre rezultaty.

Andrew Stanton wkrótce przedstawił zarys scenariusza. - Już drugiego dnia naszej sesji wpadliśmy na pomysł, by głównym tematem stało się dojrzewanie Andy'ego i wynikające z tego konsekwencje dla bohaterów, czyli zabawek. Wtedy też pojawiła się koncepcja zabawek w przedszkolu oraz pomysł, że Buzz zostanie przełączony na tryb demo. Po zapoznaniu się ze szkicem Stantona, Michael Arndt i ja wzięliśmy się na serio do roboty - opowiadał reżyser. Arndt to nie byle kto - zdobył Oscara za scenariusz do filmu "Mała Miss" ("Little Miss Sunshine"). Scenarzysta był zaskoczony i szczęśliwy, gdy otrzymał propozycję pracy od Pixara. - Jako widz jestem entuzjastą ich filmów. Najbardziej podobają mi się w nich dwie rzeczy: kompletność i intensywność ich scenariuszy - tu każdy szczegół jest doskonale przemyślany i na swoim miejscu. To doprawdy rzadkie. Po drugie, doskonale wyczuwa się w każdym ujęciu kamery, że ci ludzie po prostu kochają to, co robią - opowiadał.

Wszyscy pracujący nad scenariuszem zawarli w nim swe osobiste emocje i wspomnienia. - Na długo przedtem, zanim z moją żoną mieliśmy dzieci, przenosiliśmy się z Zachodniego Hollywood do Pasadeny - wspominał Unkrich. - Pakowaliśmy rzeczy, wynosiliśmy śmieci. Wyrzuciłem wtedy jedną wyjątkowo dużą torbę do kontenera na śmieci. Po paru tygodniach żona spytała mnie, co zrobiłem z jej różnymi zwierzątkami. Spytałem ją, w jakim były pudełku. Odpowiedziała, że były w dużej torbie na śmieci. Nie wiedziałem, jak jej powiedzieć, co się stało. Dotąd mi to pamięta. Dlatego lubię myśleć o tym momencie w "Toy Story 3", gdy mama wyrzuca zabawki Andy'ego do kosza. W pewnym sensie unieśmiertelniliśmy chwilę, gdy ja uczyniłem podobną rzecz z zabawkami żony. Cieszę się poniekąd, że to bolesne doświadczenie nie poszło na marne.

- Nic nie uchroni zabawek od trosk i poważnych zmartwień - tłumaczył Lasseter. - W pierwszej części Chudy martwił się, że zostanie wymieniony na inną, bardziej modną zabawkę. Z kolei w "Toy Story 2" nasi bohaterowie mają inny wielki problem - grozi im zniszczenie, a potem to, że nikt się nimi nie będzie bawił, bo są zbyt delikatne. Chudy staje przed wyborem: może pozostać perfekcyjny, ale też nie będzie kochany. W trzeciej części mamy do czynienia z dorastaniem, a raczej wyrastaniem. Jeśli zabawka zostanie zepsuta - można ją naprawić, jeśli się zgubi - może zostać odnaleziona, jeśli ktoś ją skradnie - jest szansa na jej odzyskanie. Ale nie ma szans na naprawienie czegokolwiek, jeśli dziecko z niej wyrosło, przestało być dzieckiem.

Takie ukształtowanie fabuły było zgodne z naszymi założeniami, żeby nie powtarzać tej samej opowieści. Przeciwnie - mieliśmy ten sam świat i tych samych bohaterów, ale kompletnie odmienne emocje. Nasze zabawki stały się dorosłe i stanęły przed dylematami charakterystycznymi dla dorosłych. Oczywiście chcieliśmy, by w tych emocjach odnalazła się nasza publiczność.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Toy Story 3

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje