Reklama

"Nie mów nikomu": HARLAN COBEN

Harlan Coben urodził się w 1963 roku. Mieszka w New Jersey razem ze swoją żoną i czwórką dzieci. Po ukończeniu nauk politycznych w Amhérst College, pracował w firmie turystycznej. W 1995 roku postanowił poświęcić się pisaniu kryminałów. Szybko zdobył popularność. Jako jedyny pisarz otrzymał trzy prestiżowe nagrody przyznawane w kategorii literatury policyjnej: Edgar Award, Shomus Award i Anthony Award. Jego powieści "Nie mów nikomu" (nagroda czytelniczek ELLE w 2003 roku), "Bez pożegnania", "Jedyna szansa" czy "Tylko jedno spojrzenie" uczyniły z niego mistrza intrygi. "Błękitna krew", "Krótka piłka", "Jeden fałszywy ruch" to inne tytuły godne polecenia.

Reklama

Czytając "Nie mów nikomu" jesteśmy zaskoczeni kinowym charakterem książki, czy zdawał pan sobie z tego sprawę, pracując nad powieścią?

Nie, zależało mi przede wszystkim na tym, aby była to historia miłosna połączona z thrillerem. Chciałem wzruszyć czytelnika, zostawić go bez tchu, tak aby nie mógł oderwać się od książki, bez względu na to gdzie będzie.

Jak to się stało, że po pańskich przykrych doświadczeniach przy produkcji amerykańskiej, zgodził się pan na propozycję Canet'a?

Gdy Guillaume zadzwonił do mnie, jego entuzjazm i pomysły podbiły moje serce. Zrozumiał doskonale, o co chodzi w "Nie mów nikomu" i pomyślałem, że jest idealną osobą, aby o tym opowiedzieć. Podobał mi się również jego pierwszy film długometrażowy "Mon Idole", w którym pokazał, co potrafi zrobić ze skromnej historii, za pomocą jeszcze mniejszego budżetu.

Czy łatwo zaakceptował pan zmiany, jakie wniósł reżyser?

"Nie mów nikomu" jest teraz w dwóch postaciach: moja książka i film Guillaume. To normalne, że się różnią: akcja książki rozgrywa się w Nowym Jorku, a film w Paryżu. Zmiany wprowadzone przez Guillauma były rewelacyjne. Jest wiele scen, które nie miałyby sensu, gdyby dosłownie interpretował książkę. Byłem wzruszony i zachwycony.

To niesamowite jak w filmie miłość przeplata się z zagadką i tajemnicą, czy to się panu podobało?

Ten film opowiada historię miłości absolutnej, takiej która zaczyna się

w dzieciństwie i której nie przerwie nawet śmierć. Bohater to człowiek dobry, ale zagubiony, poszukujący szczęścia. Guillaume to zrozumiał.

François Cluzet to wspaniały wybór aktora do roli głównej, czy miał pan okazję go poznać?

Nie, ale widziałem go w czasie zdjęć i pomyślałem sobie: jest świetny. Podziwiam jego sposób gry, poprzez swój minimalizm i dystans pozwala nam odczuć o wiele więcej. Kiedy otrzymuje tajemniczy e-mail od swojej żony, którą uważał za zmarłą i kiedy zaczyna wierzyć że ona ciągle żyje - na jego twarzy wspaniale maluje się nadzieja i desperacja zarazem.

Jakie wrażenie zrobił na Panu film?

Jestem mile zaskoczony. Gdy zapalono światła nie mogłem ruszyć się z miejsca. Mój świat został ożywiony.

Jaką atmosferę zastał pan na planie zdjęciowym?

Przede wszystkim, i to w pozytywnym znaczeniu tego słowa, Guillaume jest szalony. Nigdy się nie zatrzymuje, jest pełen energii. Pewnego razu spędziliśmy cały upalny dzień na dworcu Montparnasse, razem z nami 90 statystów - wszyscy byliśmy wykończeni, z wyjątkiem Guillauma, który biegał tam i z powrotem. Ekipa tworzyła jedną wielką rodzinę, a Alain Attal umiał nad tym zapanować. Byłem pod wrażeniem!

Czy jako pisarz, filmową adaptację swoich powieści postrzega pan jako uwieńczenie dzieła?

Jest to przyjemne, ale nie określiłbym tego jako uwieńczenie dzieła. Piszę powieści, chcę aby ludzie je czytali. Właściwie jest mi obojętne, czy doczekają się ekranizacji. Aczkolwiek mam nadzieję, że teraz "Nie mów nikomu" będzie bardziej znane. O to, co najbardziej mnie interesuje.

Jacy są pana ulubieni reżyserzy? Czy jest wśród nich Alfred Hitchcock?

Owszem, jest to jeden z moich ulubionych, co do tego nie ma wątpliwości. Lubię również Woody Allena. Uwielbiam historie, które wzruszają, chwytają za serce.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Nie mów nikomu
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy