"Kocha... Nie kocha!": LAETITIA COLOMBANI

(reżyseria i scenariusz)

Reklama

Ma 26 lat. Ukończyła Ecole Louis Lumiére na wydziale filmowym. W swoim dorobku ma dwa filmy krótkometrażowe Le Dernier Bip (1998) i Mémoire de Puce (1999), wyprodukowane przez Lazennec Tout Court. Laëtitia Colombani była również aktorką teatralną.

Skąd wziął się pomysł na Kocha… Nie kocha!?

Tematem mojej pracy magisterskiej w Ecole Louis Lumiére był motyw szaleństwa w kinie. Gdy zbierałam materiały, przychodziły mi do głowy różne pomysły fabularne, które postanowiłam notować. W pewnym momencie zgromadziło się ich dość dużo, a wtedy pomyślałam, ze warto na ich podstawie napisać scenariusz. Nie byłam zadowolona z pierwszego szkicu, dlatego przez prawie cztery lata nanosiłam kolejne poprawki. Chciałam, by scenariusz był idealny. Zależało mi, by moja historia była niebanalna, prawdziwa a jednocześnie opowiedziana jak najbardziej przejrzyście. Pokazałam scenariusz Charlesowi Gassotowi, który powiedział, że nad kilkoma rzeczami trzeba jeszcze popracować i umówił mnie z Caroline Thivel, która pomogła mi poprawić dialogi i konstrukcję postaci.

Twój film ma intrygująca strukturę…

Kocha… Nie kocha! jest wyraźnie podzielony na dwie części. Pierwsza jest poświęcona Angélique, druga przedstawia Loïca. Te dwie część, to dwa oddzielne światy, które jednak są bardzo mocno ze sobą połączone.

Początkowo część poświęcona Angélique była dość długa, a historia Loïca zajmowała o wiele mniej miejsca. Opowieść kończyła się króciutkim epilogiem. Potem stwierdziłam, że obie części powinny być równoważne - chciałam, by mój film miał wyraźną dwubiegunową strukturę.

Zwracałaś dużą uwagę na detale, kolory i kostiumy…

Chciałam, by otoczenie, w jakim żyje postać, było w naturalny sposób dopełnieniem charakteru postaci. Angélique hoduje pustynną roślinę pod kloszem. Taka roślina naprawdę nie istnieje, ale w filmie świetnie spełnia rolę znaku, wiele mówi na temat mojej bohaterki. Bardzo mi zależało, by kostiumy, światło i dekoracje tworzyły pewną całość, były w pełni zharmonizowane. Dlatego w żywiołowym świecie Angélique dominują ciepłe barwy czerwieni - u Loïca przeciwnie: chłodne błękity.

Sposób filmowania również podkreśla odmienność świata Angélique i Loïca.

Angélique jest dynamiczna i pełna energii - dlatego kamera stale się porusza. Używałam przede wszystkim długich obiektywów, które zamazują tło, koncentrując uwagę na bohaterce. Loïca filmowałam głównie statyczną kamerą i użyłam krótkich obiektywów, które są mniej „wybiórcze”, pokazują nie tylko bohatera, ale w równym stopniu to, co go otacza.

Zwracałaś też uwagę na światło.

Tak, światło odgrywało ogromną rolę w budowaniu odmienności dwójki bohaterów. Chciałam, by Angélique była oświetlona ciepłym i kontrastowym światłem, przypominającym światło słoneczne. Natomiast dla Loïca wybrałam oświetlenie bardziej „płaskie”, zimne. Jednak starałam się nie szarżować - nie chciałam pójść tak daleko jak Steven Soderbergh w Traffic, gdzie wyraźnie widać niebieskie i pomarańczowe filtry.

Wizualna strona filmu zmienia się wraz z rozwojem akcji.

Kolory blakną, ciepłe światło tak wyraźne na początku traci powoli swoją temperaturę. Kostiumy także się zmieniają. Loïc, na przykład, z upływem czasu, jest coraz mniej staranny. Wychodzi do pracy, zapominając krawata itp. To można zaobserwować w pojedynczych detalach – gdy wychodzi rano do pracy, zapomina krawata. Angélique na początku chodzi w jasnoczerwonych rzeczach, z czasem coraz więcej u niej ciemnych, a nawet ponurych kolorów.

Jak udało się Ci zachować równowagę?

Największym problemem było ponowne nakręcenie najważniejszych scen unikając nudy i niebezpiecznej systematyczności. Musiałam poszukać nowych ustawień kamery - druga część to te same sceny, co w pierwszej części, ale widziane i przeżywane przez Loïca.

Dlaczego wybrałaś taki specyficzny rodzaj narracji?

Bardzo mi się podobał Szósty zmysł, a szczególnie końcowe sceny filmu, kiedy to następuje zupełnie zaskakujący zwrot akcji. To znakomite rozwiązanie fabularne - nagle widzisz wszystko z zupełnie innego punktu widzenia. Przez cały film nie spodziewasz się w ogóle, co zobaczysz na końcu. Sensacja, zaskoczenie, niedowierzanie…

Podobny efekt chciałam osiągnąć w Kocha… Nie kocha! Romantyczna miłość jest fundamentem całej intrygi, ale nie chciałam robić kolejnego konwencjonalnego filmu o zakochanych z przewidywalnym zakończeniem. Chciałam też zrobić film, który budzi ciekawość i niepokój jak horrory czy filmy sensacyjne. Uwielbiam horrory i thrillery - bawiłam się tymi gatunkami robiąc moje krótkometrażowe filmy.

Jakie są Twoje ulubione filmy?

Jest ich kilka i ten zestaw pewnie wielu zdziwi. Bardzo mi się podoba Dziecko Rosemary i Wstręt Polańskiego, Edward nożycoręki Tima Burtona a także Fortepian Jane Campion. Nie mogę nie wspomnieć o Psychozie Hitchcocka: dwie rzeczy mnie fascynują w tym niezwykłym filmie - problem kunsztownej manipulacji i zaskakujący finał.

* * *

Wszyscy aktorzy od razu przyjęli role.

Film powstał w Bordeaux, w rodzinnym mieście reżyserki. W zdjęciach brali udział przyjaciele i znajomi Colombani, ale także niektórzy członkowie jej rodziny.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Kocha... Nie kocha!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje