Reklama

"Medicus" [recenzja]: Baśniowa "odyseja" Anglika

W porównaniu do filmowych adaptacji Tolkiena, czy choćby do serialu "Gra o tron", "Medicusowi" w reżyserii Philippa Stölzla bliżej do "Bitwy pod Wiedniem" Renzo Martinellego - pisze Joanna Ostrowska.

XI wiek, średniowieczna Anglia, odważny młodzieniec i dalekie podróży do krainy Persów - wszystko to w imię "głodu wiedzy i nauki", aby przezwyciężyć europejskie zacofanie i zacietrzewienie Kościoła. Robe Cole (Tom Payne) to kilkulatek, którego matka umiera na tajemniczą chorobę. Chłopiec zostaje oddzielony od reszty rodzeństwa i jest zdany na samego siebie. Przypadkiem trafia na podróżującego po kraju cyrulika (Stellan Skarsgard), od którego pragnie uczyć się "sztuki uzdrawiania ludzi". Balwierz zajmuje się przede wszystkim sporządzaniem tajemniczych wywarów, leczeniem skręceń, wyrywaniem zębów i mniej przyjemnymi chorobami skóry, o których chyba nie warto wspominać. Robe pomaga mu rozkręcać obwoźny handel "medykamentami z dalekich krajów" i przy okazji uczy się co nieco o amputacjach i nastawieniach zwichniętych kończyn. W końcu opuszcza swojego dobroczyńcę, ponieważ chce rozwijać swoje umiejętności lecznicze.

Reklama

Pragnie dotrzeć do perskiego miasta Asfahan, w którym naucza światowej sławy medyk, Ibn Sina (Ben Kingsley), u którego Robe chciałby praktykować. Decyduje się na wyprawę "na koniec świata" po tym, jak żydowscy uczniowie perskiego geniusza ratują wzrok cyrulika. Robe ewidentnie chce być kimś i ku czci swojej matki pomagać cierpiącym w potrzebie.

"Medicus" to europejska superprodukcja, która pewnie miała konkurować z "Władcą Pierścieni" i "Hobbitem". Niestety, historyczno-fikcyjny świat w narracji Gordona w filmie Stölzla to bardzo linearna konstrukcja, w której bardziej liczą się domniemane początki konfliktów religijnych, niż tworzenie imponującego świata przeszłości. Nie ma sensu wyliczać historycznych błędów i niedociągnięć, bo w historii Cole'a chodzi przede wszystkim o stworzenie baśniowej historyjki, w której zamiast jastrzębi powinny latać smoki.

Tradycyjnie młody podróżnik pokonuje kolejne przeszkody w drodze do perskiej krainy. Następnie zakochuje się, zostaje ulubieńcem mistrza (Ibn Sina, czyli Awicenna). Wszystko w klimacie "Księcia Persji" (reż. Mike Newell) - Orient tajemniczy i nieznany w połączeniu z nieudanymi próbami stworzenia mitologii wojen religijnych. Na dokładkę trzech przyjaciół - przedstawicieli trzech wielkich religii i kilka szumowin, odpowiednio do każdego wyznania, z których przedstawiciele "wojującego islamu" to przypadki czysto absurdalne, którym niestety bliżej do patosu, niż do poczucia humoru spod znaku Monthy Pytona.

W porównaniu do filmowych adaptacji Tolkiena, czy choćby do serialu "Gra o tron", "Medicusowi" w reżyserii Stölzla bliżej do "Bitwy pod Wiedniem" Renzo Martinellego. Choć, oddając sprawiedliwość, efekty specjalne w adaptacji prozy Gordona nie wołają o pomstę do nieba, tak jak w przypadku polsko-włoskiej produkcji. Cóż z tego, jeśli scenariusz tego dwuipółgodzinnego filmu nie porusza nawet w momencie, kiedy w bajecznym mieście Asfahan wybucha epidemia groźnej zarazy. Puste religijne frazesy, patetyczne wykłady o rozwoju średniowiecznej medycyny plus "odyseja" Anglika, który musi przecież wrócić na "stary ląd". Orient umiera, a Europa ma się coraz lepiej.

5/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Medicus" (The Physician), reż. Philipp Stölzl, Niemcy 2013, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 25 kwietnia 2014

--------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama