Reklama

"Lady": Dziecko na politycznym wiecu

Wraz z "Lady" Luc Besson, który jako reżyser ostatnio skupiał się głównie na filmach dla dzieci, wraca do świata dorosłych. Jego najnowsze dzieło to biografia Aung San Suu Kyi, bojowniczki o niepodległą Birmę i laureatki Pokojowej Nagrody Nobla. W tytułową rolę wciela się tu Michelle Yeoh, a partneruje jej David Thewlis.

Nie każdemu jest do twarzy z dojrzałością. Na potrzeby "Lady" Luc Besson schował do futerałów całą swoją kolekcję broni palnej, a w skrzynce na strychu zamknął plastikowe figurki z kosmitami i magicznymi stworami. W zamian zawiesił sobie na szyi woodstockową pacyfkę i wziął do ręki sztandar Birmy.

Część widzów i krytyków mógł oszukać, ale samego siebie - już nie. Chociaż w "Lady" mierzy się z takimi tematami, jak polityka, rodzina i poświęcenie, to wciąż pozostaje zakładnikiem komiksowej estetyki swoich najsłynniejszych filmów. Suu jest w gruncie rzeczy kolejną wersją Leeloo z "Piątego elementu", przybyłym z innego świata wcieleniem łagodności, dobroci i bezinteresowności. Jej przeciwnik, okrutny tyran, to natomiast rasowy schwarzcharakter, który w sprawach wagi państwowej zasięga rad wróżki, i tylko przymus pewnej wierności prawdzie historycznej sprawia, że Besson nie wkłada mu do ręki blastera i nie każe eksterminować birmańskich dzieci laserowymi wiązkami.

Reklama

Reżyser "Nikity" nawet po kostki nie zanurza się w meandry światowej polityki, a wszelkie motywacje bohaterów ogranicza do baśniowych imperatywów: albo służą Światłu, albo Ciemności. W wyniku tego najbardziej cierpi wątek małżeństwa Suu. Kiedy walczy o lepszą Birmę, jej mąż (David Thewlis - najjaśniejszy punkt całego filmu) i dzieci na długie lata zostają od niej odizolowani. To punkt, w którym można zadać kilka niewygodnych pytań. Czy cena, jaką płaci się za polityczny aktywizm, naprawdę jest warta świadomości dobrze spełnionego obowiązku? Co stanowi prawdziwą ojczyznę każdego człowieka: kraj urodzenia czy dom rodzinny? I czy naprawdę bliscy Suu cały czas tak pokornie znosili jej misjonarskie zapędy?

Wiara w to, że świat to za mało, kiedy chodzi o uciśnione masy, być pokrywa się z prodemokratycznym przesłaniem filmu, ale sprawia, że "Lady" ogląda się bez żadnego emocjonalnego zaangażowania. Trudno identyfikować się z pomnikami.

Reszta to tylko cepelia łamana przez czytankę. Już w pierwszej scenie, kiedy dostajemy krótki wykład o historii i naturalnym pięknie Birmy, można w pełni posmakować, jak bardzo wyobraźnia Bessona opiera się stereotypach i kliszach. Dalej jest podobnie: egzotyczne kwiaty i ubogie wioski, historyczne budowle i brudne więzienia, roześmiane tłumy i nabzdyczeni żołnierze. Słowem - nic, czego nie oglądalibyśmy na Wikipedii, National Geographic lub w atlasach, żadnego zaplecza, oryginalnej wizji, białych plam na mapie zbiorowej świadomości.

Z samą historią jest identycznie. "Lady" to biograficzny samograj - patetyczny w momentach, kiedy patos wydaje się najoczywistszym rozwiązaniem i nudny tam, gdzie historia nie dopisała odpowiedniej ilości masakr i pościgów.

Scen akcji Besson nie dostał wiele, ale każdą wyeksploatował do cna. Paradoksalnie są to najlepsze momenty jego filmu - kręcone wreszcie pewną ręką i przypominające, w czym zawsze był najlepszy. Paradoksalnie i perwersyjnie, "Lady" miała przecież dołożyć kamyczek do fortecy światowego pokoju.

3/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Lady", reż. Luc Besson; Francja, Wielka Brytania 2011, dystrybutor Monolith Films, premiera kinowa: 27 kwietnia 2012

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama