Reklama

Z innej perspektywy

Jakiś czas temu w książce "Polish Cinema Now" wraz z m.in. Małgorzatą Szumowską i Allanem Starskim dosyć krytycznie ocenił pan kondycję współczesnego kina polskiego. Czy pana zdaniem rzeczywiście nie wykorzystaliśmy szansy, jaką otrzymaliśmy po 1989 roku?

Reklama

- To jest strasznie rozległy temat, możemy co najwyżej konstatować fakty, że polska kinematografia w latach 60. i 70. była stale obecna na międzynarodowych festiwalach, a w tej chwili praktycznie jej nie ma. A jeżeli pojawia się, to za przyczyną tych artystów, którzy już wtedy odnosili sukcesy. W dalszym ciągu polską kinematografię reprezentują więc takie nazwiska, jak: Andrzej Wajda czy Jerzy Skolimowski. Trudno nazwać to jakimś wielkim sukcesem, szczególnie młodego pokolenia czy młodego kina, ale oczywiście problem jest złożony i wymaga bardzo obszernego omówienia.

To może spytam inaczej. Niemal rok temu pracował pan w Krakowie z młodymi ludźmi przy okazji festiwalu Off Plus Camera, teraz okazją ku temu jest Film Spring Open. Stara się pan przekonać młodych ludzi, że warto poświęcić się robieniu filmów?Spowodować, żeby zostali przy kinie, dzięki czemu mogłoby się ono rozwijać?

- Pochodzę z małego, prowincjonalnego w okresie komunizmu miasta, bo Katowice w latach 50. i 60. naprawdę były głęboką, bardzo odizolowaną nawet od reszty Polski prowincją i pamiętam jak mnie było trudno. Myślę, że to, że w jakiejś mierze udało mi się osiągnąć i zrealizować cele, które sobie wtedy zakładałem, które się wydawały kompletnie 'księżycowe', zobowiązuje mnie do tego, żeby pewien rodzaj doświadczeń i przemyśleń oddać z powrotem. To jest pewien dług, który zaciągnąłem wobec własnego sukcesu.

- To brzmi oczywiście strasznie mentorsko, ale ja to traktuję jako osobistą przyjemność, bo dla mnie kontakt z młodymi ludźmi jest przyjemnością. To nie jest też tak, że tylko oni uczą się ode mnie, bo ja również czerpię od nich. To jest naprawdę wspaniała kuracja odmładzająca i niebywały zastrzyk energii za każdym razem. Kocham młodzież i kocham z nimi być, kocham słuchać, o czym rozmawiają i jakie mają problemy w realizacji własnych projektów.


Najważniejszą w naszym kraju imprezą dla polskiego kina jest Festiwal polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W tym roku zmienił się dyrektor artystyczny imprezy. Pan był przewodniczącym komisji konkursowej, która wybrała na to stanowisko Michała Chacińskiego. Co zdecydowało o jego zwycięstwie, czym państwa przekonał?

- Jak pan pewnie wie, decyzją naszego jury wybrany został pan Wróblewski ale...

Początkowo tak.

- ...rzeczywiście jeden i drugi kandydat właściwie walczyli o ułamki procent, do końca nie byliśmy pewni, który z nich jest najlepszy. Decyzja, którą podjął komitet organizacyjny, żeby nominować pana Chacińskiego, jest decyzją na pewno w kierunku większych zmian, niż byłoby to - tak myślę, chociaż przecież nie wiem tego na pewno - związane z wyborem pana Wróblewskiego. Jest człowiekiem energicznym, zaproponował bardzo mocne odświeżenie formuły festiwalu gdyńskiego. Myślę, że jest to dobry wybór i liczę na to, że mu się powiedzie i że skorzysta na tym całe środowisko filmowe.

Pana koledzy po fachu - Andrzej Bartkowiak i Janusz Kamiński, którzy także przez lata pracowali w Hollywood, co jakiś czas próbują swoich sił w roli reżysera. Pan nie ma takich planów? Wszak ma pan na koncie kilka fabularnych produkcji, takich jak: "Nauka latania" czy "Enak", choć ostatnią sprzed dobrych kilkunastu lat.

- Ten podział zawodowy nie jest aż tak istotny. Robiąc film, myślę o nim nie tylko w kontekście swojego zawodu - czy jest to etykieta reżyser czy operator. Pewnie, że w jakiejś mierze, ten ostateczny dyrygent, jakim jest reżyser, jest szalenie ważną pozycją. Chciałbym zrobić jeszcze w swoim życiu własny film, staram się pisać scenariusze, szukam środków, ale nie traktuję tego jako imperatyw.

- Robienie filmów, jeśli chodzi o tą część organizacyjną, będąc reżyserem, jest szalenie skomplikowaną sprawą, bowiem nikt nas nie zastąpi w przygotowaniu tego projektu, zebraniu środków, przekonaniu sponsorów, redaktorów, którzy by dali na to środki. I to jest właśnie ta część tego zawodu najmniej przyjemna i mówiąc szczerze, akurat to robię bardzo niechętnie, ale mimo wszystko chciałbym i próbuję w dalszym ciągu. Dla higieny psychicznej piszę własne teksty, co pozwala mi spojrzeć na zawód operatora z dystansu, z innej perspektywy.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Idziak Sławomir | Film Spring Open

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje