Reklama

Władysław Pasikowski w RMF FM: Jak tylko skończę "Kuriera", zaczynam zdjęcia do "Psów 3"

Władysław Pasikowski na premierze "Kuriera"

"Zwykły kurier może zostać posłańcem Bogów" - mówi jeden z niemieckich oficerów w pana filmie. Historia szpiega jest fantastycznym materiałem na film sensacyjny, również historia takiego człowieka jak Jan Nowak-Jeziorański. Nawet, jeśli to nie jest jego biografia, ale film inspirowany jego misją. Pan nam pokazuje człowieka, który z jednej strony jest szarmanckim gentelmanem, oficerem, a z drugiej strony skoczkiem spadochronowym, który nie umie jeździć na rowerze. Co pana ujmuje w postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego?
 
- Te słowa, które pani cytuje na początku, w naszym filmie wypowiada Heinrich Himmler. To, żeby wytłumaczyć cały aspekt kryjącej się za nimi bufonady. Gdy zostałem poproszony i zgodziłem się żeby nakręcić ten film, zaczęliśmy się zastanawiać się, jaki typ bohatera chcemy wykreować. Oczywiście chcemy, żeby był to Jan Nowak-Jeziorański, który, gdyby żył, mógłby się w nim rozpoznać. Wciąż żyje jeszcze kilka osób, które go znały bezpośrednio, niektóre się z nim przyjaźniły, chcieliśmy, żeby również one rozpoznały go w naszej postaci. Dla nas to było najważniejsze. Ale, trochę będę teraz zdradzał kulisy produkcji, spierałem się z producentami na temat tego, jaki to ma być to typ bohatera. Czy raczej to jest skoczek spadochronowy, człowiek do specjalnych poruczeń, trochę szpieg, trochę konspirator, trochę cichociemny, za czym optowali moi producenci i współscenarzyści. Czy też, jak ja go widziałem, zwykły człowiek w niezwykłej sytuacji, co mnie w tym temacie najbardziej interesowało. I co wydaje mi się wynika z książki Nowaka-Jeziorańskiego. Że to jest zwykły student ekonomii u profesora Taylora w Poznaniu, którego napadła, jak wszystkich, wojna i nagle musiał stanąć twarzą twarz z wyzwaniami, które jako studentowi ekonomii do głowy mu nie przychodziły. Że to historia zwykłego, młodego człowieka, mającego całe życie przed sobą, który nagle staje przed sprawami najważniejszymi, ostatecznymi. To mnie najbardziej zainteresowało. Aspekt sensacyjno-szpiegowski rzeczywiście w tym filmie jest, bo cała ta historia Nowaka jest sensacyjno-szpiegowska. Mnie interesowało natomiast to, na ile zwykły facet musi zmagać się z niezwykłymi rzeczami, przez co w rezultacie ujawniają się jego niezwykle cechy. Tak się działo w czasie wojny i tak się działo w historii Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

Reklama

Jana Nowaka-Jeziorańskiego gra w pana filmie Philippe Tłokiński, dosyć nowa twarz w polskim kinie. Pan go gdzieś wcześniej widział, w jakimś filmie?
 
- Przez długie lata przygotowywałem film, który nazywał się "303" i jak łatwo się domyśleć jest numerem operacyjnym dywizjonu polskich lotników w czasie drugiej wojny światowej. I w przeciwieństwie do filmu, który w rezultacie nakręcił mój kolega ze szkoły Denis Delić , a w którym zagrali panowie Adamczyk, Zakościelny czy Wieczorkowski, wymyśliłem sobie, że w moim filmie, który nie doszedł do realizacji, zagrają młodzi, nieznani aktorzy o nieznanych twarzach. Tak, żeby było trochę inaczej, ciekawiej, żeby ci piloci byli mniej więcej w wieku tych, których grają, tych z czasów drugiej wojny światowej, bitwy o Anglię. W związku z tym przeprowadziłem ogromny casting wśród wszystkich młodych aktorów i tam moją uwagę zwrócił Philippe Tłokiński. Tamten film w mojej realizacji nie doszedł do skutku, ale Philippe’a oczywiście zapamiętałem. I kiedy okazało się, że mamy robić Jana Nowaka-Jeziorańskiego, że jego historia dzieje się w połowie w Polsce, a w połowie w Londynie i że wymagane jest od aktora biegłe posługiwanie się językiem angielskim, Philippe się stał jedną z głównych kandydatur do zagrania tej roli. Ale oczywiście wezwaliśmy go bezlitośnie na zdjęcia próbne, przez które przeszedł z wynikiem celującym. I po zdjęciach próbnych dostał od nas ofertę i przyjął ją. Podołał znakomicie, jak państwo sprawdzą, to się sami przekonają.

Zwróciłam na niego uwagę w rozpisanym na dwie osoby filmie "Noc Walpurgi". Tam grał z Małgorzata Zajączkowską i rzeczywiście nie był tylko tłem. Myślę, że dużo będzie o tym chłopaku i głośno. Patrycja Volny gra w pana filmie Marysię, panią porucznik, potem sanitariuszkę w Powstaniu Warszawskim. Nie ma pan wrażenia, że ona jest wprost skrojona do takiej roli?
 
- Mam takie wrażenie, po to ją obsadziłem i to też ze zdjęć próbnych. Poza tym, że to jest urocza osoba, utalentowana aktorka i też stosunkowo jeszcze nieznana na naszym rynku, ma taką, jakby to powiedzieć delikatnie... staromodną urodę. Ona po prostu wygląda jak ze zdjęć mojej babci czy pani babci, w ogóle jak ze starych czarno-białych albo sepiowych fotografii. Poza tym, że jest świetną aktorką, to idealnie też pod względem urody pasowała do tego filmu i do tego okresu.

Dowiedz się więcej na temat: Władysław Pasikowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje