Weronika Rosati: Powrót po ciąży

Weronika Rosati /Kamil Piklikiewicz/DDTVN /East News

W grudniu urodziła dziecko i przez 3 miesiące była wyłącznie mamą. Teraz powoli wraca do aktorstwa.

Reklama

Bardzo podobał mi się pani króciutki występ w "Podatku od miłości". Miło było panią zobaczyć w takim lekkim repertuarze.

Weronika Rosati: - Dziękuję. Byłam już w ciąży i świadomie przyjmowałam takie niewielkie role, żeby nie być za długo na planie. Chciałam pracować, ale się nie przepracować. Bardzo miło mi się w tym filmie grało.

Poprowadziła też pani odcinek polskiej wersji satyrycznego show "Saturday Night Live".

- To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wróciłam do pracy po prawie rocznej przerwie. I od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Musiałam nakręcić 6 czy 7 scenek, a potem jeszcze poprowadzić program, więc to było bardzo duże wyzwanie. Bardzo czasochłonne, a przecież ja mam małe dziecko. Córka była ze mną na planie, bo na razie nie chcę jej zostawiać samej. Ale gdyby nie pomoc moich bliskich, nic by z tego nie wyszło. Prywatnie jestem wielką fanką SNL i podoba mi się też polska wersja. Dla mnie to był zaszczyt, że mogłam to poprowadzić i pracować w takim towarzystwie, w jakim wystąpiłam.

Skłania się pani teraz ku komediom?

Reklama

- Tak naprawdę takie role zaczęłam dostawać w Stanach. Mój amerykański menedżer powiedział, że się do tego nadaję, co mnie zaskoczyło, bo ja nawet sama siebie z tym nie kojarzyłam. A teraz sprawia mi to wiele przyjemności. Komedia jest fajna dla aktora, bo daje mu możliwość takiej nieco lżejszej pracy. Zupełnie inaczej jest na planie filmu komediowego niż na planie dramatu. Ale oczywiście nie chciałabym być zaszufladkowana w żadnej konwencji.

Wspomniała pani, że miała prawie rok przerwy w pracy. Ciągnęło już panią na plan?

- Postanowiłam sobie, że trzy pierwsze miesiące spędzę z córką i w zasadzie udało mi się to co do dnia. A potem dostałam propozycję i ciężko mi było odmówić, bo nie ukrywam, że trochę tęskniłam za graniem. Ale myślę, że jeszcze przez kilka kolejnych miesięcy do pracy będę podchodziła bardzo spokojnie. Chcę, by póki co to był dodatek do mojego życia. Wcześniej praca mi w niczym nie przeszkadzała, nie ograniczała mojej wolności, ale też wtedy nie byłam za nikogo odpowiedzialna. I to 24 godziny na dobę.

A jednak wróciła pani na plan "Diagnozy", w której gra pani Beatę, siostrę Anny.

- Tak, w pierwszej serii to był tylko jakiś krótki wątek. Z kolei w drugiej nie mogłam wziąć udziału od początku z powodu ciąży. Było to możliwe dopiero, kiedy doszłam do siebie po porodzie. Dlatego zdecydowaliśmy, że Beata znowu wróci pod koniec sezonu.

Pani bohaterka została w zasadzie tylko zarysowana, ale wiadomo było, że ma jakiś konflikt z Anną. Jaką rolę odegra teraz?

- Nie mogę za dużo zdradzać, ale powiem, że tym razem sytuacja będzie lepsza. Ich relacje są o wiele bardziej przyjazne i myślę, że Anna będzie mogła na Beacie polegać.

To pani pierwsze spotkanie z Mają Ostaszewską?

- Na planie owszem, wcześniej widywałyśmy się na jakichś imprezach. Bardzo chciałam kiedyś z nią pracować, bo po pierwsze bardzo ją cenię jako aktorkę, a po drugie jest bardzo ciekawą, miłą osobą. Grałam już wielokrotnie z Maćkiem Zakościelnym, który prywatnie jest moim bardzo dobrym kolegą, więc cieszę się, że mogłam wrócić do tej samej ekipy, bo bardzo dobrze mi się z nią pracowało.

À propos spotkań na planach filmowych - podobno mniej się pani stresowała pracą z zagranicznymi gwiazdami niż z Krystyną Jandą?

- Jestem wielką fanką pani Krystyny, bardzo ją podziwiam. Kiedyś miałyśmy zagrać razem w filmie i choć nic z tego nie wyszło, dzięki próbom czytanym, które jeszcze zdążyły się odbyć, miałam namiastkę tego, jak się z nią pracuje. Zrobiła na mnie wielkie wrażenie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy miały okazję współpracować. Ale udało mi się spełnić inne aktorskie marzenie - zawsze chciałam zagrać z panem Leonem Niemczykiem i faktycznie spotkaliśmy się w pracy. To było jakieś 17 lat temu, mieliśmy wspólne sceny i czekając na nie, siedzieliśmy po 8-9 godzin na planie. Bardzo mi pomagał, opowiadał różne anegdotki i do tej pory pamiętam, co mówił, jak grał, co robił, wszystko.

A ja pani zazdroszczę spotkania z Robertem De Niro w "Last Vegas".

- Akurat z nim miałam najmniej kontaktu, bo nie graliśmy wspólnych scen. Był na planie, poznałam go, ale to tyle. Moim idolem od zawsze był Michael Douglas. On, Kirk Douglas i Richard Burton to zawsze było moje najważniejsze aktorskie trio. Uwielbiam ich, więc spotkanie z Michaelem było dla mnie największym przeżyciem. Natomiast najwięcej rozmawiałam i najwięcej czasu spędziłam z Kevinem Kline’em - wymienialiśmy się opiniami na temat starych filmów, których oboje jesteśmy fanami.

Zdecydowała się pani wrócić ze Stanów do Polski i tu mieszkać. Będzie pani jeszcze tam jeździła?

- Nigdy definitywnie nie mówiłam, że chcę mieszkać w USA, tam nigdy nie był mój dom. Bardzo lubię jeździć do Stanów i często tam bywałam, ale od jakiegoś czasu miałam już trochę dosyć podróżowania między Polską a Ameryką. A odkąd mam dziecko, nie mogę już sobie na to pozwolić.

Podoba mi się, że nigdy nie koloryzowała pani swojego pobytu w Ameryce. Czego panią nauczył spędzony tam czas?

- Większość ludzi narzeka na samotność, ale ja z natury jestem samotnikiem i potrafię przebywać sama ze sobą, więc to nie było dla mnie problemem. Oczywiście tęskniłam za bliskimi, ale ten pobyt pokazał mi, że daję sobie radę w każdej sytuacji i że nie muszę się na kimś opierać. Tylko że takie życie jest fajne, kiedy ma się dwadzieścia parę lat, przychodzi jednak moment, kiedy człowiek potrzebuje jakiejś stabilności i miejsca do życia. I dla mnie właśnie taki czas przyszedł.

Czy po urodzeniu dziecka aktorstwo nadal jest dla pani tak ważne jak wcześniej?

- Zmieniły mi się priorytety, ale praca nadal jest moją pasją. To jest niewdzięczny zawód, bo jesteśmy zależni od innych, a ja naprawdę nie lubię czekać na to, co się wydarzy, wolę działać. Zdarza się, że zanim znowu się wciągnę w pracę, jestem zniecierpliwiona, ale kiedy już jestem na planie, to nie - są ludzie, jest scenariusz, za chwilę reżyser krzyknie: "Akcja!" I już jest dobrze.
 
Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Weronika Rosati

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje