Reklama

"Waszyngton. Wojna i pokój": Nowy serial na kanale HISTORY. "Przykład dla wszystkich kolejnych prezydentów"

Czy te rady nie są aby przedatowane? Świat zmienił się diametralnie, a ważnym kształtującym go czynnikiem są dziś media, w tym media społecznościowe, które tylko podsycają napięcia. Jak widzi pani ich wpływ na dyskurs?

Reklama

- Pytała pani wcześniej o rolę lidera w zasypywaniu podziałów. To jest znacznie trudniejsze w czasach takich jak obecne, szczególnie w krajach, gdzie ten społeczny podział przebiega na poziomie samych mediów. Mamy kanały telewizyjne, które wieki temu porzuciły misję informowania na rzecz wyłącznego realizowania linii partii. W zależności od tego, którą włączymy stację, przedstawiane są nam całkiem inne "fakty", co drastycznie utrudnia wyciągnięcie ręki do drugiej strony i znalezienie wspólnego celu, o którego wadze już mówiłam. Nie ma już autorytetów, uniwersalnych punktów odniesienia. Każdy może słuchać i czytać tylko to, co mu pasuje. Odbiorcy korzystają z nowych mediów, ale ze starym mindsetem. Nie czują potrzeby, by powiedzieć: "sprawdzam!", mają podskórne zaufanie do wiarygodności tytułu. A ono już dawno powinno zostać zakwestionowane. Bardzo trudno jest mi sobie wyobrazić sposób na radzenie sobie z tym strumieniem bzdur, którymi zalewa się dziś odbiorców: że koronawirus to drobnostka, że stoją za tym Demokraci, że - to według naszego prezydenta - chorobę leczy jakiś, w istocie bardzo niebezpieczny, lek. Do promocji tych bzdur cynicznie wykorzystuje się poważną terminologię, nazywa się je "alternatywnymi faktami". Co to w ogóle znaczy?

Media społecznościowe tylko pogłębiają podziały społeczne.

- Tak, one stanowią niezwykle żyzny grunt dla teorii spiskowych i martwienie się tym jest jak najbardziej na miejscu. Sama jestem optymistką, więc staram się dostrzegać pozytywy. Na przykład, że platformy odpowiedzialne za media społecznościowe zaczynają rozumieć swoją odpowiedzialność. Być może pojawi się jakiś system rozliczeń za publikację bzdur, jakaś instancja, do której można się odwołać? Roosevelt mawiał, że "problemy stworzone przez człowieka człowiek będzie w stanie rozwiązać". To powiedzeni daje mi nadzieję.

Tak, jak pani mówi, całkowicie wywrócił się system weryfikacji. Kiedyś formą testu dla lidera była tzw credibility gap (pl. rozziew pomiędzy słowami a rzeczywistością). Nie do pomyślenia byłoby, że prezydent głośno mówi o czymś, co okazuje się wyssane z palca i nie ponosi konsekwencji. Czy prawda już nas nie obchodzi?

- Kiedy pod koniec lat 60. Lyndon B. Johnson zorientował się, że jego optymistyczne projekcje rozwoju sytuacji w Wietnamie są nieprawdziwe, to właśnie stworzyło taki credibility gap i mocno negatywnie wpłynęło na jego reputację. Dziś mamy liderów, którzy plotą, co im ślina na język przyniesie i nie ponoszą żadnych tego konsekwencji! Ale słowa mają znaczenie, nigdy nie zmienię zdania. Dlatego musimy pociągać liderów do odpowiedzialności za słowa które wypowiadają. Szczególnie za te, które prowokują negatywne działania, rozpalają nienawiść i są zwyczajnie fałszywe. Czasem na taką weryfikację są wybory.

Najbliższych wyborów w USA na pewno nie wygra kobieta. Ameryka nie jest gotowa na prezydentkę?

- Wciąż nie mamy Prezydentki, a tym razem - nawet kandydatki. Ale proszę spojrzeć, ile kobiet objęło stanowiska po wyborach parlamentarnych w USA z 2018 r. I to były naprawdę kandydatki pochodzące z bardzo różnych środowisk, z różnym wykształceniem i z różnym zestawem doświadczeń. Wydaje mi się, że polityka to po prostu kolejne pole, na którym ta zmiana zachodzi, być może nieco wolniej, ale konsekwentnie. Kobiet na szczycie w różnych innych dziedzinach jest coraz więcej, także w tych korporacjach, o których względy tak bardzo zabiega amerykański rząd. Przykład idzie z góry, to kwestia czasu. Mam tylko nadzieję, że jeszcze zdążę o tym napisać swojej ostatniej książce.

Rozmawiała Anna Tatarska

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Waszyngton | History

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje