Reklama

"Waszyngton. Wojna i pokój": Nowy serial na kanale HISTORY. "Przykład dla wszystkich kolejnych prezydentów"

Szanse na zasypanie partyjnych podziałów wydają się wątłe. Co mógłby zrobić lider - prezydent - żeby ten proces wesprzeć?

Reklama

- W dawnych czasach, kiedy prezydent Roosevelt przemawiał przez radio, słuchało go 90% obywateli. I robiło dokładnie to, co mówił, bo jego słowa były synonimem faktów. Dzisiaj ludzie mają całkiem inną mentalność. Ja, wbrew kuszącemu defetyzmowi, wybieram wiarę w to, że jeśli przywódca ma głębokie poczucie celu i sensu, to będzie w stanie zebrać wokół siebie ludzi. Kiedy ludzie mają poczucie sensu, są zdolni do nawet najtrudniejszych, najbardziej radykalnych kroków. Zauważmy, ile osób z dnia na dzień, bez zbędnych pytań, porzuciło swoje dotychczasowe życie, zamknęło się w domu, ucięło kontakty zewnętrzne, założyło maski i rękawiczki? Kiedy poczucie, że to jest po coś ma głębokie uzasadnienie, o takie radykalne, niewyobrażalne wcześniej kroki, jest łatwiej. Wrócę do Waszyngtona. Podczas jego prezydentury ludzie byli już bardzo zmęczeni wojną. Pierwotna atrakcyjność koncepcji rewolucji się wyczerpała. Droga do zwycięstwa była bardzo długa, utrzymanie morale wśród żołnierzy trudne, jeszcze trudniejsze utrzymanie wśród obywateli przekonania, że wciąż wiedzą o co w tej rewolucji chodzi. Ale się udało. Posłuszeństwa się nie oczekuje, na autorytet trzeba zapracować. Często w kryzysie odkrywamy w sobie to, co najlepsze. Zadaniem dobrego lidera jest pielęgnowanie w obywatelach tego poczucia.

Wierzy pani, że odpowiedzi na temat teraźniejszości można znaleźć w historii?

- Prezydent Lincoln uważał, że jeśli będziemy dobrze znać i pamiętać naszą historię, to unikniemy powtórki z przeszłych traum i wpadek. Dlatego powtarzał, że matki każdego wieczoru powinny dzieciom czytać książki historyczne. Swoją drogą, uważał też, że lepszą od Biblii lekturą na dobranoc jest konstytucja. To przekonanie wynikało z osobistych doświadczeń. Jako prezydent patrzył jak umierają ostatni żołnierze rewolucji. Znikało całe pokolenie a wraz z nim zacierała się pamięć o ideałach, za które oni walczyli. Mam wrażenie,, że teraz podobnie dzieje się z naocznymi świadkami Holokaustu. To pokolenie, które już niemal całkiem zniknęło. Pozostaje pytanie: co robić, aby utrzymać żywe wspomnienia tamtych doświadczeń, że hasło "nigdy więcej" pozostawało w mocy? Patrząc na historię z dzisiejszej perspektywy mamy ten przywilej, że znamy wynik danych działań. Wiemy na przykład, że alianci wygrali Drugą Wojnę Światową. Ale ludzie, którzy przechodzili przez to doświadczenie na bieżąco, nie mieli tej świadomości. I to też jakoś rezonuje z tą niepewnością, definiującą teraźniejszość. To ona chyba czyni obecną sytuację najtrudniejszą. To, że nie wiemy, jak się to wszystko skończy. Od zawsze pragnę pokazywać ludziom, że patrzenie w przeszłość potrafi być źródłem nadziei. Może nam pokazać, że w przyszłości ludzie również bywali w niezwykle ciężkim położeniu - ale przetrwali. W tym sensie nie jesteśmy w tym koszmarze osamotnieni. A przyszłe pokolenia, zgodnie z porządkiem rzeczy, będą się uczyć z naszych doświadczeń.

Jednak bardzo trudno jest zachować spokój i obiektywizm, kiedy człowiek jest wrzucony w sam środek burzy. W obecnej sytuacji werbalna agresja zaczęła być postrzegana jako akceptowalna, wręcz naturalna reakcja. Pani zawsze powtarzała, że nie powinniśmy tolerować konfrontacyjnego języka w dyskursie publicznym.

- Wracam myślami do drugiej przemowy inauguracyjnej Lincolna z 4 marca 1865 r, wygłoszonej ledwie 41 dni przed jego morderstwem. Pierwsze zaprzysiężenie ledwie o kilka tygodni wyprzedziło wybuch wojny secesyjnej. Wtedy mówił: "nie jesteśmy wrogami lecz przyjaciółmi, nie wolno nam być wrogami". Podczas drugiego już wiedział, że wojna zbliża się do końca, a jednak zamiast jakieś triumfalistycznej narracji niezmiennie apelował o empatię po obu stronach. "Bez złości do nikogo, z dobrocią wobec wszystkich...(...) Obie strony czytają ten samą Biblię i modlą się do tego samego Boga". Zdawał sobie, sprawę, że przemówienie może być definiującym momentem po tych czterech latach ogromnych trudności, po sześciuset tysiącach ofiar. Ten moment udowodnia, że słowa mają znaczenie. Słowa potrafią prowadzić do agresji, dlatego powinniśmy je kontrolować. Otwarte potępienie, oskarżenie, prowokuje symetryczną reakcję z drugiej strony. To lider powinien wyznaczać standard: pokazywać, jak mówić i dlaczego to, co mówimy, ma znaczenie.

Dowiedz się więcej na temat: Waszyngton | History

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje