Reklama

"W PRL-u nie było taśmy, a teraz nie ma czasu"

"Miś" - dziś już kultowa komedia - miał to do siebie, że w miarę upływu lat znaczył coraz więcej i więcej. Czy myśli pan, że w przypadku "Rysia" może być podobnie? Myślał pan o przyszłości swojej najnowszej komedii?

Reklama

Stanisław Tym: Nie, nie myślałem o jej przyszłości. Dziś robi się film dla współczesnego widza, do kin. Teraz życie filmu jest krótkie, przeleci i już. Jeśli kiedyś zdarzyło się coś - że nagle powstały filmy, które oglądają młodzi ludzie dziś, np. "Rejs" czy Miś - to ja nie mam w tym żadnego udziału, ani to nie moja zasługa. To jest zasługa tych mistrzów, którzy te filmy robili.

Dlaczego chciał pan, aby muzykę do filmu skomponował Piotr Rubik?

Stanisław Tym: Znamy się z Piotrem ponad 20 lat. Jeszcze z Teatru Rampa na Targówku Andrzeja Strzeleckiego. Nie było to jakieś wielkie przemyślenie - to wyszło naturalnie, podczas rozmowy. Zapytałem go i się zgodził.  

Cała machina "Rysia" ruszyła w czerwcu 2006 roku. Czy spodziewał się pan, że to wszystko będzie tak wyglądało - wielki szum, setki wywiadów?

Stanisław Tym: Nie wiem. Sam przeżywam tę przygodę w takiej kategorii zdumienia, zadziwienia i niespodzianki. Ja nie przypuszczałem, że praca związana z filmem jest zarówno przed nakręceniem, jak i po. Spodziewałem się przede wszystkim wysiłku na planie. A tu się okazuje, że to wszystko, co było na planie, ta cała praca, to jest  jak "mały śrucik" w porównaniu z tym, jak to jest po nakręceniu filmu -  kiedy trzeba udzielić kilkudziesięciu wywiadów, napisać książkę, mieć sesje zdjęciowe, przebierać się, śpiewać itd.

To jest dość interesujące jako zjawisko. Wiem, że takie są zasady dzisiejszego przemysłu filmowego. Kiedyś film był robiony inaczej, z innych powodów i na innych działał polach. Robiło się film, a jak się go skończyło robić, to szedł on do kin i się go wyświetlało. A teraz pierwszą rzeczą, o której ja dowiedziałem od producentów, zanim w ogóle została ustalona data rozpoczęcia zdjęć, była daty premiery filmu.

A poza tym to wszystko, co się wokół filmu dzieje, jest nawet bardzo przyjemne. Człowiek jest próżny. Jak jest dużo pytań, dużo osób chętnych, by dowiadywać się o różnych rzeczach, to człowiekowi imponuje, że jest ważny w takim momencie.

Czy widział pan już pierwsze reakcje widzów na pana film?

Stanisław Tym: Ja podczas wyświetlania filmu nie jestem na sali, bo bym się wstydził. Swego czasu, kiedy kino było prawdziwą sztuką i kiedy kino miało wszelkie powody, żeby się liczyć jako ważny wynalazek intelektualny, teoretyk kina światowego, Polak Karol Iżykowski, napisał książę na temat teorii kina, "X Muza". Opisał jego zdaniem bardzo okropne praktyki niektórych producentów, filmowców, którzy siadali wśród widzów, żeby się dowiedzieć, które elementy ich filmu są najśmieszniejsze, po to, by wyciągać z tego wnioski, by następne filmy kręcić jak gdyby pod publiczkę.

Kręcenie filmu pod publiczkę, po to, by jak najwięcej wyciągnąć z tego pieniędzy, było uznawane za rzecz niesmaczną, niegodną i niewłaściwą. To było wręcz naganne i się wytykało. W tej chwili jest to przykazanie nr 1. Niestety, czasy się zmieniły.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje