Vanessa Aleksander: Nie chcę nikogo zawiesć

Vanessa Aleksander w serialu "Belle Epoque" /Mirosław Sosnowski /TVN

To był jeden z najbardziej spektakularnych debiutów ubiegłego roku. Młodziutka aktorka szturmem wdarła się na ekrany.

Reklama

Rok 2017 należał do ciebie - zagrałaś w dwóch megaprodukcjach telewizyjnych - "Belle Epoque" i "Wojennych dziewczynach".

Vanessa Aleksander: - To było kosmiczne! Jednym z moich największych marzeń było dostać się do szkoły aktorskiej. Ledwo zostałam przyjęta, przyszły do mnie aż trzy propozycje ról - bo jeszcze w "Na noże". Ja wtedy niewiele robiłam zawodowo, nie miałam doświadczenia, a na każdym z planów czekało mnie po kilkanaście, kilkadziesiąt dni pracy.

Koledzy ci nie zazdrościli?

- Nie myślę o tym w ten sposób. Może tak, bo wszyscy chcą grać. Ale przecież mi też przytrafiło się tak, że przegrałam casting z najbliższą przyjaciółką. I byłam zazdrosna. Ale takie rzeczy się zdarzają, raz ja, innym razem ktoś inny, dlatego zdrowy rozsądek w tym zawodzie jest jedną z kluczowych rzeczy. Na zazdrość jest miejsce, ale tylko jeżeli jest ona zdrowa. Poza tym to nie jest tak, że to były pierwsze castingi, na które poszłam i od razu dostałam role. Mam za sobą mnóstwo prób i wcześniej wiele razy słyszałam: Nie. Tym razem się udało i dostałam kredyt zaufania.

Trafiłaś w dwie różne epoki - początek XX wieku i czas wojny. W której się lepiej odnajdywałaś?

- To kompletnie różne doświadczenia. Przygotowując się do "Belle Epoque" musiałam bardziej poeksplorować, więcej poczytać, bo to jednak odległe czasy. Więcej dni spędziłam na planie "Wojennych dziewczyn" i bardziej odnajdywałam się w tej charakteryzacji. Do tego stopnia, że kiedyś prosto z planu, w oryginalnej, przepięknej czerwonej sukience z tamtych czasów, poszłam na imprezę. I nikt nie zwrócił uwagi na to, że byłam ucharakteryzowana i w kostiumie z epoki.

Ale to w "Belle Epoque" zagrałaś pierwsze rozbierane sceny.

- Prywatnie traktuję cielesność jako pewnego rodzaju świętość, więc wyjście nago przed ekipę było dla mnie piekielnie trudne. Na papierze te sceny były bardziej wyuzdane, ale udało nam się z Pawłem Małaszyńskim je złagodzić. Na szczęście w trakcie realizacji scen zapewniono nam maksymalny komfort.

Przeżywałaś krytykę serialu?

- O dziwo, postać Mili, którą grałam, została potraktowana bardzo łagodnie. Najbardziej niestety dostało się Pawłowi i to było bardzo przykre. Ja zawsze będę go bronić, bo był świetnym partnerem na planie i ogromnie mi pomógł w trakcie realizacji projektu. Zresztą, my do końca wierzyliśmy, że robimy coś, co się spodoba ludziom. Ale skoro robimy to dla widza, a on nas krytykuje, to trzeba tę krytykę przyjąć. To była dla mnie cenna lekcja.

Za to widzowie pokochali "Wojenne dziewczyny" i ciebie w roli Ewki.

- Ewka na papierze była bardzo wdzięczną postacią. Miałam obawy, czy udźwignę tę rolę, czy nikt się na mnie nie zawiedzie. Ale serial bardzo się spodobał i to chyba dla nas największy komplement.

Cieszyłaś się na drugi sezon?

- Pewnie, mam nadzieję, że będzie też trzeci! Praca na planie była dla mnie fantastycznym czasem dojrzewania zawodowego i kształtowania opinii na temat tego, co mnie otacza. Mamy niesamowitą ekipę, całą, nie tylko obsadę, stworzyliśmy rodzinę, więc nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania. To przepiękni ludzie, którym bardzo dużo zawdzięczam. Gdyby nie oni, ten serial by tak nie wyglądał.

Reklama

Pewnie próbowałaś sobie wyobrazić, jak ty zachowałabyś się w tamtych czasach?

- Mimo że wiele o wojnie czytałam, obejrzałam mnóstwo filmów, rozmawiałam z ludźmi, którzy ją przeżyli, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak to było. Jakie to było niewyobrażalne poczucie zagrożenia, a jednocześnie potrzeba życia i czerpania z tego, co jeszcze pozostało. Spotkałam się z byłymi łączniczkami, które opowiadając o swoich przeżyciach, wspominały o tym, jaka była pogoda, kogo wtedy pokochały, co robiły z przyjaciółmi. Wojna wojną, ale one chciały w miarę normalnie żyć. I to staramy się pokazać.
 
Jak ci się gra z Michałem Czerneckim?

- Och... Michał! Pojemność jego serca i głowy bardzo mi imponuje, to wspaniały, wrażliwy człowiek i aktor. Podczas pierwszych prób scenariuszowych zapytałam o jego synów. Po czym dorzuciłam: "To zabawne, że różnica wieku między mną a twoimi synami jest mniejsza niż między tobą a mną!". Miałam obawy - między nami jest 20 lat różnicy, a istotne było, żeby Ewę i Witka łączyła dobra chemia. Szybko okazało się, że naprawdę fantastycznie nam się pracuje, mimo różnicy wieku. Michał jest wybitnym partnerem, dużo się od niego uczę.

Czyli nie żałujesz, że dla aktorstwa porzuciłaś architekturę?

- Nie. Ona mnie bardzo fascynowała, w liceum chodziłam na staże i prawie każde wakacje spędzałam w pracowniach architektonicznych. Dostałam oferty studiowania architektury w Anglii. Jestem pewna, że gdybym została architektem, też byłabym zadowolona, ale jednak niespełniona.

Mogłaś jeszcze, jak twoi rodzice, jeździć na łyżwach.

- Tak, oni jeździli w rewii "Holiday On Ice". Od najmłodszych lat byłam stawiana na taflę, ale nie chcieli, żebym się tym zajmowała profesjonalnie, bo wiedzieli, jaki to trudny zawód. Więc kiedy usłyszeli, że chcę być aktorką, też załamali ręce. Ale mimo wszystkich obaw mocno mnie wspierali i dalej mi kibicują.

To na koniec powiedz - boisz się, że po tym wspaniałym początku przyjdzie kryzys?

- To nie strach, tylko świadomość, że może tak być. Wiem, jak wygląda ten zawód, choć oczywiście nadzieje na to, by pracować jak najwięcej, są. Wiem, że może być różnie, i chcę pamiętać o tym, by być pokorną i wdzięczną.

Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Vanessa Aleksander

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje