Reklama

Traktuję ciało jak rekwizyt

Marta Żmuda Trzebiatowska ograniczyła swoją obecność w mediach. Udziela wywiadów jak na lekarstwo, nie występuje w telewizji, ale to nie znaczy, że próżnuje. Gra w teatrze i czeka na premierę komedii "Och, Karol 2" (21 stycznia 2011 roku). W filmie wciela się w Paulinę, jedną z kochanek głównego bohatera. Miłośniczkę błyszczyków i namiętnych pocałunków, dla której taniec erotyczny nie ma tajemnic.

Sceny łóżkowe z Piotrem Adamczykiem w "Och, Karol 2" nie były chyba dla ciebie żadnym wyzwaniem, prawda?

Reklama

Marta Żmuda Trzebiatowska: - Rzeczywiście, znamy się nie od dziś (śmiech). Po tych trzech latach, które minęły od zdjęć do "Nie kłam, kochanie", gdzie razem graliśmy, Piotr powiedział coś bardzo krzepiącego. Stwierdził, że już nie jestem dziewczyną, tylko kobietą. I zupełnie inną aktorką. Doświadczoną, świadomą, wyluzowaną, zdystansowaną, z poczuciem humoru.

Gdy spotkaliście się pierwszy raz, debiutowałaś na planie filmu. Miałaś prawo być spięta.

- Taak, nic wtedy nie wiedziałam. To miłe, że pracuję z ludźmi, którzy do mnie wracają. Przecież reżyserem "Nie kłam, kochanie" był Piotr Wereśniak, a producentem Tadeusz Lampka. Teraz spotykamy się przy okazji "Och, Karol 2". Czyli informacje, że jestem trudna, to jednak plotki (śmiech).

Jaka scena z "Och, Karol 2" najbardziej utkwiła ci w pamięci?

- Chyba striptiz. Piotr Wereśniak prosił, żeby potraktować ten taniec na luzie, ale i tak byłyśmy zestresowane. Każda z nas miała zatańczyć zgodnie z charakterem swojej postaci, z przymrużeniem oka. Chodziło o to, żeby pokazać, że nasze bohaterki nie są perfekcyjnymi tancerkami, że mogą się potknąć. To miał być atut. Chciałyśmy się przygotować, sugerowałyśmy choreografa, ale reżyser na to nie pozwolił. Muzykę dostałyśmy dopiero pół godziny przed sceną. Każda poszła w kącik i wymyślała choreografię. Mówimy o nas czterech - Kasi Zielińskiej, Małgosi Foremniak, Gosi Sosze i mnie. Reżyserowi tak się spodobało, że poprosił o striptiz także innych aktorów.


- Miło wspominam też sceny z domu Karola (Piotr Adamczyk), te z dziewczynami. To była burza mózgów! W pewnym momencie zaprzyjaźniłyśmy się z Gosią Sochą do tego stopnia, że stworzyłyśmy swój świat. Grałyśmy między innymi w wyimaginowanego tenisa, bez piłki. Nikt nie rozumiał, o co nam chodzi (śmiech).

Jaka jest twoja bohaterka?

- Początkowo widziałam ją jako roztrzepaną poetkę - szaloną, z kwiatem we włosach, jeżdżącą na rowerze. Ale Piotrek Wereśniak powiedział, że spośród wybranek Karola Paulina jest kobietą-dzieckiem. To była bardzo trafna uwaga, która zmieniła moje myślenie o tej postaci.

Chciałam, żeby była małą wstrętną żmijką. Sprytną, nie wyrachowaną. Ona jest w stanie zrobić wszystko, choćby udawać, że jest w ciąży, by zatrzymać przy sobie ukochanego. Na planie wydawało mi się, że to kobieca wersja Karola. Podobają się jej wszyscy mężczyźni. W przyszłości powinien powstać film "Och, Paulina" (śmiech).

Mówisz o tej roli z entuzjazmem. Praca na planie "Och, Karol 2" musiała sprawiać ci dużo radości.

- Obawiałam się spotkania z tyloma aktorkami, bo krążyły plotki, że to się może źle skończyć, że będzie ostra rywalizacja. Natomiast chcę powiedzieć głośnio i wyraźnie, że...

... była rywalizacja?

- Nie (śmiech). Będę nudna i zadam kłam temu stereotypowi. Spotkanie z dziewczynami było bardzo inspirujące! Rywalizowałyśmy, ale nie polegało to na wypychaniu się łokciami z kadru, tylko wymyślaniu czegoś oryginalnego, co wyróżni nasze postaci. To spotkanie zmobilizowało mnie twórczo. Bardzo. Gdy po zdjęciach wracałam do domu, wchodziłam do wanny i zastanawiałam się godzinami, jak zagrać nazajutrz w kolejnych scenach.

W jaki sposób ubarwiłaś swoją bohaterkę?

- Zaproponowałam, żeby cały czas używała błyszczyków do ust. W jednej ze scen Paulina mówi Karolowi, że jeden jest z lampką. To żart branżowy na cześć producenta Tadeusza Lampki. W innym ujęciu wymyśliłam, żeby miała czkawkę. Moja bohaterka bardzo lubi też pluszowe zabawki. Starałam się, żeby była charakterystyczna.

W pierwszej wersji filmu Paulinę zagrała Marta Klubowicz. Z tego, co mówisz, jej bohaterka jest zupełnie inna niż twoja.

- Może pani Marta przyjdzie na premierę "Och, Karol 2"? Byłoby miło. Ciekawe, co powiedziałaby o mojej roli, bo rzeczywiście zagrałam Paulinę zupełnie inaczej. Jej była eteryczna, delikatna, taka mgiełka.

- Pokazaliśmy w tym filmie podobną historię jak w pierwszej wersji, ale uwspółcześnioną. Nasze bohaterki są dużo cwańsze. Biorą Karola w obroty, nie ma nic do gadania, poddaje się. Ma przechlapane! Czasy się zmieniły. Kobiety po tych 25 latach są chyba bardziej ekspansywne. Biorą, co chcą. Nie wiem, może to smutna refleksja.

Dla kogo to będzie film?

- To komedia dla szerokiej publiczności, bez ostrych scen. Mogą na nią iść nawet 14-latkowie. Scena, w której robimy striptiz przed Karolem, jest chyba najpikantniejsza, ale bez przesady, nie ma w niej niczego niestosownego.

Dlatego, że - jak informowała prasa kolorowa - nie chciałaś rozebrać się przed kamerą?

- To jakaś bzdura wyssana z palca! Po prostu w tym filmie nie ma i nie było takich scen. Jeśli nagość w kinie jest uzasadniona, ma coś wyrażać, a nie jest dla hecy, żeby przyciągnąć ludzi do kina, to nie widzę przeciwwskazań. Nie mam z tym problemów, moje ciało traktuję jak rekwizyt. Jestem aktorką, taki zawód.

Czy szukałaś przed rozpoczęciem zdjęć inspiracji w pierwszej wersji "Och, Karola"?

- Pierwszy raz widziałam ją dawno temu i to przez palce, za kanapą, bo rodzice nie pozwalali. Film powstawał, gdy się rodziłam. Ma dokładnie tyle lat co ja. To był pierwszy, ale nie jedyny znak, że zagram w "Och, Karol 2". Któregoś dnia wracaliśmy autokarem z południa Polski, gdzie wystawialiśmy gościnnie spektakl "Motyle są wolne". Chcieliśmy obejrzeć jakiś film, ale na stacji benzynowej nie było nic ciekawego, a kierowca nie miał dużego wyboru. Zaproponowałam, żebyśmy włączyli "Och, Karola". Ewa Ziętek opowiadała mi historie i legendy o tym filmie. Rok później zadzwonił do mnie Piotrek Wereśniak i powiedział, że wysyła mi scenariusz. Nie chciał powiedzieć, w jakiej roli mnie widzi, sama miałam wybrać. Oddzwoniłam i powiedziałam, że chce zagrać, ale tylko i wyłącznie Paulinę. Też miał taką wizję.

Gdy rozmawialiśmy trzy lata temu, twoja kariera była w zupełnie innym miejscu. Dziś masz bardzo napięty grafik zajęć. Grasz w filmach, serialach, w teatrze, pracowałaś w Hollywood. Dzieje się!

- Najlepszą decyzją w moim życiu zawodowym było przejście na etat do warszawskiego Teatru Kwadrat. Poznałam wspaniałych ludzi, mam poczucie, że jestem w rodzinie. Przebywam wśród osób, którym na mnie zależy, które o mnie dbają, przejmują się moim losem, podpowiadają mi. Mogę czerpać z ich doświadczeń. Bardzo mi to pomogło. Mam też kontakt z żywą publicznością, która jest dla mnie najważniejszym krytykiem i najcudowniejszym nauczycielem.

Pracujesz ze znakomitymi, doświadczonymi aktorkami. Czy któraś szczególnie cię wspiera?

- W teatrze występuje mnóstwo wspaniałych aktorek, choćby Ewa Ziętek czy Ewa Wencel. Trudno wymienić tę jedną jedyną, która ma na mnie największy wpływ. Marzę, żeby zagrać na scenie z Ewą Kasprzyk. Spotkałyśmy się niedawno na planie "Och, Karol 2", gdzie wcielała się w mamę głównego bohatera. Brałyśmy też udział w próbach czytanych przed rozpoczęciem prac nad spektaklem "Motyle są wolne". To świetna aktorka, zrobiła wtedy na mnie duże wrażenie. Zresztą już wcześniej szalałam na jej punkcie po tym, gdy zobaczyłam ją w monodramie "Patty Diphusa". Mam też kilka innych marzeń i liczę na to, że je zrealizuję, ale bez pośpiechu. W młodości chwytałam każdą okazję. Teraz jestem mądrzejsza. Przede wszystkim nie mam już ciśnienia, nie muszę robić wszystkiego, tylko to, co chcę.

Przecież jesteś młoda!

- Wiem, mówię, jakbym miała 45 lat. Chodzi mi o to, że na początku przygody z aktorstwem człowiek myśli, że każda szansa jest ważna, że nie można przegapić żadnej roli. A prawda jest taka, że czasem trzeba coś przegapić, by móc się zastanowić i złapać dystans. Dbam o to, żeby nie było mnie za dużo, a byłam już bliska momentu, w którym mogłam się ludziom znudzić. Nie można się wyeksploatować, tylko rozłożyć siły na kilka, kilkadziesiąt lat.

Rzeczywiście, coraz mniej cię w prasie. Udzielasz wywiadów jak na lekarstwo.

- Muszę być bardziej tajemnicza (śmiech). Zauważyłam zależność, że im mniej udzielam wywiadów, tym staję się atrakcyjniejsza i ciekawsza. Tym bardziej ludzie chcą dowiedzieć się więcej.

Zaglądasz czasami do komentarzy w internecie, żeby przeczytać, co myślą o tobie ludzie?

- Staram się tego nie robić, ale czasami ciekawość zwycięża. Często jest mi przykro, bo ludzie wylewają żółć. Widać frustrację. Zanim uświadomię sobie, jakie podłoże mają te nieprzyjemne komentarze, mija kilka chwil. Gdy za bardzo boli mnie serce, wyłączam komputer. Dlatego najmilej wspominam wyjazdy z teatrem. Na tydzień zapominam o laptopie i telefonie. Jestem wolna.

Nie tęsknisz za Facebookiem?

- Nie mam konta w tym, ani żadnym innym portalu społecznościowym. Nawet nie wiem dokładnie, co to jest i jak działa. Wszyscy mnie pytają, czy tam jestem. Nawet Piotr Wereśniak powiedział, że jestem gapa i powinnam to zmienić. Nie mam też strony w sieci. Jestem internetową sierotką Marysią i dobrze mi z tym! (śmiech).

Rozmawiał: Jan Dziekan

MWMedia

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marta Żmuda Trzebiatowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje