W polskich kinach można już oglądać "Historie równoległe" Asghara Farhadiego, czyli najnowszy film dwukrotnego laureata Oscara i twórcy "Rozstania" oraz "Klienta". To inspirowana twórczością Krzysztofa Kieślowskiego opowieść, z muzyką Zbigniewa Preisnera i międzynarodową obsadą, m.in. Isabelle Huppert, Catherine Deneuve, Vincentem Casselem, Pierrem Niney'em. Belgijsko-francuska aktorka Virginie Efiry ("Miłość niemożliwa", "Benedetta", "Tylko my dwoje") zagrała tu jedną z głównych ról.
O pracy z Asgharem Farhadim, fascynacji twórczością Krzysztofa Kieślowskiego, spotkaniach różnych kultur oraz cienkiej granicy między fikcją a rzeczywistością z Efirą rozmawia Marcin Radomski.
Marcin Radomski, Interia Film: "Historie równoległe" opowiadają o uznanej pisarce (Isabelle Huppert), która przeżywa kryzys twórczy. Szukając inspiracji do nowej powieści, zaczyna podglądać swoich sąsiadów. Granica pomiędzy rzeczywistością, fikcją i literaturą stopniowo się zaciera, prowadząc bohaterów w niebezpieczne rejony pożądania. Ty z kolei wcielasz się w dwie kobiety - Annę i Nitę - które wydają się funkcjonować niczym dwa odbicia tej samej osoby. Czy zagranie tych kobiet było dla ciebie przede wszystkim wyzwaniem aktorskim, czy raczej okazją do odkrycia dwóch różnych stron własnej osobowości?
Virginie Efira: - To było fascynujące doświadczenie. Bliżej było mi do Nity, bo kiedy słyszę jej głos, od razu rozumiem sposób, w jaki patrzy na świat. Jest ciekawa ludzi, nie ocenia innych pochopnie i zawsze próbuje zrozumieć motywacje. Bardzo łatwo było mi odnaleźć jej wewnętrzny głos. Anna jest zupełnie inna. Kojarzy mi się z amerykańską aktorką lat 40. i 50. Avą Gardner, bo jest tajemnicza i hipnotyzująca. To kobieta, która potrzebuje spojrzenia innych, szczególnie mężczyzn, by utwierdzić się we własnej wartości. Dla mnie była postacią bardzo egzotyczną. Anna i Nita różnią się nie tylko temperamentem, ale także sposobem patrzenia na świat. Jedna wydaje się bardziej zmysłowa, druga kieruje się empatią oraz potrzebą zrozumienia drugiego człowieka.
Asghar Farhadi od lat buduje kino oparte na moralnych dylematach. Nie interesują go bohaterowie jednoznacznie dobrzy lub źli. Każda decyzja niesie konsekwencje, a widz bardzo często zmienia swoje sympatie wobec postaci w trakcie seansu. Kiedy przeczytałaś scenariusz "Historii równoległych", co było dla ciebie największym zaskoczeniem?
- Zastanawiałam się, dlaczego Asghar Farhadi zaproponował tę rolę właśnie mnie. Pomyślałam: "Może jestem już na to za stara? Może widzi we mnie osobę zbyt konformistyczną?". Z czasem zrozumiałam, że właśnie o to chodziło. Chciał sprawdzić, czy potrafię wyjść poza własne schematy. W trakcie pracy nad filmem przeszłam fizyczną metamorfozę. Dopiero wtedy zaczęłam wierzyć, że mogę stworzyć tę bohaterkę. To było interesujące doświadczenie, bo francuskie kino bardzo często opiera się na naturalizmie i realizmie społecznym, a tutaj grałam zupełnie inne kobiety. Lubię takie wyzwania.
Reżyser wielokrotnie podkreślał, że inspiracją do filmu był przede wszystkim "Krótki film o miłości" Krzysztofa Kieślowskiego. W "Historiach równoległych" można jednak odnaleźć również echa "Podwójnego życia Weroniki" czy "Trzech kolorów". To nie są dosłowne cytaty, lecz raczej twórczy dialog z polskim mistrzem. Jak wyglądały wasze rozmowy o Kieślowskim podczas przygotowań do filmu?
- Bardzo podoba mi się idea prowadzenia dialogu z innymi twórcami. Kino nigdy nie powstaje w próżni - wyrasta z filmów, które były przed nim. Asghar przyznał, że po ponownym obejrzeniu całego cyklu "Dekalogu" szczególnie poruszył go "Krótki film o miłości". Zresztą współproducentami są zmarły scenarzysta Krzysztof Piesiewicz i kreatywny, młody aktor Maciej Musiał. Farhadi zamiast opowiedzieć historię podglądania z perspektywy obserwatora, zaczął zastanawiać się nad światem dźwięków osoby obserwowanej. Tak narodził się pomysł, by głównymi bohaterami uczynić projektantów dźwięku. Asghar polecił mi też obejrzeć "Trzy kolory: Czerwony". Wcześniej znałam "Niebieski", ale "Czerwonego" jeszcze nie widziałam. To niezwykły film, bardzo poetycki, pełen subtelnych emocji. Lubię, kiedy reżyser odsyła aktora do innych dzieł. Nie chodzi o kopiowanie konkretnych scen czy postaci, ale o zrozumienie atmosfery, rytmu opowieści i sposobu patrzenia na świat. Dzięki temu łatwiej wejść w rzeczywistość filmu.
Jednym z najciekawszych tematów filmu wydaje się pytanie o granice sztuki. Bohaterka Isabelle Huppert podgląda ludzi, przepisuje ich życie do swojej powieści, a wraz z rozwojem historii pojawia się pytanie: czy artysta ma prawo wykorzystywać cudze doświadczenia dla własnej twórczości? Czy to jeszcze inspiracja, czy już przekroczenie granicy? Jak ty odczytujesz ten wątek?
- To bardzo charakterystyczne dla kina Farhadiego. Każdy z nas ma instynkty i impulsy, ale żyjemy w społeczeństwach, które uczą nas je kontrolować. Dzięki temu istnieje cywilizacja. Asghara fascynuje moment, w którym ta kontrola zaczyna się załamywać i na powierzchnię wychodzi coś bardzo ludzkiego, czasem wręcz zwierzęcego. Nie interesuje go prosty podział, a bardziej to, jak funkcjonujemy w relacjach z innymi i jak łatwo pod wpływem emocji możemy utracić panowanie nad sobą.
W "Historiach równoległych" motyw podglądania prowadzi również do refleksji nad współczesnym światem. Dzisiaj niemal codziennie obserwujemy życie innych ludzi za pośrednictwem mediów społecznościowych. Budujemy własne wyobrażenia o osobach, których często nigdy nie spotkaliśmy. Czy twoim zdaniem Farhadi opowiada również o współczesności?
- Myślę, że voyeuryzm istniał zawsze. Zmieniły się jedynie narzędzia. Dzisiaj mamy media społecznościowe i technologie, które znacznie ułatwiają podglądanie życia innych, ale ludzka natura pozostaje taka sama. Od zawsze byliśmy ciekawi drugiego człowieka. Media społecznościowe często tworzą jedynie iluzję rzeczywistości. Przypomina mi się zdanie Felliniego, że właśnie poprzez fikcję można powiedzieć o świecie więcej prawdy niż przez dosłowny realizm. Zresztą najlepiej robił to Kieślowski w swoich filmach. Bardzo wierzę w tę myśl. Fikcja potrafi odsłonić emocje i prawdy, których na co dzień nie dostrzegamy.
Najbardziej poruszające w filmie wydaje się jednak to, że podglądanie innych ludzi staje się sposobem odkrywania samego siebie. Bohaterowie zaczynają dostrzegać emocje i pragnienia, których wcześniej nie byli świadomi. Czy właśnie dlatego ta historia zrobiła na tobie tak duże wrażenie?
- Moja bohaterka cały czas poszukuje swojej świadomości. To właśnie jest sednem jej relacji z postacią graną przez Vincenta Cassela. Z zewnątrz można pomyśleć: "To nie ma sensu", "To nie powinno działać". A jednak dzięki filmowi zaczynamy rozumieć ich emocje. Kino pozwala dotrzeć do prawdy w sposób, którego sama rzeczywistość często nie potrafi, dzięki czemu możemy zrozumieć nasze emocje, oglądając film.
Jakim reżyserem jest Asghar Farhadi? Co najbardziej cię zaskoczyło z jego pracy z aktorem?
- Nigdy wcześniej nie pracowałam z reżyserem, który byłby aż tak precyzyjny. Każdy ruch, każde spojrzenie, tempo dialogu to wszystko było dokładnie przemyślane. Dla mnie było to spore wyzwanie, ponieważ zazwyczaj lubię dojść do momentu, w którym zapominam o technice. Oczywiście wiem, co mam zrobić, ale chcę zostawić miejsce na intuicję. Lubię, kiedy podczas ujęcia rodzi się coś nieoczekiwanego. Przy tym filmie wyglądało to inaczej. Musiałam znaleźć sposób, by zachować naturalność w bardzo precyzyjnie skonstruowanych ramach. To było niezwykle rozwijające doświadczenie. W Iranie reżyserzy mają zwykle więcej czasu na pracę nad scenami. We Francji produkcje są bardzo kosztowne, dlatego często trzeba działać szybciej. Asghar miał bardzo konkretną wizję każdej sceny i konsekwentnie ją realizował.
Paradoks polega na tym, że jego filmy sprawiają wrażenie całkowicie spontanicznych.
- Właśnie to jest niezwykłe. Kiedy oglądałam "Co wiesz o Elly?", miałam poczucie, że wszystko wydarza się naturalnie. Dzisiaj wiem już, ile pracy stoi za osiągnięciem takiego efektu. Uwielbiam również "Rozstanie". To filmy pełne życia. Bohaterowie są niejednoznaczni, czasami zabawni, choć podczas lektury scenariusza wcale się tacy nie wydają. Podoba mi się także sposób, w jaki Farhadi pokazuje relacje między ludźmi: skomplikowane, pełne napięć, ale jednocześnie niezwykle czułe. Jak każdy wielki reżyser jest trochę obsesyjny. Nie odpuszcza żadnego szczegółu, ale robi to dlatego, że naprawdę walczy o jakość filmu.
Praca z Asgharem Farhadim była dla ciebie również spotkaniem z irańską kulturą i zupełnie inną wrażliwością. W swoich filmach reżyser często pokazuje, jak codzienne gesty, słowa czy spojrzenia mogą znaczyć coś zupełnie innego w zależności od miejsca, w którym żyjemy.
- Tak, to były drobiazgi, ale bardzo ciekawe. Pamiętam scenę, w której ktoś mówi mojej bohaterce, że ma piękne dłonie. Odruchowo odpowiedziałam: "Przecież moje dłonie wcale nie są piękne". Usłyszałam wtedy: "W Iranie właśnie takie dłonie uważa się za piękne". To pokazuje, jak bardzo nasze postrzeganie piękna zależy od kultury. Czasem wydaje nam się, że pewne rzeczy są uniwersalne, a tymczasem okazuje się, że nawet sposób patrzenia na ludzkie ciało czy urodę jest czymś wyuczonym. Dla mnie było to fascynujące doświadczenie. Uwielbiam takie momenty, bo przypominają, że nie istnieje jeden obowiązujący sposób patrzenia na świat.
"Historie równoległe" prowadzą przecież dialog z twórczością Kieślowskiego, ale czy wcześniej znałaś polskich twórców? Co szczególnie cenisz w naszym kinie?
- Oczywiście. Powstaje u was wiele znakomitych filmów. Znam "Idę" i "Zimną wojnę" Pawła Pawlikowskiego. Niedawno oglądałam również "Ojczyznę". Bardzo lubię odkrywać kino z różnych części świata, bo każda kultura opowiada historie w trochę inny sposób i właśnie to jest najbardziej inspirujące. Zresztą obecnie pracuję przy kolejnych międzynarodowych projektach. Bardzo cenię takie spotkania różnych kultur.
Masz na myśli "Niespodziewane" Ryûsuke Hamaguchiego, za które wspólnie z Tao Okamoto otrzymałaś w Cannes nagrodę dla najlepszej aktorki. Czego nauczyła cię praca z Hamaguchim?
- To było niezwykle delikatne doświadczenie. Ryûsuke Hamaguchi ma wyjątkową umiejętność obserwowania ludzi. Nie szuka wielkich dramatycznych gestów, tylko drobnych emocji, które pojawiają się pomiędzy słowami. W jego kinie cisza często mówi więcej niż dialog. To właśnie najbardziej mnie w nim fascynuje. "Niespodziewane" opowiada o spotkaniu dwóch kobiet z różnych kultur, które na pierwszy rzut oka niewiele łączy. A jednak rodzi się między nimi niezwykle głęboka więź oparta na uważności, trosce i wzajemnym słuchaniu. To film o obecności drugiego człowieka.
Jednocześnie język filmowy Hamaguchiego i Farhadiego jest zupełnie inny. Czy praca z nimi nauczyła cię dwóch różnych sposobów myślenia o aktorstwie?
- Praca nad nim była zupełnie inna niż z Farhadim. Farhadi buduje napięcie poprzez precyzyjnie skonstruowany scenariusz i moralne konflikty bohaterów. Hamaguchi daje aktorom więcej przestrzeni na oddech i pozwala emocjom wybrzmiewać bardzo naturalnie. To dwa odmienne sposoby opowiadania historii, ale obaj są niezwykle humanistycznymi twórcami. Myślę, że właśnie dlatego oba te filmy tak mocno ze mną zostały.
Oba filmy pokazują także współczesny świat, w którym coraz trudniej o uważność. Żyjemy szybko, nieustannie gdzieś pędzimy, a tymczasem zarówno Farhadi, jak i Hamaguchi przypominają, że najważniejsze rzeczy dzieją się pomiędzy ludźmi. Mam wrażenie, że właśnie to jest wspólnym mianownikiem obu historii. Ty również tak je odczytujesz?
- Tak, i być może dlatego oba były dla mnie tak ważne. "Niespodziewane" przypomina, że troska, uważność i poświęcony komuś czas mają dziś ogromną wartość. Żyjemy w świecie, który nieustannie wymaga od nas produktywności i pośpiechu, a ten film mówi coś odwrotnego - że czasem najważniejsze jest po prostu być obok drugiego człowieka. To bardzo prosta myśl, ale niezwykle poruszająca.













