Jan Kwieciński jest producentem filmowym odpowiedzialnym za takie filmowe i serialowe hity jak "Atak paniki", "Ostatnia wieczerza", "Dzień matki", "W lesie dziś nie zaśnie nikt", "Sexify", "1670". Za ten ostatni w został wyróżniony Nagrodą Producenta Roku im. Piotra Woźniaka-Staraka. W czerwcu 2025 roku zasiadał w jury konkursu "Wyobraź Sobie", a przed nim intensywne miesiące. W sierpniu na ekranach kin debiutuje horror "13 dni do wakacji", a prace na planie serialowej "Lalki" ruszyły na początku lipca. A we wrześniu premiera wyczekiwanego drugiego sezonu "1670".
Katarzyna Ulman, Interia: Kolejna edycja konkursu "Wyobraź Sobie" za nami. Jesteś laureatem Nagrody Producenta Roku, teraz zasiadałeś w jury. Czego szukasz w nowych projektach i czego oczekujesz od młodych twórców?
Jan Kwieciński: Z pewnością szukałem projektu, który wymyka się stereotypom i jest “out of the box". Na pewno interesował mnie gatunek, szeroko pojęty oraz oryginalne do niego podejście. To było najważniejsze. Jeżeli chodzi o gatunek - to każdy, którego scenariusz czytając nie masz poczucia, że czytasz projekt, który czytałeś już sto razy. Pisanie, które wymyka się spod kontroli, jest oryginalne, przekorne, odważne jest tym, czego każdy z jurorów szukał. I znalazł.
W ostatnim czasie czytałam kilka komentarzy w mediach społecznościowych na temat stanu współczesnych produkcji filmowych i serialowych, w których pojawiał się zarzut, że są one zbyt "bezpieczne". Na ile w dzisiejszych czasach mogą pozwolić sobie twórcy? Na ile mogą podjąć ryzyko, aby ich film czy serial odniósł sukces?
- Cały czas trzeba grać z systemem - trochę tak, żeby zadowolić wszystkie strony, zadowalając też tę swoją, mniej bezpieczną. Na tym polega cała ta zabawa. Wszystko zależy od tego, co robimy - czy to kino do szerokiego widza, czy nie, ale np. w komedii romantycznej można przemycić rzeczy, które są inteligentne, oryginalne. Nie trzeba od razu kręcić nowego Davida Lyncha czy Quentina Tarantino. W ramach komercyjnych projektów szukam przewrotności i wydaje mi się, że paradoksalnie, platformy streamingowe i różne stacje są na to ryzyko bardziej otwarte niż twórcy - twórcy czasami boją się zaryzykować. Mówią: "dobrze, zróbmy to tak i tak, bezpiecznie", bo zależy im, żeby zrealizować projekt. Dlatego często piszą już z włączonym filtrem bezpieczeństwa.
- Z drugiej strony to jest tak jak z castingami - piszesz rolę, przeprowadzasz casting i przychodzi ktoś, kto niespodziewanie wygrywa ten casting, ponieważ twoja wyobraźnia nie sięga tam, gdzie może sięgać sztuka. Działamy w pewnych ramach, ale staramy się je łamać. O to chodzi w sztuce.
- Fajne jest to słowo, którego użyłaś - jeżeli czujemy, że piszemy za bezpiecznie, to musimy się dwa razy zastanowić. Jeżeli konstruujemy w komedii romantycznej bohaterów, którzy niczym się nie wyróżniają, nie możemy później dziwić się, że nie przemawiają do widza. Są dziesiątki przykładów filmów tego gatunku, które w pamięć zapadają, więc trzeba wyjść poza schemat. Szukamy więc takich osób i projektów.
Jak wyłapać takie talenty?
- Tutaj jest ważne doświadczenie; dużo czytam, spotykam się z ludźmi i mam już pewien ogląd tej rzeczywistości, dość szybko umiem ocenić, czy dana osoba - scenarzysta, scenarzystka - jest w stanie wycisnąć więcej z ram gatunku. Czy jest w niej niepokój, czy ma jakiś większy pomysł na historię. My jako producenci szukamy materiału do rozwoju, niekoniecznie zamkniętego dzieła. Oczywiście, jeśli dostaniemy coś, czego nie trzeba poprawiać, co nie wymaga dalszej pracy, to świetnie, ale nigdy się z takim przypadkiem nie spotkałem. Szukam partnera do rozmowy, człowieka, z którym da się coś zbudować na podstawie czegoś, co jest mniej niż bardziej bezpieczne. Co wymyka się schematom i jest czymś, czego ja na przykład nie potrafiłbym wymyślić. Jeżeli potrafię wymyślić akt drugi i akt trzeci, a nie jestem scenarzystą, to równie dobrze mógłbym napisać to sam. Chciałbym, żeby ktoś mylił mi tropy i być zaskoczonym kolejnymi kartami scenariusza. Jak wiem, co się wydarzy dalej, to jest niedobrze. Jeżeli jestem sobie w stanie wszystko wyobrazić, to takich projektów nie chcę rozwijać. Jeśli jednak coś mnie zaskoczy, czy to na pierwszej stronie, czy w połowie, czy nawet na końcu - świetnie.
- Pamiętam, jak przeczytałem zdanie z pierwszej strony scenariusza serialu "1670": "Nazywam się Jan Paweł Adamczewski, a moją życiową ambicją jest zostać najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski" ... Dostajesz takie zdanie i wiesz, że nawet gdyby reszta scenariusza była zła (a nie była), to mogę rozmawiać z autorem i rozwijać ten projekt, bo pomysł wychodzi poza moje oczekiwania. Wszystko polega na wymianie pomysłów, wymianie intelektualnej, kiedy ktoś proponuje coś ciekawego.
Zobacz też: Wyczekiwana kontynuacja polskiego hitu Netfliksa. Znamy datę premiery

Krajobraz filmowo-serialowy zmienia się w błyskawicznym tempie. Jak oceniasz wpływ platform streamingowych na branżę?
- Myślę, że mają pozytywny wpływ, ponieważ dają szansę zrealizowania rzeczy, które nie byłyby jakiś czas temu w ogóle realizowane, ze względu na to, że większość stacji, które bazują na reklamodawcach dużego ryzyka ponieść nie może. Taki system to luksus, jeśli chodzi o pracę producentów, ale i wyzwanie. Oczywiście to działa dwuczęściowo, bo takie nagrody jak Nagroda im. Piotra Woźniaka-Staraka, która mnie zmobilizowała do pracy, dają większe zaufanie wśród stacji, ponieważ jestem producentem mającym doświadczenie.
- Dla mnie ten system działa, a ja chciałbym produkować całe życie. Tak samo jak scenarzyści czy aktorzy jestem poddawany weryfikacji i im większe jest do doświadczenie, im większa jest ilość projektów, które zrobiłeś, tym większe są możliwości tworzenia. Jestem beneficjentem tego systemu, trudno więc żebym na niego narzekał - mi odpowiada system, w którym platforma jest gotowa rozmawiać i podjąć ryzyko, a ja mogę działać.
"Atak paniki", "Sexify", "W lesie dziś nie zaśnie nikt", "1670". Co stoi za sukcesem tych produkcji?
- Akson Studio (śmiech). Myślę, że stacje oczekują ode mnie projektu, który przekroczy bariery. Ja nie jestem specjalistą od robienia bezpiecznych produkcji - "Sexify" było pierwszym w Polsce odważnym serialem o seksie. "1670" też w jakimś sensie łamie schematy; jest pierwszym mockumentem realizowanym na taką skalę. To wspaniała ekipa, talent twórców, scenariusz. Ten serial daje też widzowi mądrą rozrywkę, w której jest częścią dialogu, a nie traktuje się go jak głupca.
- Tworzenie inteligentnej rozrywki w połączeniu z jakością to coś, w czym staram się specjalizować. "Atak paniki", "1670", "W lesie dziś nie zaśnie nikt" mają wspólny komponent - wychodzenie z utartych ścieżek, ale zarazem nie jest to wyważanie otwartych drzwi. Staram się robić wszystko rzetelnie - nigdy nie wypuściłem odcinka, który nie był dopracowany do końca. Nigdy też nie odcinałem kuponów od tego, co robiłem. Zawsze staram się dobierać ekipę tak, żeby to była dobrze dobrana ekipa, byli to najlepsi możliwi twórcy i umieli ze sobą współpracować. Tą drogą podążam i to się chyba sprawdza. Rynek jest obecnie przepełniony bardzo różnymi produkcjami, trudno się przebić. Serial czy film nie może więc być miałki, musi mieć charakter, pazur.
- W Polsce czasami stoimy w rozkroku - jeżeli ktoś lubi horror, to dostaje film z jedną straszną sceną, a ten horror tak naprawdę oznacza to, co dzieje się we wnętrzu bohaterów. Czyli jest to gatunkowy dramat. Horror powinien być horrorem - od wielu lat w Stanach Zjednoczonych horror nie jest już gatunkiem, który można odbębnić kilkoma jumpscare’ami. To już gatunek, gdzie muszą być pogłębione postaci. Mamy przecież "Midsommar. W biały dzień" czy "Hereditary".
- Teraz kolejna wersja "Nosferatu" - wydaje się, że jest to odcinanie kuponu od filmu, który już dwa razy powstał, jednak tak spięli tę historię i zrobili Nosferatu na sterydach. Strasznie cenię takie kino, w którym ktoś prowadzi ze mną intrygujący dialog. Zastanawiam się, jakie było podejście reżysera, jak wszystko zostało przedstawione, zrealizowane. Czym jest ten demon? Czego jest metaforą? Dzisiaj nie możesz sobie pozwolić na powiedzenie "dobra, jakoś to będzie". Nie, nie będzie. Twoja jakość jest taka, jak twój ostatni projekt. Jak nie dociśniesz do końca, to przepadnie. Też robiłem projekty, które przepadły, ponieważ czegoś zabrakło, coś wymknęło się spod kontroli. Tak się zdarza.

Jesteśmy w stanie kręcić w Polsce więcej kina gatunkowego? Nie tylko kryminały czy komedie romantyczne?
- Mam głębokie przekonanie, że idziemy w tym kierunku. Jest to trudne, ale na pewno jest to jeden z moich celów - realizować seriale gatunkowe. Zrobiliśmy już pierwsze kroki przy okazji "1670". Mam świetny scenariusz grozy, ale jak na razie nie jestem w stanie nikogo do niego przekonać. To jest zadanie producenta - musimy kierować się cierpliwością. Jestem maratończykiem, nie sprinterem. Mam czas, więc wszystko na spokojnie; ja jestem gotowy. Czy gotowe są stacje - to inna sprawa.
- Rozumiem, dlaczego nie chcą się decydować na niepopularne, gatunkowe produkcje - nie wiedzą, czy ryzyko się opłaci, a mówimy tutaj o dużych pieniądzach. Jednak... wiesz, za granicą np. wystarczą trendy. Teraz popularne jest "Dojrzewanie", więc powstanie pewnie wiele dramatów o młodych uczniach, którzy popełniają przestępstwo. Była moda na horrory, ale to też w pewnym momencie po prostu zwolniło. Jesteśmy w stanie kręcić horrory. Zrobiłem teraz thriller zatytułowany "13 dni do wakacji". Powolutku możemy robić tego typu filmy, choć moim zdaniem nie w ilości w jakiej oczekiwaliby widzowie.

A fantasy czy science fiction? Na takie produkcje potrzebny będzie duży budżet.
- Nie jesteśmy krajem wielkich budżetów i nigdy nie byliśmy do końca. Kino moralnego niepokoju, kilka produkcji sienkiewiczowskich i Wajdy, jak "Ziemia obiecana", były realizowane z większym rozmachem. Generalnie jednak byliśmy i jesteśmy specjalistami małego wielkiego kina, jak kino moralnego niepokoju. I takiego kina bym u nas szukał. Mieliśmy przykład "Ex Machiny" Alexa Garlanda. Jest świetny. Dlaczego nie możemy robić takich filmów?
- Albo "Moon" Duncana Jonesa z Samem Rockwelem - znów świetne kino sci-fi z małym budżetem. Tego bym szukał, na takie filmy się nastawiał. Małe wielkie kino - nie musimy się bać takich produkcji i są one u nas osiągalne. Jest to trudne do napisania, wymaga uwagi, czasu, inteligencji i pójścia nowymi drogami, ale szukajmy. Jesteśmy młodym, kapitalistycznym rynkiem, dajmy sobie chwilkę i możemy to zrobić.
Który z seriali czy filmów, które ostatnio oglądałeś, absolutnie cię zaskoczył?
- Pewnie to co wszystkich, czyli "Dojrzewanie". To serial wybitnie inteligentny, znakomicie zrealizowany świetnie napisany. Teraz oglądam kryminał z Jonem Hamem "Znajomi i sąsiedzi" na Apple TV+. Myślę, że pod kątem producenckim jest to idealna rozrywka - genialnie zagrana, świetnie napisana, możesz ją obejrzeć, kiedy chce zresetować głowę. Oprócz "Dojrzewania", bo to jest seans, do którego musisz się przygotować, ale oba seriale są świetne, bo każdy sprawdza się w innej roli i w całości ją spełnia. Jest jeszcze oczywiście genialny "The Curse". Stawiam wszystkie te seriale na równi - tak samo jak z literaturą. Czasami potrzebujesz poezji, a czasami fantastyki, romansu albo Harlana Cobena. To nie znaczy, że coś jest gorsze; po prostu właśnie rezonuje z tobą, trafia do ciebie.
- Ja nie wartościuję sztuki, ale jeżeli mam ochotę przeczytać tomik poezji, nie chcę, żeby po prostu ktoś "odbębnił robotę". Jeżeli szukam rozrywki, włączam "Znajomych i sąsiadów", a jeśli czegoś bardziej artystycznego - sięgnę po "Sukcesję", która przecież zawsze balansowała na granicy rozrywki, ciężkiego dramatu i greckiej tragedii.
Przed nami drugi sezon "1670". Czego możemy spodziewać się po nowych odcinkach?
- Są duże oczekiwania, nie zwalniamy tempa. Jan Paweł Adamczewski wciąż chce być najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski. Jest mocniej, bardziej i więcej. Taka jest koncepcja.
Zobacz też: Miliony fanów i status kultowej produkcji. Byliśmy na planie drugiego sezonu hitu Netfliksa










