Reklama

Stephen Graham: Sparring z Alem Pacino

Stephen Graham na premierze filmu "Irlandczyk" w Londynie (13 października 2019)

Urodziłeś się w 1973 roku, gdy do kin weszły "Ulice nędzy". Podobno to filmy z De Niro i Pacino przekonały cię do tego, żeby zostać aktorem.

Reklama

- Al Pacino i Robert De Niro są dla mnie jednymi z największych i najfantastyczniejszych aktorów wszech czasów. Gdy miałem 15 lat i powiedziałem ojcu: "Wiesz, ja chyba naprawdę chcę to robić. Będę grać. Chcę zrobić to tak, jak potrzeba. Solidnie. Spróbować. Nie wygłupy", powiedział, żebyśmy poszli do wypożyczalni na rogu ulicy. Wziął z półki trzy filmy: "Taksówkarza". "Ojca chrzestnego" i "Łowcę jeleni". Obejrzeliśmy je przez weekend. "To jest synku prawdziwe aktorstwo". Dla mnie to było coś wielkiego. Ci faceci - zawsze do nich aspirowałem, ścigałem ich.

Teraz z nimi grasz.

- To było niewiarygodne. Uważam, że miałem mnóstwo szczęścia. Praca z Robertem De Niro - mój uśmiech mówi sam za siebie. Al Pacino. Joe Pesci. Praca z nimi to coś niesamowitego, wiesz co mam na myśli?

Kto by nie chciał! Mówiłeś o tremie, ale czy to spotkanie, tak po ludzku, nie onieśmielało cię?

- Pracowałem akurat nad miniserialem "The Virtues" z Shane’em Meadowsem, gdy tak udało się zgrać terminy, żebym na weekend mógł polecieć do Nowego Jorku i spotkać się z... Bobem. BOBEM! Marty [Scorsese - przyp. DR] chciał, żebym zagrał, ale... BOB był producentem wykonawczym i chciał się wcześniej spotkać z ludźmi, którzy mieli pracować przy "Irlandczyku", żeby zobaczyć czy nadajemy na tych samych falach. Poleciałem. Możesz sobie wyobrazić, co to była za wyprawa! Jestem prostym chłopakiem z Liverpoolu. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie myślałem, że przydarzą mi się takie rzeczy, że spotkam ludzi, których zawsze podziwiałem. To było niesamowite - chyba się powtarzam?

Nie był to twój debiut u Martina Scorsese. Grałeś już u niego w "Gangach Nowego Jorku" i  "Zakazanym imperium". Na czym twoim zdaniem polega jego wyjątkowość jako reżysera?

- Dla mnie to przede wszystkim jego pasja. Poza tym tworzy dla aktorów bardzo przyjazne środowisko, w którym możesz naprawdę swobodnie grać i tworzyć. Shane Meadows też w podobny sposób pracuje. Nie narzucają konkretnych rozwiązań, obaj pozwalają aktorom eksperymentować. Przy nich wiesz, że żadna odpowiedź nie jest zła, nie ma złego gestu, działania, tylko są różne sposoby przedstawienia jakiejś sytuacji czy emocji. Żaden z nich nigdy nie wywiera presji. Sam ją w sobie wytwarzasz. Budują tę bezpieczną przestrzeń wzajemnego zaufania, atmosferę - może zabrzmię teraz trochę pretensjonalnie - w której możesz zbudować jak najbardziej prawdziwą, szczerą, organiczną postać. I nikt nie opowiada historii tak, jak Marty. Dzięki niemu wierzysz w siebie, w swoje możliwości. Jest jak dobry trener piłki. Zachęca, mobilizuje i ty dajesz z siebie wszystko, żeby go zadowolić. Daje tę iskrę, która się w tobie rozpala.

Dowiedz się więcej na temat: Irlandczyk | Stephen Graham

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje