Reklama

Sam Riley: Nie boję się otaczać mądrzejszymi od siebie

Sam Riley na premierze filmu "Mroczna dolina" (The Dark Valley) na festiwalu w Berlinie (2014)

Na czym polegało to "wyjątkowe podejście"?

Reklama

- Piotr dowiódł swojej lojalności, gdy stanowczo sprzeciwił się ograniczeniu zasług Marii i zgodził na przyjęcie noblowskiej nominacji wyłącznie pod warunkiem uznania jej udziału w badaniach. Grono naukowców początkowo było przeciwne kandydaturze kobiety. A on przekonywał, że skoro razem pracowali, razem powinni być brani pod uwagę do nagrody. Państwo Curie tworzyli małżeństwo oparte na wspólnej pasji i partnerstwie. Sprawiali wrażenie tak harmonijnej pary, że scenarzyści musieli znaleźć sposób, żeby wytworzyć pomiędzy nimi napięcie, jakiego potrzebuje kino.

Jak wtedy, gdy Maria zarzuca Piotrowi, że przywłaszczył sobie jej odkrycia?

- Tak jej się w tamtej chwili wydawało. Była zła, że nie może osobiście odebrać Nobla, miała pod opieką kilkumiesięczne dziecko. Z filmu można odnieść wrażenie, że Piotr był bardziej zainteresowany rozgłosem, jaki zyskali na fali popularności radu, niż ona. W rzeczywistości żadne z nich nie było, oboje skupiali się na ciężkiej pracy. Ale potrzebowali uwagi mediów, żeby zdobyć fundusze na badania. Ktoś się tym musiał zająć. Inna sprawa, że mogli być bardzo bogaci. Świadomie zrezygnowali jednak z patentów na opracowane przez siebie metody, aby umożliwić ludzkości korzystanie z odkrycia nowych pierwiastków i potencjału promieniotwórczości.

- Wspomniałeś o swojej żonie, Alexandrze Marii Larze. Tak jak Piotr z Marią, wy również jesteście partnerami w życiu i pracy, działacie w jednej branży. Jak to na was wpływa?

- Jeśli pytasz o rywalizację, to jej między nami nie ma. Dzielimy miłość do kina i jednakową, jak sądzę, zawodową ambicję. Traktujemy naszą pracę serio, ale tak, by nie przeszkadzało nam to cieszyć się życiem. Moja żona jest znacznie bardziej doświadczona ode mnie. Siedziała w aktorstwie blisko dekadę, zanim spotkaliśmy się na planie mojego pierwszego filmu. To ona pomogła mi ochłonąć po sukcesie "Control", wrócić na właściwe miejsce.

Sukces zawrócił ci w głowie?

- Wiesz, ten film odmienił moje życie. Jest wielu utalentowanych, nawet nagradzanych aktorów, którzy czekają na taką rolę latami i nigdy jej nie dostają, a mi przytrafiła się ona na samym początku kariery. Umówmy się: jako muzyk daleko nie zaszedłem. Pracowałem wtedy w magazynie odzieżowym i pubie w Leeds. W dniu dwudziestych szóstych urodzin odebrałem telefon z wiadomością, że dostałem główną rolę w filmie o Ianie Curtisie. Chyba trudno o lepszy prezent, prawda? Szczęście okazało się podwójne, na planie poznałem przyszłą żonę. Moje życie weszło na właściwe tory. Dobrze, że Cillian Murphy, którego reżyser Anton Corbijn długo brał pod uwagę, okazał się za niski do tej roli. (śmiech) Ale dopiero upływ czasu pozwolił mi obejrzeć "Control" z innej perspektywy.

Co masz na myśli?

- Poszliśmy ostatnio z żoną na seans w berlińskim Kinie Kant, zorganizowany rocznicę występu Joy Division. Od tamtego koncertu minęło 40 lat. Siedzieliśmy na sali, wśród fanów zespołu. Chyba jeden facet rozpoznał w nas nawet parę z ekranu. Ale zmierzam do czego innego. Po raz pierwszy spojrzałem na ten film przez pryzmat tragedii Curtisa. Na kilka dni dopadło mnie dziwne przygnębienie. Dotąd traktowałem ten projekt bardzo osobiście. Bez "Control" de facto nie byłoby mojej kariery, naszego małżeństwa ani dziecka.

Dowiedz się więcej na temat: Sam Riley

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje