Robert Kudelski: Alkohol przed występem? Nigdy w życiu!

Uwielbia aktorstwo, ale największą frajdę sprawiają mu koncerty. Zwłaszcza gdy staje sam przed setkami fanów i czuje, że potrafi poruszyć ich emocje.

Robert Kudelski

Przed naszym spotkaniem zerknęłam do TVN Fabuła, gdzie powtarzany jest od początku serial "Na Wspólnej". Straszny był ten Michał Brzozowski. Poważny, zamknięty w sobie.

Robert Kudelski: - Gdy się przez 13 lat gra jakąś postać, to powoli oddaje się jej trochę siebie. Trzymamy się scenariusza, ale część nas przechodzi na bohatera, chociażby pewne sformułowania, których używamy prywatnie. Z czasem więc postać zaczyna mówić własnym językiem, a nie językiem scenarzystów. Inna sprawa, że przez lata bohater zmienia się pod wpływem scenariusza, czasami scenarzyści dochodzą do wniosku, że postać trzeba nieco ocieplić, bo jest taka potrzeba. Tak było z Michałem, który zmienił się w ciepłego, opiekuńczego i rodzinnego człowieka. Teraz stoi murem za rodziną, a na początku wydawało się, że ten facet nie nadaje się do tego, żeby stworzyć jakikolwiek realny i prawdziwy związek. Był potwornie wredny!

Nie wszystko jednak w nim się zmieniło.

- Przez te 13 lat udało mi się zachować to dość ostre, czasami nawet czarne, poczucie humoru. Uważam, że to jest fajne i dla widza, i dla mnie.

Jeśli jesteśmy przy czarnym humorze, nie mogę nie zapytać o serial, nad którym pan pracuje. Wyczytałam, że będzie on w takiej konwencji. Zdradzimy nieco szczegółów?

Reklama

- Scenariusz jest już napisany. Jest w nim trochę kryminału i dużo poczucia humoru. Myślę, że jego sukcesem, jeśli dojdzie do produkcji, może być fakt, że każdy z bohaterów ma coś za uszami. Nie ma ewidentnie dobrych i ewidentnie złych.

Uff! To ja już czekam. Jako widza nudzą mnie bohaterowie kryształowo pozytywni!


- W telewizji rzeczywiście jest sporo takich postaci, a to nie jest ciekawe dla widzów. Każdy człowiek lubi podglądać, jak inni się zmagają z tym życiem i jak im czasem nie wychodzi to ani ładnie, ani czysto. Postać, która przez tysiąc odcinków jest dobra, w końcu zaczyna męczyć. Musi być trochę sporów czy konfliktów, by pokazać naturę ludzką. Popatrzmy na wszystkich, którzy nas otaczają. Gwarantuję, że nikt nie jest taki kryształowy. Jeśli ktoś trochę już przeżył, to miał wzloty i upadki. Jednym z moich ulubionych seriali są "Gotowe na wszystko". Pozornie ulica Wisteria Lane, przy której mieszkają bohaterki, jest spokojna, nawet nieco nudna, ale ile tam się dzieje! Dlatego ten serial tyle trwał i dlatego był taki ciekawy.

Zmieniając temat, chciałam zapytać o inną pana działalność. Czy śpiewanie daje panu dodatkowy zastrzyk energii?

- Zdecydowanie. Koncerty dają mi olbrzymią frajdę. Zawsze na początku tak jest, że ludzie przychodzą z postawą "zapłaciliśmy za bilet, więc proszę nas teraz zabawiać". Przyjemność sprawiają mi zwłaszcza momenty, gdy publiczność zaczyna być uczestnikiem koncertu. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to bałwochwalczo, ale gdy człowiek ma poczucie, że 200 czy 400 osób przychodzi, żeby posłuchać jednego faceta, który potrafi poruszyć pewne emocje, to robi to wrażenie. To jest taki troszeczkę rząd dusz. Zdarzyła mi się niedawno niesamowita historia. Koncert w Zielonej Górze w ostatniej chwili przeniesiono do innego miejsca. Był przez to opóźniony pół godziny. Na starcie było fatalnie, bo widzowie byli niezadowoleni, część zresztą nawet zrezygnowała. Wymyśliłem więc taką formułę, że część piosenek ktoś komuś będzie mógł zadedykować. I nagle okazały się tak nieprawdopodobne rzeczy, że ja się parę razy wzruszyłem. Myślałem, że ludzie potraktują to na zasadzie zabawy, a tymczasem mówili o bardzo osobistych rzeczach, o bracie, który wyjeżdża do Kanady, a siostra go prosi, żeby nie wyjeżdżał, jedna pani zadedykowała piosenkę swoim koleżankom amazonkom. Ludzie tak się zaangażowali, że przeszło to moje oczekiwania. Czułem pozytywną energię.

Czy to prawda, że warszawska publiczność jest najtrudniejsza?

- Wydaje mi się, że poza Warszawą jest często trudniej. Ludzie bardzo się cieszą, gdy przyjeżdżają do nich artyści, których znają np. z telewizji. A tymczasem są grupy teatralne, które dają koncerty słabej jakości, a widzowie nie dają się nabić w butelkę. Jeżeli widzą, że ktoś nie szanuje ich, nie szanuje ich czasu, a tylko przyjeżdża, żeby zarobić parę groszy, to później trudno ich przekonać. Parę razy zdarzyło mi się występować w miejscach, w których organizatorzy mi mówili, że przede mną był taki i taki spektakl, z którego ludzie wychodzili przed końcem i było im przykro, że ktoś ich niezbyt poważnie potraktował i na przykład wyszedł na scenę nie do końca trzeźwy.

Zdarzyło się panu wyjść na scenę po alkoholu?

- W życiu! Gdy debiutowałem u Adama Hanuszkiewicza w sztuce "Romeo i Julia", w dzień próby generalnej siedzieliśmy cały dzień w teatrze. Któryś z kolegów tego dnia miał urodziny i poczęstował nas nalewką. Wyszedłem na scenę i miałem wrażenie, że nie pamiętam tekstu. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy więcej tego nie zrobię. Gdybym w taki sposób chciał obniżać sobie tremę, to bym poległ.

Kiedyś dużo pan podróżował. Nadal ciągnie pana w świat?

- Przez jakiś czas nie wyjeżdżałem, ale lubię podróże. Są rodzajem odskoczni od codzienności i pozwalają nabrać dystansu do wszystkiego. Czasami potrzebuję się urwać choćby na chwilę. Wcześniej było to tylko moje i dlatego jeździłem sam, teraz już dojrzałem do tego, że lubię się tym dzielić z przyjaciółmi i dlatego od czasu do czasu komuś proponuję, żeby uciekł ze mną na kilka dni. Kiedyś siedziałem w restauracji, a przy sąsiednim stoliku jeden pan drugiemu opowiadał, że on ma wielki potencjał, ale ograniczają go zewnętrza. Wtedy mnie to rozbawiło, ale teraz myślę, że mnie też czasami te zewnętrza zaczynają ograniczać i wtedy uciekam w świat.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kudelski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje