Ożywienie legendy pierwszej części okazało się prostsze, niż przypuszczał. - Kiedy Meryl Streep założyła kostium Mirandy, natychmiast się nią stała - opowiada reżyser David Frankel. Co się zmieniło? - To, że w oryginale świadomie budowała dystans wobec partnerów na planie. Chciała, żeby zwłaszcza młodsze aktorki czuły się przy niej nieswojo - zdradza. Dziś atmosfera jest inna, bardziej zespołowa, ale napięcie wpisane w relacje bohaterów pozostaje jednym z fundamentów opowieści.
Nowa odsłona "Prady" to nie tylko powrót kultowych postaci, lecz także próba uchwycenia świata, w którym władza, moda i media coraz wyraźniej splatają się z wielkim kapitałem i niepewną przyszłością całej branży.
Film "Diabeł ubiera się u Prady 2" trafił na ekrany polskich kin 1 maja. Z reżyserem obu części dla serwisu Interia Film rozmowę przeprowadził Artur Zaborski.
Artur Zaborski: Cameo Lady Gagi w pańskim filmie to jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic filmowych tego roku. Chcesz powiedzieć czytelnikom, dlaczego powinni zostać w kinie do końca?
David Frankel: - Jeśli zostaniecie do końca napisów - a są one bardzo długie, ostrzegam, trwają siedem minut - to zaczynają się od reprise'u piosenki "Runway", którą Gaga wykonała w ducie z kimś, kogo nazwiska nie mogę teraz zdradzić. A potem w trakcie napisów pojawia się jeszcze jeden utwór Lady Gagi, "Glamorous Life". Może to wystarczy jako niespodzianka.
"Diabeł ubiera się u Prady" swój fenomen w dużej mierze zawdzięcza także kapitalnym kostiumom. Co chcieliście przekazać, tworząc garderobę Mirandy i Andy?
- W przypadku Mirandy zawsze chodzi o władzę. Wydaje mi się, że jest właściwie tylko jedna naprawdę ozdobna marynarka, którą nosi. To model Driesa Van Notena z frędzlami, który ma na sobie, gdy jest pod ostrzałem krytyki. Poza tym na jej stroje składają się ubrania w bardzo czyste linie, z mocno zaznaczonymi ramionami. W przypadku Andy jest to trochę bardziej skomplikowane, bo chcieliśmy wprowadzić ją w ten świat. Jako dziennikarka, która podróżowała przez 20 lat, nie miała dużego dostępu do mody - poza rzeczami z second-handów i tym, co zbierała po drodze. Budowanie jej garderoby było ciekawym wyzwaniem. A potem, kiedy zaczyna pracę w "Runway", stworzyliśmy taki pomysł, że może podbierać ubrania z magazynu i w miarę rozwoju filmu staje się coraz bardziej glamour.
Jaka była atmosfera pierwszego dnia na planie? Czuliście presję związaną z tym, że pierwsza część stała się kulturowym fenomenem?
- Nadal czuję presję (śmiech). Na początku była ona wręcz przytłaczająca. Czułem ogromny lęk, że rozczaruję fanów. Ale pierwszy dzień na planie był w pewnym sensie cudowny, bo w momencie, kiedy Meryl założyła białą perukę i kostium, natychmiast stała się Mirandą. Na szczęście, tym razem była dużo bardziej przyjazna wobec innych aktorów i ekipy. Przy pierwszym filmie trzymała dystans - chciała, żeby zwłaszcza Annie i Emily czuły się przy niej nieswojo. Tym razem to było znacznie bardziej radosne doświadczenie dla wszystkich.
Jednym z tematów filmu jest znaczenie prasy oraz zagrożenia ze strony mediów społecznościowych, krótkich form i AI. Czy wierzy pan w to, że jakościowe dziennikarstwo przetrwa?
- Mam taką nadzieję. Choć wygląda na to, że stanie się odwrotnie. Nie chcę być pesymistą, ale wydaje się, że fala cyfryzacji nas przytłoczy. I to jeszcze zanim naprawdę uderzy w nas tsunami sztucznej inteligencji. Mam jednak nadzieję, że nowe pokolenie zacznie znowu doceniać doświadczenia "na żywo". Wracają do kina. Kupują winyle. Po prostu chcą więcej bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi. Może więc pojawi się jakiś odruch sprzeciwu wobec technologii.
Wiele osób zastanawia się, czy aktorzy na planie improwizowali, czy wszystko, co mówili było zawarte w scenariuszu?
- Zaczęliśmy od naprawdę świetnego scenariusza autorstwa Aline Brosh McKenny. A kiedy masz tak solidną podstawę, łatwo potem sobie pozwolić na pewne eksperymenty. Na przykład jedna z pierwszych scen - pierwsze spotkanie Mirandy i Andy - kiedy Miranda zwalnia redaktorkę działu. Według scenariusza miała powiedzieć wtedy: "Cornell, summa cum laude…" [Cornell, z najwyższym wyróżnieniem - przyp. red.], a zdanie "Była pierwszą osobą w rodzinie, która poszła na studia", o ile pamiętam, było pomysłem Meryl.
Jak tworzyliście z Meryl Streep postać Mirandy? Zakładam, że oboje mieliście jakąś wizję tego, jak wygląda jej życie po pierwszej części. Czy to, co widzimy w sequelu, to bardziej twoja wizja, jej wizja, czy efekt współpracy?
- Zdecydowanie efekt współpracy. Bardzo ważną rolę w budowaniu postaci odgrywa scenarzystka, więc była to współpraca między nami trojgiem. Dużo rozmawialiśmy, choćby o tym, czy Miranda powinna być zamężna, czy ma być szczęśliwa w małżeństwie, bo to było istotne w pierwszym filmie. Teraz pewnym zaskoczeniem jest to, że wydaje się dość komfortowo funkcjonować z mężem, Stewartem, czyli postacią graną przez Kenneth Branagh. To sporo zmienia. Jest może bardziej spokojna w życiu prywatnym, ale jednocześnie bardziej wrażliwa w pracy. Budżety są mniejsze, nakład pisma spada, presja ze strony jej szefa, Irva, rośnie. Liczy na awans, który nie nadchodzi. W efekcie wydaje się bardziej niepewna i bardziej podatna na zranienie niż w pierwszym filmie.
W "dwójce" widać trochę więcej solidarności między Mirandą a Andy. Czy ten wątek pewnej solidarności między kobietami jest dla pana odbiciem czasów, w których żyjemy?
- To ciekawe, że one muszą ze sobą współpracować. Na początku zostają wrzucone w tę sytuację i żadna z nich tak naprawdę nie chce tam być. Ale film jest trochę o przetrwaniu. O tym, jakie poświęcenia jesteś gotów ponieść, żeby po prostu przetrwać. Obie są gotowe zapłacić pewną cenę, żeby utrzymać pracę. Andy, żeby móc dalej zajmować się dziennikarstwem, a Miranda, żeby ocalić "Runway" jako magazyn. I to wymuszone "małżeństwo" okazuje się całkiem udane. Zawsze jednak pozostaje ten drobny element napięcia, który Miranda chce, żeby wszyscy wokół niej czuli: "Hej, nie jesteśmy zespołem, nie jesteśmy partnerami, ja wciąż jestem twoją szefową".
Pierwszy film dotyczył głównie świata mody. Sequel eksploruje też świat wpływowych ludzi i wielkiego kapitału.
- Zależało nam, żeby w tym filmie zbadać coś nowego, podejść do tematu inaczej i opowiedzieć historię bardziej złożoną, bardziej osadzoną w świecie biznesu. Chcieliśmy też odzwierciedlić to, co dzieje się dziś w szeroko pojętych mediach: kurczenie się dziennikarstwa, przechodzenie do świata cyfrowego i strach przed sztuczną inteligencją, która znów może wszystko wywrócić do góry nogami. Jedną z przyjemności pracy nad tym filmem było to, że mieliśmy poczucie tworzenia czegoś naprawdę aktualnego.
Czego szukaliście, obsadzając nowych aktorów w tak rozpoznawalnym świecie?
- Szukaliśmy ludzi naprawdę zabawnych i bardzo utalentowanych. Mieliśmy szczęście z nowym pokoleniem, na czele którego stoją Simone Ashley jako Amari, Caleb Hearn jako Charlie i Helen Shen jako Jin. Tym razem w życiu tych postaci pojawiają się też wspierający mężczyźni. Kenneth Branagh jako Stuart i Patrick Bramall jako Peter wnoszą inny ton do ich relacji. No i oczywiście trochę podśmiewamy się z miliarderów i ich wpływu na media, stąd obsadzenie Justina Theroux jako Benjiego.
Film mówi też o pokoleniu Andy - millenialsach uwięzionych na zmieniającym się rynku pracy, w którym trudno nie czuć obawy o przyszłość. Jak patrzy pan na ten temat?
- Kiedy pracujesz w wymagającej pracy, czujesz ciągłą presję, a tempo jest bezlitosne. Chcieliśmy, żeby film miał właśnie taki nerwowy, intensywny rytm. Słowem, którego często używaliśmy, było "napędzający", chcieliśmy, żeby wszystko nieustannie pchało się do przodu. Świat Andy jest dziś trudny, szczególnie dla młodych ludzi. Ona sama ma teraz czterdzieści kilka lat, co jest dużą zmianą względem pierwszego filmu, ale wciąż ma tę samą desperacką potrzebę utrzymania pracy. Mierzy się z tymi samymi pytaniami, które dziś mają młodzi ludzie: jak w ogóle zdobyć pracę? Czy w przyszłości będą jeszcze miejsca pracy? I czy będą w branży, która cię interesuje?
Tak jak moda, film też podlega trendom, styl czy humor mogą się bardzo szybko zestarzeć, zwłaszcza gdy między oryginałem a sequelem mija 20 lat. Czy bał się pan, że czas, duch epoki albo moda się zmienią i film nie odniesie sukcesu?
- Nadal się boję. Czekam, żeby zobaczyć, czy ludzie w ogóle przyjdą do kina. Ale mam ogromną wiarę w tych aktorów. I miałem dużą wiarę w scenariusz. Aline Brosh McKenna napisała go z niesamowitym wyczuciem. A fakt, że pierwszy film wciąż jest cytowany po 20 latach, dał nam sporo pewności siebie. Może nawet fałszywej, ale jednak nas to napędzało.
Ponownie Nowy Jork nie jest tłem, tylko bohaterem filmu.
- Nowy Jork bardzo się zmienił przez te 20 lat. To moje ulubione miejsce do kręcenia filmów. Ono samo w sobie wygląda jak plan filmowy, nawet jeśli nic nie kręcisz, wystarczy iść ulicą. Mieliśmy też szczęście, bo codziennie obserwowały nas setki fanów. To miasto jest niezwykle ważne, ma własne, szalone życie. Dlatego nawet gdy bohaterowie są w środku, chciałem filmować ich przy oknach, żeby cały czas czuć obecność miasta. Film czerpie z Nowego Jorku ogromną energię. Każdy, kto tam jedzie, czuje się bardziej żywy.
Postać Mirandy była inspirowana prawdziwą osobą. Teraz pojawia się Benji grany przez Justina Theroux, który też wydaje się oparty na kimś realnym. Co chciałeś pokazać tą postacią?
- Nasza kultura jest dziś w dziwnym miejscu, miliarderzy zdają się dominować każdą jej część. Czy coś osiągnęli? Tak. Czy powinni mieć kontrolę nad naszym życiem? Nie. To fascynujące, kim są i jak działają. Odwzorowując to, Justin stworzył świetną, komediową postać.














