Reklama

Renata Dancewicz: Feministka i seksbomba

Zdobywczyni Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni nie ugania się za nowymi rolami i... wcale nie lubi być oceniana.

To nie ja okrzykiwałam się seksbombą ani nie podtrzymywałam tego wizerunku - przekonuje Renata Dancewicz

Na co dzień oglądamy ją jako Weronikę w serialu "Na Wspólnej". W ciągu 26 lat swojej karier y zagrała ponad 30 ról filmowych i serialowych oraz niezliczone na scenach różnych teatrów. W aktorstwie nie przeszkadza jej ani - jak sama mówi - lenistwo, ani nawet wrodzona nieśmiałość.

Reklama

Z serialem "Na Wspólnej" jest pani związana od początku. Czy po 13 latach występowanie w roli Weroniki wciąż sprawia pani przyjemność?

Renata Dancewicz: - Tak, chociaż na szczęście nie mam zdjęć codziennie, bo można by było oszaleć. Przy tym serialu pracują fajni ludzie i dzięki nim to przyjemna praca. Tym bardziej, że jak mam jakieś pomysły, to czasami są uwzględniane w scenariuszu. Na przykład niedługo mój pies, znajda Myszkin, dołączy do obsady "Na Wspólnej" jako mój zwierzak serialowy. Rewolucji w jego życiu to nie wywoła, bo i tak ze mną jeździ do pracy. Wszędzie z nim chodzę: do lekarza, knajpki, kina. Myszkin to zresztą koneser kina, obejrzał już ze mną jakieś trzydzieści filmów.

Świadkiem jakich wydarzeń z życia Weroniki będzie więc Myszkin na planie "Na Wspólnej"?

- Tego, co właśnie kręcimy, nie mogę ujawniać. Zdradzę tylko, że po przepisowej żałobie - bo przecież Weronika niedawno owdowiała - na horyzoncie pojawia się pewien pan. Poza tym więcej będzie wątków kryminalnych.

Słynie pani z ostrego wyrażania swoich poglądów na aktualne tematy. Myślała pani kiedyś, żeby zaangażować się w politykę?

- Nie, bo wszyscy, którzy się w nią zaplątali - z przekonania albo niechcący - kończą nieźle poturbowani. Nie bez przyczyny politycy lądują na dnie we wszystkich rankingach zaufania. Za to pielęgniarki i strażacy są zawsze na szczycie (śmiech). Na dodatek nędza naszej klasy politycznej jest tak wielkiej klasy, że w ogóle nie rozważam mojego zaangażowania w tę sferę. Interesujące mnie organizacje i akcje chętnie wspieram za to prywatnie. Nie widzę powodu, żeby ukrywać swoje poglądy dlatego, że jestem aktorką. Przede wszystkim jestem jednak człowiekiem, który ma własne opinie. Dla mnie bardzo ważne jest określenie swojej tożsamości - kim jestem jako kobieta, czy jestem wierząca, w jakim kraju chciałabym żyć, czy jestem socjalistką, czy raczej fanką wolnego rynku... Zatem mój zawód w ogóle nie kłóci się z tym, że głośno mówię, co myślę.

A to, że jest pani feministką, współgra z łatką seksbomby, jaką przypięto pani na początku kariery?

- To nie ja okrzykiwałam się seksbombą ani nie podtrzymywałam tego wizerunku. Trudno sobie wyobrazić, że ludzkie życie będzie ilustracją jakiejś idei. Jestem więc feministką, która miała dwie rozkładówki w "Playboyu" (śmiech). Może to z pozoru dziwne, ale akurat tak się wszystko potoczyło. To było dawno, w latach 90., a ludzie się przecież zmieniają. Poza tym nie wierzyłam wtedy - ani tym bardziej teraz - w tę swoją seksbombowatość, nigdy nie było to dla mnie wiele warte. Wręcz przeciwnie - raczej trochę obciachowe. Ale nie żałuję swojej obecności na łamach tego pisma: za zwyczaj robię to, na co akurat mam ochotę, i wtedy właśnie tak było.

Miała więc pani ochotę zostać aktorką?

- Zostałam nią z przekory. Jan Machulski, który był dziekanem na wydziale aktorskim w szkole teatralnej w Łodzi, wyrzucił mnie na drugim roku.

Słusznie?

- Sama siebie też bym pewnie wyrzuciła (śmiech). W każdym razie wydaje mi się, że gdybym normalnie skończyła szkołę, nie chciałoby mi się nikomu nic udowadniać, chodzić na castingi albo zdjęcia próbne, bo to jest męczące. Na szczęście więc dzięki temu, że mnie wyrzucili, obudziła się we mnie przekora i od dwudziestego któregoś roku życia miałam pracę jako aktorka.

Musi pani jeszcze coś udowadniać?

- Po prostu mi się nie chce. Jestem z natury leniwa i chyba mało ambitna, co mam sobie do zarzucenia. Czasem brakuje mi motywacji, żeby walczyć o jakąś rolę.

Podobno jest pani nieśmiała. To w ogóle możliwe w pani zawodzie?

- Nie lubię przyciągać uwagi. Jako dziewczynka byłam nieśmiała chorobliwie, bałam się powiedzieć "dzień dobry ", żeby ktoś na mnie dłużej nie spojrzał.

Nie mogła mieć pani chyba takiej nadziei, kiedy występowała w scenach rozbieranych, na przykład w tej słynnej z "Pułkownika Kwiatkowskiego".

- W latach 90. chyba nie było filmu, w którym aktorki nie były rozbierane. Kiedy więc czytałam scenariusz "Pułkownika...", ucieszyłam się, że Krysia, w którą się wcielałam, ani razu się nie obnaża. Ale reżyser Kazio Kutz sprowadził mnie na ziemię, kiedy nagle wymyślił scenę, w której grany przez Marka Kondrata Kwiatkowski płacze, widząc mnie śpiącą z nagim biustem. Byłam wściekła. Marek też miał wątpliwości: "Kaziu, ale jak to ja mam szlochać nad gołą kobietą". Na szczęście Kutz go przekonał, bo to ważna scena.

Dziś lepiej znosi więc pani nieśmiałość?

- Nie, nadal nie lubię, jak ktoś się na mnie gapi. Teraz też wolę kameralne spotkania niż wielkie bale.

I niż występy na parkiecie "Tańca z Gwiazdami"?

- Udział w tym programie był mi potrzebny, bo miałam kilkuletnie dziecko i niezbędna maluchom na tym etapie rozwoju rutyna zaczęła mi doskwierać. Z przyjemnością chodziłam więc na treningi, z radością przywitałam to, że zeszczuplałam i zgubiłam cellulit (śmiech). Treningi lubiłam, ale nienawidziłam występów. Przed kamerami żaden z tańców mi dobrze nie poszedł - to był taki koszmar, że ze stresu nie pamiętam ani jednego popisu na parkiecie. Bo ja naprawdę nie lubię, jak mnie ktoś ocenia.

To jak pani znosi komentarze prasy kolorowej na temat pani wyglądu, gdy już zdarzy się pani pojawić na jakimś bankiecie albo premierze?

- No, raczej mam opinię wieśniary (śmiech). Nie mam z tym problemu, bo jak wszyscy są ubrani przez tych samych stylistów, to ja wolę być ubrana po swojemu. Poza tym przesadne dbanie o wygląd wymaga dużo pracy, a dla mnie to strata czasu.

Na brydża go pani nie żal...

- Lubię karty od dziecka, babcia mnie nauczyła grać w oczko, kiedy miałam sześć lat. Moja rodzina zawsze była karciana. Potem czytałam o brydżu, oglądałam, jak ludzie w niego grali w filmach. Spodobało mi się, kupiłam sobie samouczek - taką zieloną książeczkę. Później grałam z kolegami, zapisałam się do sekcji brydża sportowego - i wsiąkłam.

Podobno po tym, jak ktoś licytuje w brydżu, można poznać jego charakter. Na co wskazuje pani styl gry?

- Że jestem za bardzo hop do przodu (śmiech). Mam skłonność do przelicytowywania karty, nie jestem graczem ostrożnym, tylko z góry przyjmuję wariant optymistyczny. Wydaje mi się, że trafię na taki układ kart partnera, że zrównoważy niedostatki moich kart. Poza tym wygrana nie jest najważniejsza, dlatego nie zniechęcam się, nawet kiedy mam słabsze wyniki. Najbardziej podoba mi się towarzyski charakter tej gry.

Właśnie - to prawda, że grała pani z Januszem Korwin-Mikkem?

- Nie z, ale przeciwko niemu, i to kilka razy. To uroczy człowiek, pod warunkiem że się nie wypowiada na temat polityki i kobiet. Zresztą na turnieju nie zwraca się aż tak uwagi na znanych ludzi przy stole, istotniejsza jest rozgrywka. Wydaje się, że w trakcie robra niewiele się dzieje, ale ludzie się kłócą, obrażają. Raz byłam świadkiem, jak gracze się pobili, dostał nawet sędzia, który przybiegł interweniować.

Dużo pani gra?

- Teraz mniej - bo pochłania mnie wiele innych zajęć - chociaż nadal bardzo to lubię. Kiedy tylko mogę, staram się jeździć na turnieje. To podwójnie przyjemne, bo bardzo lubię życie na walizkach, hotele, takie oderwanie się od rutyny.

Czyli dobrze wybrała pani i zawód, i hobby.

- Czy ja wiem? Gdybym miała decydować, najchętniej żyłabym w rzeczywistości z filmów Woody'ego Allena: na Manhattanie, w środowisku dziennikarsko-akademickim. Tam, gdzie wszyscy palą, piją, dyskutują i romansują (śmiech).

Rozmawiała Anna Bugajska.

***Zobacz materiał o podobnej tematyce***

To i Owo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Renata Dancewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje