Choć od dekad mieszka i tworzy w Kanadzie, w swoim oscarowym przemówieniu ze wzruszeniem dziękował Kanadyjczykom, jak i Polakom za wsparcie. W duecie artystycznym ze swoim przyjacielem Chrisem Lavisem zyskał w tym roku drugą nominację do Oscara, tym razem wracając do domu ze statuetką w ręku. Uhonorowana nagrodą Amerykańskiej Akademii Filmowej "Dziewczynka, która płakała perłami" to prawdziwy majstersztyk animacji poklatkowej, który mimo krótkiego metrażu stanowi opowieść niezwykle fascynującą i kompletną. O kulisach pracy nad filmem, rodzinnym Poznaniu i planach na przyszłość opowiada nam Maciek Szczerbowski.
Daria Sienkiewicz: Urodziłeś się i wychowałeś w Poznaniu. Czy dobrze pamiętasz to miasto?
Maciek Szczerbowski: - Tak, oczywiście. Myślę, że cała moja przygoda filmowa zaczęła się właśnie w Poznaniu. Pamiętam to miasto bardzo dobrze. Po tym jak wyjechaliśmy i przenieśliśmy się z rodziną do Kanady, minęło wiele, wiele lat, zanim mogłem do niego wrócić. Moje wspomnienia o tym miejscu stały się więc trochę mitologiczne - częściowo rzeczywiste, a częściowo przefiltrowane przez wyobraźnię. Miałem jednak ogromne szczęście, że wielokrotnie mnie do Poznania zapraszano, chociażby z okazji Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych ANIMATOR. Wydarzenie to zostało zapoczątkowane przez Wojciecha Juszczaka i Marcina Giżyckiego, którzy, choć obaj niestety już nie żyją, bardzo we mnie i Chrisa wierzyli, przyjmując nas nie raz. Dzięki temu miejsce, w którym się urodziłem, znów stał się realnym miejscem w moim życiu.
W ostatnich dekadach Poznań przeszedł niemałą metamorfozę, poznałeś go po tylu latach?
- Oczywiście zmienił się, ale pamięć działa w dziwny sposób. Zakładamy, że jej źródło znajduje się gdzieś mózgu i fizjologicznie jest to prawda, ale emocjonalnie wydaje mi się, że nasze wspomnienia związane są z miejscami. Jeśli nie jesteś w tym określonym miejscu, pamięć jest jakby zablokowana. Nawet nie wiesz, że ją masz. Ale kiedy wracasz do tego określonego punktu - zapachy, światło, zielona brama, fontanna - wszystko nagle wraca. Dlatego powrót do Poznania ma dla mnie metafizyczny charakter.
Pamiętasz wizyty w poznańskich kinach?
- Jasne, gdy miałem siedem lat mój tata zabrał mnie do Kina Muza na "Gwiezdne wojny", pamiętam też wspólny seans "Szczęk". Myślę, że gdyby nie te momenty, nie robiłbym dziś tego, co robię. To właśnie wtedy - zarówno we mnie, jak i we wszystkich, których znałem - zapłonął ogień, który płonie do dziś, zaczęliśmy wspólnie celebrować wyobraźnię jako siłę napędową do tworzenia sztuki.
Dorastałeś w artystycznej rodzinie. Twój wujek był scenografem, ciocia projektowała kostiumy oraz plakaty.
- Moja rodzina była dziwną kombinacja lekarzy i artystów (śmiech). W pewnym sensie zacząłem tworzyć sztukę, używając narzędzi chirurgicznych mojego ojca i wykonując czynności tak precyzyjne i skrupulatne, że aż przypominające operację. Z tą różnicą, że moja praca jest również formą artystycznej ekspresji. Może to zabawne porównanie, ale nie aż tak zaskakujące.
Bycie lekarzem pewnie byłoby bardziej lukratywne, nie sądzisz?
- Zdecydowanie, ale kiedy kochasz swoją pracę, robisz wszystko, by przetrwać. Bycie animatorem i filmowcem daje inne przywileje. Mogłem zobaczyć świat - byłem w Japonii, odwiedziłem miejsca, o których nawet nie marzyłem. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie pracuję tylko w swojej kuchni czy studiu w Kanadzie. Stałem się częścią międzynarodowej społeczności. Na świecie jest pełno ludzi podobnych do ciebie czy mnie, gdy ich spotykasz, świat staje się bardziej przyjazny.
W ostatnim czasie słyszałeś pewnie ogrom pytań o to, skąd wziął się pomysł na "Dziewczynkę, która płakała perłami".
- To prawda, odpowiadałem na to pytanie tyle razy, że już sam sobie nie wierzę. Mam wrażenie, że kłamię.
Ponoć wygrzebaliście go z Chrisem z notesu, w którym od lat spisujecie pomysły.
- To prawda, jest ich tysiące.
Czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne? Jak "Dziewczynka, która płakała perłami"?
- Pochodzę z innej epoki i nadal lubię pisać ołówkiem w notesie. Pomysły rodzą się z pracy nad nimi, nigdy nie wiesz, kiedy pomysł zażąda od ciebie, byś go uzewnętrznił. Nie można ich wymuszać, muszą fermentować. Trzeba mieć wiarę, cierpliwość i otwarty umysł, bo historie dojrzewają we własnym tempie. Nie możesz zadawać sobie pytania: co mogę zrobić z tym pomysłem? Musisz pozwolić, by on sam powiedział ci, czego od ciebie wymaga i dopiero w tym momencie możesz zacząć działać.
W filmie pada zdanie, że to zawsze historia nadaje czemuś wartość, nigdy nie przedmiot. To twoja dewiza zawodowa?
- Tak, absolutnie. Myślę, że to swego rodzaju meta-komentarz na temat każdego, kto wymyśla historie, a właśnie tym się z Chrisem zajmujemy. Każdy, kto pisze książkę, kręci film, tworzy wiersz lub cokolwiek, co komunikuje się z tobą artystycznie, wymyśla wartość i znaczenie dla czegoś, co w innym wypadku mogłoby być bezwartościowe. Rzeczy same w sobie nie mają żadnego znaczenia. Uważamy złoto za bardzo drogie, ponieważ uzgodniliśmy, że tak jest, nie wynika to naturalnie z samej rzeczy. Zależy to mitologii, która nadaje jej miejsce w naszej zbiorowej wyobraźni, a tym samym podnosi jej rangę w świadomości.
A kiedy spoglądasz wstecz na "Madame Tutli-Putli", czy dostrzegasz, że wartość tego filmu jakoś się zmieniła? Może ma dla ciebie dzisiaj inne znaczenie niż wtedy, gdy nad nim pracowałeś i otrzymałeś swoją pierwszą oscarową nominację?
- Wiesz, nie oglądałem go od tamtej pory. Myślę, że to kwestia upływu czasu, "Dziewczyny z perłami" też już prawdopodobnie nie obejrzę. Jest taki moment, kiedy czujesz, że wychowałeś swoje dziecko na tyle dobrze, że może pójść na bal bez ciebie. To jego życie. Musisz wierzyć, że dałeś mu trochę dobrej energii, że wyposażyłeś je w odpowiednią etykę i odwagę, a teraz przyjemność czerpiesz z tego, że żyje własnym życiem. Seans "Madame Tutli-Putli" byłby dzisiaj jak przeczytanie mojego pamiętnika sprzed 18 lat. Jednym słowem, krępujące (śmiech).
W "Dziewczynce, która płakała perłami" narrator mówi wprost: "Obawiam się, iż nie jest to szczęśliwa historia". I rzeczywiście, kapitalizm wygrywa w niej z człowieczeństwem, a chciwość okazuje się ważniejsza niż miłość. Co przyciąga cię do takich dekadenckich i mrocznych historii? "Madame Tutli-Putli" też kryje w sobie pewną tajemnicę i oniryczność.
- "Madame Tutli-Putli" i wiele innych naszych prac obfituje w symbolikę i surrealizm. Kolejne warstwy semiotyki nakładają się na siebie, tworząc serię znaczeń. Niektóre z nich możesz kontrolować, a niektóre z nich funkcjonują poza twoją władzą. W obu przypadkach staraliśmy się pozostawić pytanie bez odpowiedzi, tzw. otwarte zakończenie, wychodząc z założenia, że tak naprawdę nie możemy i nie chcemy kontrolować reakcji widowni. Fajnie jest zaufać inteligencji emocjonalnej widzów i pozwolić samodzielnie dokończyć im zdanie. Myślę, że na tym polega magia interakcji z dziełem sztuki. Nie tkwi to w samym dziele, a w doświadczeniu żywej osoby. Dlatego pomysł przekazania morału lub rozwiązania zagadki jest po prostu nieciekawy. Nie chcę pozbawiać odbiorom tej przyjemności. Może właśnie dlatego "Madame Tutli-Putli" w dosyć dziwny sposób wciąż żyje swoim życiem. Minęło sporo czasu, a ludzie wciąż ją oglądają i o niej mówią. Przez to, że jest tak niejasna, sprawia, że chce się ją obejrzeć więcej niż raz, a jej żywotność wciąż się wydłuża. Mieliśmy nadzieję, że z "Dziewczynką, która płakała perłami" będzie podobnie, choć ma znacznie bardziej tradycyjną strukturę narracyjną.
Jestem ciekawa, ile kompromisów produkcyjnych czy finansowych wpłynęło na wasz projekt.
- Cóż, było ich kilka, ale nie były to w żadnym wypadku poświęcenia. Myślę, że każdy projekt artystyczny musi funkcjonować w ramach szeregu ograniczeń - trzeba wyznaczyć ramy, w których się pracuje. Cokolwiek znajduje się w pudełku, będzie tym, czym będziesz się bawić. Ważne jest jednak również to, aby przynajmniej raz wyrwać się z tego pudełka, udać się w nieznane i wrócić z oczyszczoną głową. Idea posiadania nieograniczonych zasobów i stuprocentowej wolności nie jest w rzeczywistości pozytywną rzeczą w tej branży. Właściwie nie potrzebujesz wielu rzeczy, a jedynie wystarczającej ilości pieniędzy, aby zrealizować projekt, przeżyć, opłacić dom i lekcje gry na fortepianie twojej córki (śmiech). Im mniej masz do dyspozycji, tym bardziej polegasz na swojej wyobraźni i kreatywności w rozwiązywaniu problemów, i właśnie stąd, moim zdaniem, bierze się cała magia. Brak ograniczeń to swego rodzaju przepis na porażkę.

Pracowaliście nad tym filmem aż pięć lat. Jesteś zmęczony?
- To za mało powiedziane (śmiech). Mozolna praca to niestety część problemu związanego z tą dziedziną. Lubię patrzeć na animację poklatkową jak na dzieło magika. Dosłownie ożywiasz martwe przedmioty, uosabiasz kompleks Frankensteina. Gdyby te rzeczy były łatwe, to każdy byłby czarodziejem, a czary nie miałaby żadnej wartości.
A lalki często odmawiają współpracy, nie chcą żyć, prawda?
- Nie, naprawdę nie chcą. Protestują (śmiech).
Niech pierwszy rzuci kamieniem, ten kto nie wyobrażał sobie, że jego zabawki żyją.
- To prawda, wszyscy dorastaliśmy jako dzieci, wyobrażając sobie, że nasze wewnętrzne życie toczy się w naszych małych lalkach, żołnierzykach czy misiach. I choć dorastamy, stajemy się coraz dojrzalsi, to i tak jesteśmy zaprogramowani na pewną naiwność. To nigdy nie znika - reagujesz na lalkarstwo jak na magiczną iluzję, bez względu na to, ile masz lat, jak bardzo jesteś zblazowana lub jak poważną osobą się stałaś. Działa to w ten sposób od początku ludzkości i nadal ma moc, by zmieniać nas od czasu do czasu w dzieci.
Z czego zbudowane są wasze kukiełki?
- Z najdziwniejszych, przypadkowych rzeczy. Wszystko zaczyna się od szkieletu z drutu aluminiowego, materiałów rzeźbiarskich ze starych swetrów i różnych znalezisk. Montreal to fantastyczne miasto, jeśli chodzi o śmieci. To, co ludzie wyrzucają, jest niewiarygodne, prawie nie trzeba iść na zakupy (śmiech). W drodze do studia zbieramy więc wszystko, co wydaje się nam interesujące. Częścią ubioru postaci mogą stać się kawałki bandaża czy nawet stara skarpeta. I na końcu, kiedy skleisz te dziwne rzeczy do kupy, zyskujesz zupełnie nową formę. Po pewnym czasie rozwijasz też sposób rozumienia faktur i materiałów, wiesz, które z nich ze sobą współgrają. Nie da się tego racjonalnie wyjaśnić, po prostu instynkt przejmuje kontrolę i czujesz, że coś zadziała lub nie. W "Dziewczynce…" są dwa różne rodzaje lalek - te sztywne, nieme oraz te silikonowe, które mówią. Każda z nich wymaga różnych sposób tworzenia i malowania. Poza tym niosą w filmie odmienne znaczenia. Chcieliśmy, aby te pomalowane farbą olejną wyglądały jak religijne posągi ze starego kościoła, aby przenosiły widzów w przeszłość. Lalki silikonowe miały z kolei istnieć w teraźniejszości, dlatego wyglądają nieco nowocześniej.
Co dzieje się z lalkami po zakończeniu zdjęć?
- Jedna z nich stoi za mną (śmiech). One są zawsze gdzieś w pobliżu, choć w większości zbierają kurz w studiu. Nigdy ich natomiast nie wyrzucamy. Pozbywamy się jedynie scenografii, bo nie mamy miejsca i możliwości, żeby je przetrzymywać. Lalki są naszymi pamiętnikami, skarbnicami wspomnień. Im starsze, tym cenniejsze.
A Twój Oscar?
Nie zamierzam go chować, ale też nie buduję dla niego ołtarzyka (śmiech). Będzie stać na pianinie obok jakichś lalek. To zabawne, bo statuetka nie do mojego otoczenia. Jest zbyt błyszcząca, a w moim domu nie ma nic aż tak czystego.
Musisz poczekać, aż się zakurzy.
- Nie mam wyjścia.
Patrząc na niego, jak myślisz, co w całym procesie tworzenia "Dziewczyny…" dało ci największą satysfakcję i poczucie dumy?
- Kiedy przemawialiśmy podczas oscarowej gali, czułem ogromne poczucie radości i satysfakcji, ale nie wynikało ono z wygranej, lecz z potwierdzenia zaufania, jakim obdarzyli nas nasi koledzy i współpracowniczki. Mieszkam w Montrealu, gdzie mam niezwykłe szczęście należeć do społeczności ogarnie utalentowanych artystów, zarówno w dziedzinie kostiumów, filmu, poezji, literatury, czy muzyki. To moi przyjaciele, z którymi spędzamy Boże Narodzenie, chodzimy do baru czy kina. Kiedy nasze dzieci bawią się razem na podwórku. czasami zapominam, że ci ludzie są w rzeczywistości jednymi z najbardziej niesamowitych artystów naszych czasów. A więc kiedy dzwonisz do nich i prosisz, by poświęcili swój czas i swój talent na ten głupi pomysł, który masz, a oni mówią "tak", naprawdę musisz potraktować to poważnie. Upewnić się, że czują się docenieni i mają poczucie, że nie zmarnowali swoich zasobów. Kiedy dziękowaliśmy Montrealowi właśnie to mieliśmy na myśli.
Robienie filmu jest zawsze kolektywnym doświadczeniem, ale tworzenie animacji tak szczegółowej i czasochłonnej wydaje się jeszcze bardziej integrującym doświadczeniem. Czy tak jest?
- Oczywiście, to interdyscyplinarny dialog z wszystkimi współpracownikami. Pomagamy sobie, wzajemnie się potrzebujemy, np. gdy moi znajomi muzycy kończą album i potrzebują okładki, plakatu albo teledysk albo gdy ktoś z teatru ma kłopot ze scenografią, a przyjaciel scenarzysta potrzebuje, żebyś przeczytał jego scenariusz i podzielił się opinią. Stworzyliśmy przez lata prawdziwą społeczność. Nie chodzi o to, że po prostu korzystasz z siły, która cię otacza, ale o to, że wszyscy jesteśmy dostępni dla siebie nawzajem i czerpiemy radość z tworzenia tych połączeń, które, miejmy nadzieję, są lepsze niż suma poszczególnych części.
Przy "Dziewczynie…" za animację odpowiadały głównie kobiety. Jestem ciekawa, czy są one silnym filarem tej profesji w Kanadzie?
- Zdecydowanie, nie znam dokładnych danych, ale prawie wszyscy, z którymi pracujemy w tej branży, to kobiety. Kiedy 30 lat temu zaczynaliśmy z Chrisem zajmować się animacją, pracowaliśmy na taśmie 8 mm. Używało się kamery Bolex, a później oddawało materiał do laboratorium. Była to archaiczna forma sztuki, która nie miała szansy przetrwać, a ci, którzy ją uprawiali byli w większości mężczyznami. Niestety, była to swego rodzaju męska klubowa społeczność. Moment, w którym animacja stała się medium cyfrowym i to przystępnym cenowo, sprawił, że środowisko stało się znacznie bardziej zróżnicowane. Na naszych oczach działy się zmiany. Zaczynaliśmy w czasach, w której nie znaliśmy żadnej kobiety w branży, docierając do sytuacji, w której prawie cała branża składa się z kobiet. I to jest fantastyczne. Różnorodność słownictwa emocjonalnego, intelekt i zrozumienie świata, które teraz wchodzą w skład tworzenia animacji są o wiele bardziej interesujące niż kiedyś. To niesamowita przyjemność, ponieważ zarówno Chris, jak i ja wychowujemy dziewczynki i chcemy, aby świat należał do nich. Aby nie było niczego, co mogłoby powstrzymać ich impuls do samorealizacji i rozwoju swojej tożsamości.
Zdarza ci się współpracować z młodszym pokoleniem animatorów i animatorek?
- Och, jedną z największych przyjemności jest to, że możemy pracować z dziećmi, uczniami czy absolwentami szkół. Szlifowaliśmy warsztat, polegając na naszych mentorach - artystach z poprzedniego pokolenia, którzy byli dla nas ogromną inspiracją np. Bruce McDonald, Guy Maddin, Arthur Lipsett czy cała punk rockowa scena w Montrealu, Toronto i Vancouver, zespoły takie jak: Skinny Puppy, No Means No i SNFU, i po prostu ludzie, którzy dali nam poczucie, że można być nieustraszonym i wybrać życie zgodnie z własnymi pragnieniami. To oni sprawili, że wszystko wydawało się możliwe. A teraz ta rola należy do nas. Jesteśmy tu, by pomóc młodym nie bać się dokonywać wyborów i działać na własnych zasadach w świecie sztuki. Uczymy ich sposobów pracy, których obecnie raczej się nie uczy, ponieważ, gdy wszystko jest tak nowoczesne często zapominamy, że mamy do dyspozycji sto lat rozwiązywania problemów analogowo. Warto przekazać całą swoją wiedzę dzieciakom, w końcu jesteśmy częścią jakieś ciągłości, która była przed nami i będzie trwać też po nas. Jesteśmy tylko małą kropką na tej wstędze czasu.

Wspomniałeś o córce, czy interesuje ją twoja praca?
- Ma 11 lat, więc interesuje się teraz wszystkim, od pływania po grę na fortepianie. Chce wynaleźć maszynę tłumaczącą język zwierząt na ludzki (śmiech). Zobaczymy więc, co przyniesie przyszłość.
Czy myślicie z Chrisem nad realizacją pełnometrażowej animacji?
- Tak, są na to pewne pomysły i prawdopodobnie w tym kierunku będziemy teraz kierować naszą energię. Ale, no wiesz, nigdy nie wiadomo, może długi metraż zajmie nam z 15 lat (śmiech) .Może będziemy musieli poeksperymentować z nowymi mediami, na przykład z komputerem, bo nie wyobrażam sobie nakręcić dwugodzinny film fabularny z ekipą składającą się z czterech osób. To nie może się udać.
Czy masz nadzieję, że zdobycie Oscara otworzy przed tobą jakieś drzwi, do których jeszcze nie zapukałeś?
- Trudno powiedzieć, zobaczymy. Zdobycie Oscara niekoniecznie przekłada się na konkretne efekty. Na pewno nie sprawia, że z dnia na dzień telefon dzwoni częściej. Na razie nikt nie przyszedł do nas z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi (śmiech). Musimy po prostu działać tak, jak dotychczas. Będziemy mieć tego samego ducha próbowania nowych rzeczy, eksperymentowania i flirtowania z porażką oraz miejmy nadzieję, dobrej zabawy. A gdyby ktoś chciał to sfinansować i dać nam czas na realizację, to byłoby wspaniale. Niełatwo jest tańczyć przed ludźmi z forsą i próbować ich przekonać, że nie jesteś balastem. Myślę, że w tym przypadku nagroda nie będzie miała negatywnego wpływu na naszą pracę, choć słyszeliśmy z Chrisem o ludziach, którzy zdobywali Oscary, a potem nie dostawali już żadnych zleceń, bo wszyscy zakładali, że są zbyt zajęci. To dziwny efekt uboczny tego wszystkiego. Miejmy nadzieję, że się to nam nie przytrafi.







!["Willow i tajemniczy las" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6U21JOQQIAV-C401.webp)
!["Niesamowita historia Mumbo Jumbo" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6RYGCBJRA5W-C401.webp)
!["Jutro będę odważny" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO652KON89J0D-C401.webp)


