Reklama

Piotr Stramowski: Nigdy nie przewidzisz, kiedy nadejdzie Twój czas

Niedawno został ojcem, a mimo to nie schodzi z ekranów kin. Jego kariera nabrała tempa, gdy dostał rolę w „Pitbullu” Patryka Vegi i choć długo był kojarzony przede wszystkim z komisarzem „Majami”, udało mu się przeciąć pępowinę i zaistnieć w wielu ciekawych produkcjach.

Interia: W tym roku wyszły trzy filmy z twoim udziałem oraz trzy seriale, w tym jeden mini-serial wyprodukowany przez markę Ballantine’s. Prowadzisz bardzo intensywne życie zawodowe. Jak sobie dajesz radę? Masz jakieś metody na relaks i regenerację?

Reklama

Piotr Stramowski: Powiem szczerze, że nie jest łatwo, przy tylu produkcjach kręconych niemalże w tym samym czasie po prostu nie ma czasu na odpoczynek. Jestem zadaniowcem, więc wyznaczam sobie cele, umiejscawiam je w określonym czasie i zabieram się za realizację. Wtedy żyję raczej z dnia na dzień i dopiero po ostatnim klapsie zdjęciowym mogę zacząć zwalniać i przygotować się na ponowne naładowanie baterii. Porównałbym ten proces do maratonu, tylko u mnie ten bieg trwa ponad pół roku.

Urodziło ci się dziecko. Jak zmieniło się twoje życie? Planujesz przystopować czy ojcostwo traktujesz jak kolejny ważny projekt?

- Na pewno nie jako projekt. Bycie ojcem to niesamowita przygoda i wielkie wyzwanie. Z natury jestem spontaniczny i też w ten sposób podchodzę do ojcostwa. To dla mnie wielka lekcja, jestem ciekawy człowieka, który przyszedł na świat, chcę go czegoś nauczyć, a przy tym nauczyć się czegoś od niego. Jest to kolejny etap w moim życiu, nie zastanawiam się, w którą stronę mnie popchnie, chcę być tu i teraz, być uważnym na to, co się dzieje, a życie przecież i tak z roku na rok się zmienia, niezależnie od tego, czy ma się dziecko, czy nie. Po prostu dziecko zmienia je trochę bardziej (śmiech).

Parę lat temu wspominałeś w wywiadach, że marzysz o podboju Hollywood. Po wielkich sukcesach  Rafała Zawieruchy, który zagrał u Quentina Tarantino, oraz Tomasza Kota (film "Warning" z jego udziałem pojawi się w polskich kinach w nadchodzącym roku) nadszedł czas na Piotra Stramowskiego?

- Nigdy nie przewidzisz, kiedy nadejdzie Twój czas. Nie chcę nawet w ten sposób myśleć, bo po prostu nie chcę się rozczarować. Mam marzenia, wyznaczam sobie cele, do tego dochodzi szczypta szczęścia, które towarzyszy mi, odkąd pamiętam (tfu, tfu, tfu), a co ma być, to będzie. Cieszę się szczęściem kolegów aktorów i traktuję to jako dobrą nowinę. Kibicuję im. Dla mnie jest to jasna informacja: skoro im się udało, to znaczy, że innym też może się udać - tak na to patrzę. A czy przyjdzie czas na mnie? Nie wiem.

Przylgnęła do ciebie łatka osiłka. W "Pitbullu" i "Sługach wojny" grasz policjantów, w "Solid Gold" wcieliłeś się w przestępcę, a w ostatnim filmie z twoim udziałem można podziwiać cię na ringu. Należy się ciebie bać?  

- Szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę, że mam łatkę "osiłka" (śmiech), jak dotąd słyszałem takie określenia jak "twardziel", czy "męski", ale osiłek to nowość. Rozumiem, że masz na myśli role, w których wykorzystuję swoją "podkręconą na siłowni aparycję"? Wszystko zaczęło się  wspomnianego przez ciebie "Pitbulla", ale nie wszystkie moje role wymagały tężyzny fizycznej. Dosyć długo buduję postaci, na przestrzeni ostatnich pięciu lat zagrałem w kilkunastu filmach i gwarantuję ci, że nie we wszystkich wykorzystuję swoje mięśnie. A czy jestem groźny? Raczej nie.

Nie tylko ty jesteś fighterem, twoja żona nie bez powodu otrzymuje role twardych kobiet. W prawdziwym życiu jest równie waleczna - na swoim profilu na Facebooku piszesz: "Brawo Kasia za odwagę i świadomość, którą imponujesz mi od dawna". Jak radzą sobie w związku dwie silne osobowości? 

- Po prostu żyją ze sobą, rozmawiają, czasami się pokłócą, pokrzyczą na siebie, ale na pewno mają o czym rozmawiać. Znam Kasię pięć lat i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek skończyły nam się tematy do rozmowy. We dwójkę jesteśmy bardzo ciekawi życia, analizujemy je, bardzo dużo rozmawiamy i cieszymy się sobą. Nie musimy sobie ze sobą "radzić", raczej jest tak, że czerpiemy olbrzymią przyjemność ze wspólnych chwil.

Grałeś już w komediach romantycznych i filmach sensacyjnych, podkładałeś głos w animacjach i grach komputerowych. Pora na kino noir. Właśnie wyszedł trzeci już sezon "Kropli Prawdy", mini-serialu produkowanego przez markę whisky Ballantine’s. Opowiesz nam o tym projekcie?

- To bardzo ciekawa przygoda. To był szybki projekt. Od momentu, kiedy zgodziłem się w nim zagrać do uroczystej premiery, minęły raptem niecałe dwa miesiące. To była taka "wisienka na torcie", ostatni projekt, który zrealizowałem w tym roku. Niesamowita przygoda, spędziliśmy kilka dni, a w zasadzie nocy zdjęciowych w przepięknym dworku ze wspaniałymi ludźmi. Lubię takie momenty, bo zostają w pamięci do końca życia. Spotkaliśmy się tam razem z Karoliną Porcari, Krzyśkiem Czeczotem, Moniką Pikułą, żeby zagrać przyjaciół. Takie role zawsze "udzielają się" i część z tego życia filmowego przechodzi na życie prywatne. Tak też było w tym przypadku, bardzo się wszyscy polubiliśmy. Aha, bym zapomniał, z Philipem Lenkowsky też się polubiliśmy, choć nie grał on mojego przyjaciela, raczej gościa, którego jakbym spotkał nocą na ulicy, to bym omijał szerokim łukiem (śmiech).

Jak czujesz się w takich krótkich formach? W jaki sposób budujesz swoją postać, by pomimo ograniczeń czasowych jej rola była znacząca?

- Tu ważna jest obecność reżysera. Tak się składa, że z Łukaszem Kośmickim poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej, realizując inny projekt i bardzo się polubiliśmy. Nie było dużo czasu na budowanie postaci, ale zaufanie, które mam do Łukasza, pozwoliło mi "spuścić się ze smyczy" i intuicyjnie podejść do budowania roli. Wiedziałem, że jeżeli coś nie będzie pasować, to Łukasz to wychwyci. Uważam, że postać Piotra zafunkcjonowała w serialu tak, jak to sobie zakładaliśmy z reżyserem.

Co sądzisz o takich projektach jak ten stworzony przez markę Ballantine’s? Lokowany produkt staje się przedmiotem wciągającej i pasjonującej fabułą - to zupełnie nowa forma promocji. Jak wybierasz firmy, z którymi decydujesz się rozpocząć współpracę?

- Jestem za przecieraniem szlaków i wyznaczaniem trendów, więc pomysł z serialem dla marki Ballantines wydał mi się ciekawy. Zanim jednak wezmę udział w jakimkolwiek projekcie, w którym wchodzi w grę lokowanie produktu, przede wszystkim patrzę, czy będę mógł się z nim utożsamić i czy cała kampania jest spójna ze mną i z moją estetyką. W tym przypadku nie miałem wątpliwości, bo po pierwsze z trunków alkoholowych, to właśnie najbardziej lubię whisky, a po drugie scenariusz mi się spodobał, a to kolejny powód, dla którego decyduję się przyjmować projekty, a po trzecie reżyserował go Łukasz, z którym się dobrze dogaduję. Praca przy produkcji serialu "Kropla Prawdy" dała mi dużo funu i była moim kolejnym zawodowym doświadczeniem.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje