Reklama

Piotr Domalewski: Czuję się emigrantem

Piotr Domalewski na planie filmu "Jak najdalej stąd"

Dokonałeś nieoczywistego wyboru aktorskiego, obsadzając w roli głównej debiutantkę Zofię Stafiej, która w momencie rozpoczęcia zdjęć była po zaledwie miesiącu zajęć w szkole aktorskiej. Jak prowadziłeś ją na planie?  

Reklama

- Nie jest łatwo znaleźć taką aktorkę, bo film to jednak bardzo trudne wyzwanie i twórca chce się w nim jak najbezpieczniej czuć. Wiadomo, że będzie trzeba stoczyć potężną bitwę z rzeczywistością, żeby ten film powstał. Zawsze kusi, żeby zatrudnić aktora czy aktorkę, która ma już duże doświadczenie i radzi sobie z kamerą. Niestety, w tym wypadku nie mieliśmy takiej szansy, ponieważ nasza bohaterka miała być nastolatką. Trudno oczekiwać od kogoś w tym wieku, żeby miał nie wiadomo jakie doświadczenie filmowe. Pewnie znaleźliby się tacy ludzie, ale mnie interesowała też świeżość i temperament, który ma Zofia. Długo jej szukaliśmy, ale było warto. Okazało się, że scenariusz bardzo ją poruszył. O ile się nie mylę, jej tata przez dwa lata pracował w Dublinie, więc niektóre sytuacje wydały jej się znajome. Ona w pewnym sensie czuła się tą bohaterką.

- Istotną rolę odegrała też praca Piotrka Sobocińskiego. Jego zdjęcia umożliwiały nam delikatną pracę na emocjach. Piotrek chce być zawsze blisko bohatera, niemalże wyławiać kamerą jego odczucia. Ja sam bardzo lubię film "Prorok" Jacquesa Audiarda, który otrzymał w Cannes Grand Prix. Tam bohaterowie nie grają do tylko od kamery, jakby nie chcieli, żeby zarejestrowała to, co mają w oczach. Kamera, tak jak widz, musi podglądać, co się dzieje w głowach postaci. W podobny sposób staraliśmy się pracować na planie. Koncentrowaliśmy się na tym, co robimy, o czym, jakie są konkretne emocje, a nie nad tym, żeby inscenizować jakąś przedziwną choreografię. Mnie zawsze najbardziej interesuje to, co człowiek ma w oczach.

Obok Zofii Stafiej zobaczymy m.in. współpracującego z tobą przy "Cichej nocy" Arkadiusza Jakubika. Podobnie jak poprzednio, także w tym filmie powierzyłeś mu mocny monolog. To wyraz zaufania do siebie nawzajem?

- Polskie kino unika dużych słów. Nie wiem, czy po polsku one brzmią źle czy my jako widzowie po prostu nie jesteśmy w stanie zaakceptować takich rzeczy, ale ja to bardzo lubię w kinie amerykańskim. W "Szeregowcu Ryanie" Stevena Spielberga na końcu bohater idzie na grób porucznika i mówi do swojej rodziny: "powiedzcie mu, że zasłużyłem". Gdzie w polskim kinie można znaleźć takie coś? A mnie to wzrusza i lubię, gdy bohater mówi duże słowa.

- Uważam, że Arek ma w sobie mieszankę inteligencji i wrażliwości, dzięki której jest w stanie mówić takie rzeczy wiarygodnie. Uwielbiam patrzeć, jak się z tym mierzy, bo nie jest to łatwe zadanie. To takie moje małe hobby - dawać trudne słowa do powiedzenia temu człowiekowi i obserwować, jak to robi. Bardzo sobie cenię współpracę z Arkiem. Super jest w nim to, że chociaż jest reżyserem, gra i pisze, to kiedy jest na planie, staje się bez reszty aktorem i nie ma dystansu, potrzeby spojrzenia z boku. Całkowicie mi ufa i to jest dla mnie niesamowicie ważne. Sądzę też, że świetnie pracowało się z Arkiem Zofii, bo jako debiutantka mogła mieć obok doświadczonego człowieka, który zagrał tyle trudnych, poważnych ról. To było bardzo ciekawe zetknięcie.

Serial komediowo-dramatyczny "Sexify" dla Netflixa, który współreżyserujesz z Kaliną Alabrudzińską, był ci potrzebny, żeby złapać oddech?

- Musiałem się przewietrzyć, ale też bardzo lubię komedie. A robienie w Polsce komedii, która nie jest slapstickowa i nie opiera się na gagach, gdzie otyły pan spada ze schodów i wysypuje mu się z siatek papier toaletowy, jest bardzo trudne. Dlatego przy "Sexify" współpracuję z Jankiem Kwiecińskim i Kaliną Alabrudzińską, która zrobiła świetny film "Nic nie ginie". Ma bardzo delikatne, czułe poczucie humoru, którego staramy się jak najwięcej włożyć do serialu. To dla mnie ekscytująca praca i zupełnie nowe doświadczenie. Netflix jest potężną maszyną, w której reżyser stanowi zaledwie jeden z elementów. Z drugiej strony jest to maszyna, która pomaga, a nie utrudnia pracę. Realizacja serialu jest bardzo wymagająca. To osiem odcinków, w trakcie których każdy z bohaterów przechodzi jakiś proces. Potrzeba ogromnej koncentracji i dyscypliny nie tylko na planie, ale też poza, w trakcie pisania scenariusza, którego jestem współautorem. Natomiast mogę obiecać, że efekt będzie zabawny i brawurowy. Bohaterowie będą mieli to samo ironiczne poczucie humoru, które było obecne w moich filmach. A temat i dramaturgia będą czymś zupełnie innym.

Myślisz czasami o tym, żeby wrócić do aktorstwa i skierować kamerę na siebie?

- Nie mam takiej potrzeby, ale gdyby ktoś mi coś zaproponował, to pewnie bym się zgodził. Jeżeli już miałbym coś zagrać to chciałbym dużą albo przynajmniej dziwną rolę. W teatrze zawsze mierzyłem się z ekstremalnymi wyzwaniami albo z głównymi rolami. Lepiej gra się dużą rolę także z tego względu, że masz większą świadomość tego, co robisz. Kiedy wchodzisz na chwilę, z zewnątrz, żeby zagrać mały epizod to nie ogarniasz całości. A ja chciałem być reżyserem po to, by mieć wgląd w cały proces twórczy. Tylko jaka rola by to miała być? Trudno powiedzieć. Mama zawsze chciała, żebym był księdzem - to może księdza bym zagrał. I babcia na pewno by się ucieszyła, gdyby zobaczyła mnie w koloratce.

Daria Porycka 

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jak najdalej stąd

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje