"Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" to pełnometrażowy debiut reżyserski Emi Buchwald. Tytuł zdobył na 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni m.in. Złotego Pazura przyznawanego za "odwagę formy i treści", nagrodę za najlepszą reżyserię i drugoplanową rolę kobiecą (dla Karoliny Rzepy) oraz Nagrodę Dziennikarzy. Doceniono również reżyserkę castingu Katarzynę Gryciuk-Krzywdę. Obecnie film walczy o Orły (otrzymał aż 10 nominacji).
To historia czwórki rodzeństwa, która próbuje zachować bliskość, mimo że każde z nich mierzy się z własnymi lękami, samotnością i emocjonalnymi problemami. O filmie rozmawiamy z Emi Buchwald.
"Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" w kinach od 13 marca.
Emi Buchwald dla Interii. "Nie interesuje mnie robienie filmów o polskim everymanie"
Justyna Miś, Interia: Film "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" to twój pełnometrażowy debiut fabularny. Z mojej perspektywy interesujące jest to, jak wygląda droga do realizacji takiego debiutu w Polsce. Czy możesz opowiedzieć, jak w twoim przypadku przebiegał ten proces?
Emi Buchwald: - Myślę, że droga każdego twórcy wygląda trochę inaczej. Mam poczucie, że moja była dosyć standardowa. Studiowałam w Szkole Filmowej w Łodzi. Po jej ukończeniu zrobiłam jeszcze dwa krótkie filmy w Studiu Munka, a później zrealizowałam tam również swój pełnometrażowy debiut. To na pewno daje możliwość zrobienia filmu stosunkowo szybko, przy niewielkich środkach, ale z dużą wolnością twórczą. Dla mnie to było najważniejsze - żeby zrobić film taki, jaki naprawdę chcę. Wydaje mi się, że w debiucie szczególnie istotne jest stworzenie filmu osobistego i pokazanie własnego języka, żeby przy kolejnych projektach producenci, którzy dysponują większymi środkami, mogli ci zaufać i pozwolić robić następne filmy w sposób możliwie bliski twojej wizji.
Czy to był twój pierwszy pomysł na film, czy może pracowałaś nad czymś innym?
- To zupełnie nie był mój pierwszy pomysł na debiut. Wydaje mi się, że to może być ciekawe dla młodych twórców, którzy są na początku drogi, bo moja historia pokazuje, że nie można przyklejać się do jednego wielkiego pomysłu, który ma być naszym wielkim dziełem debiutanckim. To bardzo ogranicza i sprawia, że nie dostrzegamy okazji pojawiających się obok. Zaprosiłam Karola Marczaka do współpisania scenariusza pełnometrażowego debiutu przy zupełnie innym projekcie, który do dziś nie powstał, choć nadal nad nim pracujemy. Zaczęliśmy pisać scenariusz, ale w pewnym momencie poczuliśmy zmęczenie. Mieliśmy świadomość, że to będzie bardzo długa droga, a znalezienie producenta wcale nie jest takie proste - mimo że moje wcześniejsze krótkie metraże odnosiły sukcesy i były doceniane, a producenci byli zainteresowani spotkaniami. To jednak nie działo się zbyt szybko.

- Postanowiliśmy więc napisać krótki, intensywny film, dziejący się tu i teraz. Tak powstała "Piękna łąka kwietna" - krótkometrażowy film fabularny produkowany przez Studio Munka. W międzyczasie zrealizowałam jeszcze krótki dokument w Studiu Munka "Echo". Po tych dwóch filmach wróciliśmy do projektu, do którego pierwotnie zaprosiłam Karola, ale znów poczuliśmy, że to będzie długi proces. Wtedy zaczęliśmy pracować nad "Duchami", bo wydarzyły się w moim życiu rzeczy, które sprowokowały pomysł filmu o rodzeństwie stojącym u progu prawdziwej dorosłości. Pamiętam, że pierwsza koncepcja zakładała film podzielony na rozdziały i miała to być niskobudżetowa, kameralna produkcja.
- W tym czasie ruszył nabór do programu "Sześćdziesiąt Minut" w Studiu Munka. Po miesiącach zbierania pomysłów mieliśmy chyba tylko miesiąc na napisanie pierwszej wersji scenariusza. Zrobiliśmy to. To były bardzo spontaniczne decyzje, wynikające z potrzeby chwili i z emocji, w których wtedy byłam, które wymuszały we mnie pisanie, ja na nie reagowałam. Zdecydowałam, że nie będę kurczowo trzymać się jednego scenariusza, który koniecznie chcę zrealizować, tylko pozwolę sobie robić mniejsze projekty. Myślę, że moim sukcesem było to, że nie odrzucałam tych impulsów, tylko szłam za nimi i wsiadałam w ten rollercoaster filmów z małymi budżetami.
Nie jest tajemnicą, że to historia bliska tobie. W filmie mamy czwórkę rodzeństwa, a ty sama masz liczne rodzeństwo, prawda?
- Mam pięcioro rodzeństwa, więc w filmie zostaliśmy skondensowani do czwórki.
Zastanawiam się, jakie decyzje trzeba było podjąć podczas pisania scenariusza, żeby historia wyszła autentycznie i naturalnie. Siłą tego filmu są dialogi. Bohaterowie mówią tak, jak my mówimy między sobą, jak ja rozmawiam ze swoimi znajomymi. Czy możesz opowiedzieć o procesie pisania scenariusza i współtworzenia? Jak wyglądała ta praca? Jakie decyzje musieliście podjąć, żeby zbudować czwórkę rodzeństwa i rozłożyć historię na czterech głównych bohaterów? To dość nietypowe, że jest ich aż tylu.
- To rzeczywiście nietypowe, ale ja bardzo lubię opowiadać wieloosobowe historie. Pierwszą taką próbę podjęłam w krótkometrażowym filmie dyplomowym ze Szkoły Filmowej - "Heimat", który opowiadał o pięcioosobowej rodzinie. W centrum była trójka rodzeństwa. Zarówno w "Heimacie", jak i w "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" jest jedna postać, która nieco wysuwa się na prowadzenie i przechodzi bardziej klasyczną przemianę scenariuszową. W przypadku "Duchów" jest to Benek. On prowadzi historię, choć równie istotna jest Nastka. Rozdziałowa struktura scenariusza pomogła nam podzielić opowieść tak, by każdy bohater miał swoją część. Podobnie pracowaliśmy nad obrazem z operatorem Tomkiem Gajewskim. Dla każdego rozdziału szukaliśmy odrębnego języka, nie tracąc przy tym spójności filmu.
Interesują mnie wieloosobowe historie i wchodzenie w skomplikowaną sieć relacji. Nie lubię opowiadać o świecie z pozycji kogoś, kto wszystko wie i przedstawia wynik na temat ludzkiej kondycji. Wychodzę raczej z punktu zastanawiania się, jak te relacje są skomplikowane, często sama ich nie jestem w stanie zrozumieć. Film jest dla mnie procesem przekładania życiowych obserwacji na język filmowy.
- Współpraca ze współscenarzystą bardzo w tym pomaga. Dzielimy się pomysłami, opowiadamy historie z własnego życia, proponujemy sceny i szybko je weryfikujemy. Każde z nas może powiedzieć wszystko. Nie boimy się nawet słabszych pomysłów, bo często prowadzą do ciekawych rozwiązań. Dzięki temu sceny i sytuacje są bardzo specyficzne, a to jest dla mnie ważne. Jeśli chodzi o język, kluczowe było to, żeby nie budować bohaterów według wyobrażenia statystycznych dwudziestolatków w Polsce. Taki punkt wyjścia sprawiłby, że film byłby nijaki i nieosadzony w rzeczywistości. Nie interesuje mnie robienie filmów o polskim "everymanie", tylko szukam pierwowzorów postaci z mojego życia, bliskiego otoczenia. W tym przypadku mocno inspirowałam się własnym rodzeństwem. Na tych bardzo konkretnych pierwowzorach opieram postaci i ich język. Jedni widzowie mogą się z tym językiem utożsamić, inni nie. Wychodzę jednak z założenia, że nigdy nie stworzymy filmu czy sztuki dla wszystkich. Cieszę się, kiedy historia staje się uniwersalna i metaforyczna, ale mam świadomość, że kino autorskie dociera do określonej grupy odbiorców i ma swoją specyfikę.
Chciałabym porozmawiać o konkretnych bohaterach. Wspomniałaś o Benku, który faktycznie przechodzi przemianę. W jego przypadku zastanawiała mnie scena ataku paniki. Wydaje mi się, że pokazanie takiej sytuacji to balansowanie na granicy, żeby nie wyszła ona niewiarygodnie czy karykaturalnie. Jak wyglądało pisanie tej sceny, jej realizacja?
- To była jedna z bardziej wymagających scen i dużo o niej rozmawialiśmy z Bartkiem [Deklewą]. Zrobił research dotyczący ataków paniki. Wcześniej z Karolem również rozmawialiśmy o doświadczeniach nam bliskich, o których wiemy. Dla mnie kluczowe były słowa, które Benek wypowiada w trakcie ataku: "nie wiem, co się dzieje". Na tym oparłam scenę, bo wiedziałam, że to bardzo ważne słowa, które później w całym filmie będą się powtarzały i opisują stan bohaterów, w jakim się znajdują. Bartek włożył w tę scenę dużo przygotowań. Długo nad nią pracowaliśmy. Kręciliśmy ją w mieście, podczas prawdziwego korka ulicznego. W pewnym momencie Bartek wybiegł z samochodu z zadyszką i usiadł na trawie. Tego fragmentu ostatecznie nie ma w filmie, bo wcześniej montażowo ucinamy scenę. Ktoś z przechodniów podszedł do niego zmartwiony, myśląc, że naprawdę coś się stało. To może nie jest zbyt spoko sytuacja, że ktoś mógł pomyśleć, że stało się coś złego, a my kręcimy film, ale w takich warunkach to robiliśmy. Z drugiej strony pokazuje, jak bardzo Bartek był w tej scenie i jak wiarygodnie ją zagrał.
W moim odczuciu ta scena została bardzo wiarygodnie zrealizowana. Łatwo przekroczyć granicę, a tutaj wszystko jest dokładnie w punkt.
- Myśląc o pracy z aktorami, zawsze jestem za tym, żeby robić mniej niż więcej. Ten film jest dość minimalistyczny, a dążenie do naturalności i prostoty środków aktorskich jest dla mnie najważniejsze.
Jak wyglądał proces castingu do głównych ról? Dlaczego wybrani zostali właśnie ci aktorzy?
W procesie castingu towarzyszyła mi Kasia Gryciuk-Krzywda, wspaniała reżyserka castingu, która zresztą otrzymała nagrodę na festiwalu w Gdyni za obsadę. Spotkałyśmy się z wieloma młodymi aktorami. To było dla mnie ważne doświadczenie – możliwość poznania tylu ciekawych osób. Kieruję się tym, by obsadzać przede wszystkim interesujące osobowości, a niekoniecznie znane nazwiska. Lubię odkrywać nowe twarze i pracować z osobami, które mają świeżość i są gotowe zaangażować się w projekt całkowicie.
- Każdy z nich pojawił się z trochę innego powodu. Izę Dudziak zobaczyłam wcześniej w spektaklu "Mój rok relaksu i odpoczynku" w reżyserii Katarzyny Minkowskiej. Byłam na nim z młodszą siostrą i to ona zwróciła mi uwagę na Izę. Dałam jej szansę w castingu. Bartek Deklewa i Tymek Rożynek, czyli Szczyl, przyjaźnią się od czasów gimnazjum. Wiedziałam o tym, więc postanowiłam zaprosić ich na casting razem. Czułam, że ich więź może przełożyć się na ekran. Choć ich bohaterowie - Franek i Benek - nie mają wielu wspólnych scen. W ogóle w tym castingu zależało mi, żeby było czuć ich pozawerbalną więź. Nawet jeśli nie są cały czas wszyscy razem, to żebyśmy czuli, że oni mają intuicyjną więź. Myślą o sobie, mają ze sobą dużo wspólnego. To jest baza, która została wytworzona przez wszystkie lata wspólnego dorastania. W przypadku Bartka i Tymka mieliśmy to w pewnym sensie "w pakiecie". Oczywiście później świetnie wypadli na castingu i byli doskonale przygotowani. Karolinę Rzepę zaproponowała Kasia Gryciuk-Krzywda. Rola najstarszej siostry, mającej w sobie spokój, którego zazdrości jej Nastka. Karolina była dla mnie emanacją tego spokoju i tajemnicy, którą Jana ma w sobie i która w pewnym momencie filmu wypływa.
Myślę, że w przypadku Jany ważny jest także zawód, który wykonuje - jest artystką. Wydaje się, że jej życie jest poukładane, że stanowi oparcie dla rodzeństwa, ale w pewnym momencie jednak się rozsypuje. Tak jak właściwie każdy z nas na jakimś etapie życia. To bardzo ludzkie.
- Jana jako jedyna z rodzeństwa rozsypuje się z nieco innego powodu niż cała reszta. Jest już trochę dalej niż młodsze rodzeństwo, bardziej skupiona na sobie, ma większy dystans do tego, co dzieje się w ich życiu. Wie też, że nie da się ratować kogoś, kto nie chce być uratowany. Dlatego koncentruje się na swoich potrzebach i działaniach. W momencie kryzysu okazuje się jednak, że rodzeństwo staje się dla niej wsparciem. To oni przychodzą jej z pomocą.
- Często opowiadam o czwórce głównych aktorów, bo to oni prowadzą film, są wspaniali, ale są też mniejsze role osób, które pojawiają się tylko na kilka scen, albo nawet na jedną. Piotrek Napierała gra Stacha, chłopaka Nastki. To postać, która próbuje wejść w strukturę tej rodziny, ale trudno mu się w niej odnaleźć i bywa odrzucany przez Nastkę. Czasem kojarzy mi się z bohaterem z filmu "Genialny klan" Wesa Andersona - przyjacielem rodziny, który chce być blisko. Jest też Daria Muszyńska jako Zuza, dziewczyna Franka, Andrzej Kłak w roli psychiatry, Maja Wolska, która gra koleżankę Benka wysłuchującą jego monologu na imprezie. Jest dużo drugoplanowych postaci, które są bardzo istotne. Kasia Gryciuk-Krzywda miała duży wkład w obsadzenie tych ról i w pokazywanie mi kolejnych ciekawych osób. Bohaterowie krążący wokół rodzeństwa to bardzo istotne postaci.
Dzięki tym postaciom z zewnątrz lepiej poznajemy bohaterów - w przypadku Nastki widzimy, jak zachowuje się nie tylko wobec rodzeństwa, ale też wobec osób, które bardzo chcą być blisko niej, a nie potrafią przebić się przez te rodzinne relacje. Właśnie jeśli chodzi o Nastkę, bardzo ciekawy wydał mi się moment, gdy dowiaduje się, że jest daltonistką. Odebrałam to jako odzwierciedlenie jej niepokojów i lęków, które - mam wrażenie - towarzyszą wielu osobom w wieku dwudziestu kilku lat. To chyba tylko pretekst, by te emocje wreszcie się uwolniły. A jednocześnie w filmie jest to moment, który pokazuje, jak Jana reaguje na jej problemy i że to właśnie ona jest dla Nastki ostoją. To drobny szczegół, ale wiele mówi o ich relacji.
- Tak, to pokazuje jej sposób postrzegania świata i tendencję do wyolbrzymiania rzeczywistości, którą Nastka ma. Jest wojowniczką, jak często mówi Iza Dudziak, walczy o swoje rodzeństwo. Dla mnie Nastka to osoba w ciągłym działaniu, próbująca ratować wszystkich wokół, poza samą sobą. Kiedy więc wreszcie próbuje zająć się sobą - mamy nawet rozdział zatytułowany "Nastka próbowała żyć własnym życiem" - i dowiaduje się o czymś tak drobnym, to nagle ją to kompletnie rozbija, przynajmniej na chwilę.
- Balansujemy w filmie na granicy dramatu i komedii. Zależy mi, by wpuszczać do opowieści trochę humoru. Często operujemy małymi stawkami - to nie jest tak, że bohaterom wali się życie, bo umiera ważna osoba, albo dzieje się im coś strasznego. To raczej codzienne zdarzenia i przemiany, dzięki którym dowiadują się czegoś nowego o sobie. Właśnie dlatego, że stawki zewnętrzne są niewielkie, a emocje bardzo intensywne, pojawia się w tym także humor. Nie wszystko jest tu stuprocentowo na serio.
Słuchałam rozmowy z tobą i ekipą filmu podczas spotkania po pokazie na Orłach. Powiedziałaś wtedy, że jesteśmy "zbyt przeinspirowani". Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Żyjemy w czasach prequeli, sequeli, spin-offów i remake'ów. Mam wrażenie, że nie potrzebujemy już tylu produkcji inspirowanych innymi produkcjami. Dlaczego twórcy tak rzadko pokazują zwykłą, codzienną rzeczywistość? Ten film opowiada o pojedynczych sytuacjach, które mogłyby wydarzyć się w naszym życiu, a jednak takich historii nie ma wiele - nie tylko w Polsce. Jak myślisz, z czego to wynika?
- Nie chcę wypowiadać się w imieniu innych twórców, ale mam poczucie, że coraz wyraźniej rozdziela się kino komercyjne i kino autorskie. Wolę mówić "autorskie", bo pojęcie arthouse'u jest jeszcze czymś innym. Kino komercyjne często rozdziela się od autorskiego. Komercyjne dotyka wielkich tematów: końca świata, upadku cywilizacji. Albo z drugiej strony mniej istotnych, głupkowatych, komediowych historii. Tak się to stereotypowo przyjęło. Natomiast od kina autorskiego wymaga się, że zabierze głos w najważniejszych sprawach społecznych i politycznych. Wymaga się od twórców, by nie skupiali się na tym co obok, tylko na tym, by łapać tą rzeczywistość taką najbardziej zaangażowaną społecznie, politycznie. Takie kino jest oczywiście bardzo istotne. Trzeba opowiadać o tym, co wpływa na losy świata. Ale być może to powoduje, że twórcy kina autorskiego boją się dotykać mniejszych tematów. A mi się wydaje, że poprzez małe historie można mówić o rzeczach ważnych - metaforycznie, symbolicznie, poprzez formę. Kino autorskie nie musi zajmować się wyłącznie tematami z pierwszych stron gazet.

Liczą się przede wszystkim emocje, nie spektakularne wydarzenia. To, jak bohaterowie przeżywają swoje doświadczenia, jest ważniejsze niż same sytuacje.
- Ważne jest, jak o nich opowiemy. To też jest część naszego świata. Pisząc ten film nie wychodziłam z założenia, że musimy opowiedzieć o zdrowiu psychicznym młodych ludzi - te wątki pojawiły się naturalnie, w wyniku tego, o jakich bohaterach opowiadamy. Przemycamy takie elementy, związane ze zdrowiem psychicznym, relacjami, miłością, odrzuceniem. To sprawy ponadczasowe. Właśnie "ponadczasowość" to słowo, które towarzyszyło mi, kiedy pracowaliśmy nad tym filmem. Nie chciałam opowiadać o "młodych ludziach w roku 2024". Razem ze współtwórcami - kostiumografką Hanką Podrazą, scenografkami Zofią Wilczkowską i Ewą Mroczkowską, charakteryzatorami Kenayą Huancą-Villan i Kornelem Kowalskim oraz operatorem Tomkiem Gajewskim - dużo o tym rozmawialiśmy. Chcieliśmy, żeby film był ponadczasowy, jak te, które sami kochamy, do których się odnosimy, takie jak filmy Jarmusha czy filmy nowofalowe. Możemy je oglądać po wielu latach od czasu, kiedy powstały, a ciągle utożsamiamy się z tymi młodymi ludźmi. Może trochę przesadziłam z Francuską Nową Falą, bo jednak te filmy się starzeją, ale dane miejsca, kostiumy są ciągle obecne. Dlatego nie koncentrowaliśmy się na tym, co teraz noszą młodzi ludzie na przykład. Tak samo z tym językiem - żeby iść w ponadczasowość i skupiać się na konkretnych jednostkach, a nie na myśleniu o tym, żeby opowiadać o jakimś pokoleniu.
Wspomniałaś o symbolice, dlatego muszę zapytać o dusiołka. Wiem, że widzowie będą mieli swoje interpretacje i to jest bardzo ciekawe, jak każdy odbiera tę postać. A kim jest dusiołek dla ciebie?
- W naszym założeniu dusiołek miał być personifikacją lęków, konkretnie Benka, bo on doświadcza zadyszek i ataków paniki. Ale dla mnie jest także personifikacją lęków całego rodzeństwa. Bardzo lubię wprowadzać do kina realistycznego elementy nierealistyczne, metafizykę. Nasz film jest bardzo realistyczny, opowiada o codzienności, a wpuszczenie metafizyki jako naturalnego elementu codzienności było moim założeniem od początku. Dusiołek łączy w sobie różne inspiracje. Jest "leśmianowski", nawiązuje do "Nocnej mary" Johanna Füssliego, obrazu, na który patrzy Benek. Ta postać demona pochodzi z mitologii słowiańskiej. Bardzo spodobało mi się, że w świecie tak zglobalizowanym można nawiązywać do naszej lokalności. Granie z tym we współczesności, w wielkim mieście, w świecie młodych ludzi jest czymś, czego jeszcze nie widziałam, a chciałabym sama zobaczyć. Ten film wynika z tego, że poza tym, że chciałam zrobić film o rodzeństwie, to chciałam zrobić film, który sama bym chciała obejrzeć jako widzka w Polsce.
Film jest jedyny w swoim rodzaju - rzadko opowiada się o relacjach rodzeństwa, a sposób, w jaki pokazani są bohaterowie, jest naprawdę wyjątkowy. Docierają do ciebie interpretacje widzów? Czy zaskoczyło cię, jak odbierają film? Premiera jeszcze przed nami, ale było już sporo pokazów przedpremierowych.
- Oczywiście dociera do mnie feedback od widzów. Dużo jeżdżę na pokazy przedpremierowe i lubię te spotkania. To jedyna okazja, by usłyszeć opinię prawdziwego człowieka, a nie od internetowego tworu, który postanawia napisać pisać rzeczy na temat filmu. Cieszy mnie, że film wywołuje wiele różnych interpretacji. Moim pomysłem jest robić kino, które nie narzuca jednej interpretacji i nie mówi widzowi w każdej scenie, o czym dokładnie jest film. Mam poczucie, że jest dużo scenariuszy, które są idealnie skrojone, przechodzą bardzo wiele programów rozwojowych przez lata. Ostatecznie wszystko jest idealnie, ale ja bardzo dobrze wiem o czym jest ten film, wychodzę z kina i o nim nie pamiętam.
Nie chce się potem o nim dyskutować.
- Tak, bo wszystko jest jasne. Nie ma miejsca na metaforę, "posiedzenie" w tym filmie. Ja natomiast chciałabym otworzyć świat filmu i zaprosić widzów do niego - żeby mogli podłożyć swoje emocje, doświadczenia, przemyślenia, traumy i radości i interpretować go dowolnie. Widzę, że to się sprawdza. Dla każdego widza film jest o czymś innym. Bardzo mi się to podoba i lubię słuchać tych interpretacji.
Film jest bardzo ceniony nie tylko przez widzów, ale też przez krytyków i branżę - choćby nagrody na festiwalu w Gdyni czy teraz 10 nominacji do Orłów. Jakie znaczenie mają dla ciebie takie nagrody i słowa uznania od widzów, krytyków i branży?
- Dla mnie osobiście uznanie krytyków jest istotne, bo kiedyś sama chciałam być krytykiem i pisać o filmach, więc ma to dla mnie znaczenie. Myślę, że każdy twórca, robiąc film, wie, że oddaje go widzom, i docenienie jest ważne - daje poczucie, że to, co zrobił, zadziałało i warto to robić, bo komuś coś daje. To potwierdzenie jest istotne dla nas jako twórców. Nie wiem jeszcze dokładnie, co dają te nagrody - czy ułatwią zrobienie kolejnego filmu w Polsce - mam nadzieję, że tak. To jest potwierdzenie, że coś się udało, że to, co robimy, jest wartościowe. Myślę, że powinno spowodować, że łatwiej będzie zrobić kolejny film, ale polska branża filmowa to wciąż wielka niewiadoma.
A jeśli chodzi o twój kolejny film - wspomniałaś o niezrealizowanym jeszcze scenariuszu. Na jakim etapie obecnie są prace?
- Pracujemy dalej z Karolem nad filmem, o którym wspomniałam. Tym, od którego zaczęliśmy. Dla mnie to było wielkie doświadczenie, zrobić najpierw mniejszy pełnometrażowy debiut i dopiero potem wrócić do tego projektu. Wiele rzeczy, które planowaliśmy wcześniej, zostało już opowiedziane w "Duchach", więc teraz piszemy ten film trochę na nowo, ale nie rezygnując całkowicie z tematów rodzinnych. Tym razem nie będzie to film o rodzeństwie, ale bardziej pokoleniowy. Będzie też bardzo specyficzne kino drogi, ale więcej nie mogę zdradzić. Parę lat temu, gdybym opowiadała o tym, jaki będzie mój debiutancki film, pewnie opowiadałabym o tym. A później okazało się, że powstały "Duchy". Nie wiadomo, czy nie skończy się tak, że zrobię trzy inne filmy, a ten będzie leżał i czekał. Może być tak, że mój kolejny film wcale nie będzie tym.
Kiedyś przyjdzie na niego czas. Ostatnie pytanie, takie bardziej osobiste ode mnie. Uwielbiam filmy Joachima Triera, a w twoim debiucie widzę "Najgorszego człowieka na świecie". Czy lubisz kino Triera?
- Tak niekoniecznie. Doceniam to kino. Podoba mi się "Wartość sentymentalna", pewne rzeczy w niej doceniam, inne nie są do końca tym, co jest mi po drodze. Z "Najgorszym człowiekiem na świecie" miałam trochę problem i nie jest moim ulubionym filmem, choć wiem, że kadr biegnącej Nastki zdecydowanie się kojarzy z tym filmem Triera. Faktycznie jest podobny, ale nie było naszym celem inspirować się nim bezpośrednio. W "Wartości sentymentalnej" podoba mi się relacja między siostrami, opowieść o domu oraz traumach pokoleniowych. To jest mi bliskie i nad tym pracujemy również w kontekście nowego filmu. Trier na pewno podejmuje tematy, które są mi bliskie i jego estetyka w różnych aspektach mi się podoba. W tym sezonie filmowym oprócz "Duchów" pojawił się film "Wartość sentymentalna", ale także nowy film Jarmuscha o rodzeństwie, co pokazuje, że temat stał się istotny dla twórców. Już opowiedzieliśmy o rodzicach, mamy ochotę zostawić ten temat i zając się relacjami młodszego pokolenia.
Czy w kontekście relacji masz też na myśli relacje miłosne? Mam wrażenie, że teraz coraz bardziej interesują nas bardziej zniuansowane relacje - nie tylko między rodzeństwem, ale też przyjaźnie czy związki. Często relacje rodzic-dziecko albo romantyczne są już dość wyeksploatowane, a przyjaźń czy rodzeństwo pozostaje mniej odkryte.
- Tak. A propos przyjaźni i rodzeństwa, to fajnie, że o nich wspomniałaś. My mówimy o naszym filmie, że to "love story o rodzeństwie". Zaczerpnęliśmy to z wypowiedzi Noaha Baumbacha o filmie "Frances Ha".






!["Drama" [trailer 2]](https://i.iplsc.com/000MGGW9TUSFQG46-C401.webp)




